Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zawsze cierpiała sama. Po cichu, nikomu nie zagłuszając niczyjego,
szczęśliwego świata. Cierpienie kołysało ją do snu, cierpienie towarzyszyło jej, gdy otwierała oczy rano. Było elementem jej życia, cichym, wiernym kompanem, o którym nikomu nie opowiadała. Zaczynało się wpisywać na stałe w jej los, wyścielać jej ścieżki, nieustannie przeszkadzać jej iść do przodu.

Któregoś dnia, zjawił się On, nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, któregoś dnia wszystko się zmieniło.

Któregoś dnia zapytał. Któregoś dnia zrozumiała, ze musi odpowiedzieć.

Zawsze w połowie zapominała o wszystkim. Patrzyła na niego i zapominała o swoim
bólu, tak po prostu. Nie wiedziała kim była i kim On się stawał, nie wiedziała co się z nią dzieje, w co zmienia się on. Wtedy milkła. Patrzyła. C z u ł a.

To zawsze było takie niezwykłe. Prostym ruchem ją przytulał. A potem kładł jej
brodę na głowę w geście czułości, był na tyle wysoki, że robił to bez problemu. I wtedy znikała w niej dorosłość, kobiecość, wtedy stawała się mała, wtedy znów była dziewczynką, która patrzy szklanymi oczami na Dorosłych na tyle dorosłych, że nikt nie brał jej na ręce
i nikt nie kładł jej brody na drobnej, niekochanej głowie.
Gdy to robił obdzierał ją ze wszystkiego. Cierpienie znikało, złość była jedynie
słowem, a w niej istniała już tylko tkliwość, rozczulenie, dusząca słowa, dusząca wszystko.


Musiała mówić.

Wielokrotnie miała ochotę go uderzyć, zbić, zabić za to, że karze jej zamknąć cierpienie w słowa. Nie miał pojęcia, jak bardzo było to trudne; dobrać odpowiednie słowa, nazwać stany, opowiedzieć o bólu, a potem, jakby to było jeszcze nie dość- przepuścić przez tchawicę, gardło, wepchnąć na struny głosowe, wypuścić z gardła w formie słów i co gorsze- usłyszeć to jeszcze.

Czasem go nienawidziła.

Stan nienawiści trwał jednak tylko do czasu, gdy okazała się na tyle mężną osobą,
że w swej nieprzeciętnej odwadze podniosła głowę do góry i zobaczyła jego oczy. Chyba dopiero wtedy zrozumiała sens tego dodatkowego cierpienia, jakie pojawia się przy, paradoksalnie, mówieniu o cierpieniu. Bo chociaż to jest tak bardzo trudne i bolesne- to gdy patrzy się w oczy przyjaciela, które wysłuchały jakoś tego wszystkiego- nagle ciężar na sercu zaczyna być tylko połówką ciężaru. Później już zawsze patrzyła w te oczy. Załzawione, rozgorączkowane, jakby płaczące bez łez, jakby stające się esencją empatii, esencją jej podarowanej połówki cierpienia.

Nie zawsze jednak było tak różowo.

Czasem zamykanie cierpienia w słowa było za
trudne. Słowa zatrzymywały się gdzieś między strunami głosowymi, potykały się o tchawicę i z gardła wychodził tylko jakiś żałosny szloch.

Wtedy wyciągał rękę, brał ją za małą, drżącą dłoń i mówił za każdym razem to samo:
„Ej, spokojnie”. Te dwa słowa, choć tylko dwa, miały w sobie jakieś nieopisane pocieszenie, jakieś uroczyste ciepło, nieodgadnioną otuchę. Jego głos miał w sobie molekuły dobra, nie mądrości, nie patosu, nie rozsądku, ale właśnie dobra. Jego dłoń też była dobra. Gdy czuła jej dotyk miała wrażenie, że nic jej się już złego stać nie może, coś mówiło jej bowiem w duszy:

..chodź... będę cię prowadził przez krainy cierpienia, przez jej mroki, przez najciemniejsze jej zakamarki.... choćby ból cię gniótł, choćby rozsadzał, choćby śmiał się z ciebie szyderczo, nie ulękniemy się go... choćby zapadł się pod tobą świat od ciężaru boleści, choćbyś nawet stanęła nad przepaścią, choćbyś nawet w nią wpadła, to moja silna ręka złu się nigdy nie podda, zawsze trzyma cię mocno i złapie cię już wtedy, gdy poczuje najmniejsze twoje wahanie, najmniejszą utratę równowagi, zawsze wyciągnie cię z najgłębszej przepaści, z najciemniejszej otchłani ,odbierze cię najbardziej złowieszczej podłości.. bo jest twoim strażnikiem, aniołem, katharsis, dopełnieniem do braku, nadmiarem smutku, który nie mieści się tobie, a na mnie spływa... chodź... będę cię prowadził przez krainy cierpienia...

Nie wiedziała, jak to się działo, ale wtedy zawsze chwytała jego palce mocniej swoimi
i jakoś słowa odnajdywały właściwą drogę miedzy strunami głosowymi, tchawicą i gardłem
i jakoś trafiały do wyjścia- i nie były już szlochem.
Czasem dziwiła się w sobie. Nie bała się jego dotyku.

Najdziwniejsze jest to, ze on wiedział wszystko o tym stanie. Wiedział doskonale, że
słowa nic nie pomogą. Chował ją w kącie rozwartym ramion i trwał. Bezgłośnie, milcząco, niewzruszenie. Nie słyszała sloganów, niepotrzebnych słów, frazesów, pustego pocieszania. Po prostu ją przytulał. I podświadomie obydwoje wiedzieli, że tyko to się liczy, ze jej serce nie potrzebuje filozofii, mądrych wywodów, a tylko i wyłącznie prostoty- gestów najbardziej banalnych ale i jednocześnie najczulszych, gestów zapomnianych- a tak koniecznych; dotyku dobrych dłoni, ciepła ramienia i tej ciszy, wolnej od brudu słów, kłamstw, chaosu i patosu.

To tak, jakby wynagradzał jej tym gestem brak opieki, brak miłości od strony tych, którzy kochać ją powinni, to tak, jakby odnajdywał w niej pierwotną bliznę, pierwotne źródło bólu i je zalepiał sobą. Znajdywał w niej dziewczynkę, nie energiczną i popularną kobietę- ale słabą i małą dziewczynkę... A potem trwał, trwał tak długo, ile było to potrzebne, cicho, mocno, nieprzerwanie, lecząc ciepłem palców drżenie jej spłakanych dłoni. I przede wszystkim pamiętał, że słowa są niepotrzebne.

A gdy łzy bezsilności płynęły, widziała go zza rozmazanego świata, cichego i
płaczącego z nią... Brał jej twarz i podnosił do góry, mówiąc jakby, że każdy czasem płacze i ze lepiej z przyjacielem niż samemu...
Zapamiętała na zawsze wyraz jego oczu wtedy. Kiedyś myślała, że po prostu takie są,
później zrozumiała, że one płaczą...


***

Któregoś dnia pojęła, że On odejdzie. Pojęła, że wybierze własną drogę, własny świat,
że założy rodzinę i komuś innemu będzie kładł brodę na zatroskanej głowie. Zrozumiała, że ich wspólny świat się kiedyś rozsypie, będzie bladł, szarzał, kruszył się, aż w końcu po prostu zostanie tylko wspomnieniem. Ten nieunikniony fakt, jego świadomość ja przygniotła, ją przeraziła. Przecież On był jej schronieniem, jej jedynym pocieszeniem, jej jedynym miejscem na ziemi, w którym czuła się istnieniem ważnym i potrzebnym. I nagle i to miało jej zostać odebrane....

Dorastała, i co gorsze- życie realizowało jej obawy. On znikał. Odchodził. Wyjeżdżał.
Jego nadzieja towarzyszyła jej coraz rzadziej.. Czasem się złościła na los za to, ze podarował jej jego i teraz zabrał. Wydawało jej się, że nie ma żadnej różnicy, znów ma swoje cale cierpienie, znów ma swój cały ból... Nic się nie zmieniło oprócz tęsknoty, która się pojawiła, która dokładała swój ciężar do ciężaru cierpienia... Do ciężaru świadomości, ze można żyć inaczej – nie samotnie...


***

Było późne, ciche lato. Znów znalazła się w miejscu, w którym dziwnie się czuła,
którego nie rozumiała, którego nie odczuwała jak inni. Zastanawiała się dlaczego i po co los znów ją umieścił akurat tutaj, nie wierzyła w tego bezcelowość i przypadkowość. A jednocześnie była samotna i zagubiona. On odszedł, a ona była pozostawiona na zagładę temu obcemu światu i swoim krzywdom.

I wtedy spotkała ją. Wiedziała już, po co tu jest. Wszystko stało się klarowne.
Wystarczy, że na nią spojrzała- już czuła jej cierpienie, tak identyczne i podobne do jej
cierpienia, już znała jej historię, już wiedziała. Oczy dziewczynki były jej bliskie, tak dziecinne, choć dorosłe, tak smutne, choć jeszcze zabarwione nadzieją.

Znalazła ją wkrótce na zimnej ziemi, przemoczoną nocną rosą, przygniecioną bólem,
cierpieniem, krzywdami, nadziejami, które nigdy się nie spełnią, już nawet nie płaczącą, lecz pogrążoną w przeraźliwej niemocy, przeraźliwym opuszczeniu.
Usiadła koło niej i nie wiedziała, co robić. Nie umiała dawać ciepła, bo jej nikt go nie
dawał, pocieszać, bo zawsze radziła sobie sama, głaskać, bo jej nie głaskano...
I nagle przypomniała sobie jego. Mądre, przymrużone oczy, szklisto błękitne, które
płakały. Przypomniała sobie jego dłonie, ich zapach, gdy ocierały łzy z jej policzka. Przypomniała sobie jego ciepło, gdy kuliła się w sobie, a ono ją otaczało, przypomniała sobie ten szept nad jej uchem, duże dłonie gładzące ją po włosach tak, jakby była małym
dzieckiem...

Zrozumiała, ze On jest z nią. W niej...

Przybliżyła się do dziecka, wyciągnęła nieumiejętnie drżące ręce, nieudolnie ogarnęła
małe, cierpiące ciało i przygarnęła je do siebie. Pogłaskała ją nieporadnie po włosach. Nie powiedziała nic. Czuła jak po policzku płynie cicho łza tęsknoty za nim.
Gdy usłyszała cichy szloch małego ciała- przytuliła ją mocniej, wzięła jej rączkę
w swoją dłoń i wyszeptała:
„Ej, spokojnie”.

Opublikowano

Przeczytałem i też wolałem nieco odczekać. Olbrzymią część tego tekstu stanowią wyliczenia - co się oczywiście może podobać, ale może też razić; myślę, że ściągnięcie tego tekstu (mam na myśli: skrócenie poprzez zostawienie samej esencji, bez wyliczeń) byłoby bardzo korzystnym zabiegiem kosmetycznym.
Nie wdaję się raczej w debaty o treści, ale muszę dla uczciwości powiedzieć, że w czasie lektury byłem - to chyba dobre słowo - zadziwiony uczuciowością bohaterki. Pozwolę sobie jeszcze na plagiat: bardzo uduchowione.

Opublikowano

te powtórzenia, wyliczenia lekko męczące, ale opis kiedy peelka najpierw sama jest utulana a potem utula zrozpaczoną dziewczynkę jest wzruszająco opisany, to najbardziej mi utkwiło w pamięci i sie spodobało.

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Była pewna specyficzna pora roku. Pewien specyficzny człowiek zastanawiał sie nad nurte swojego życia. Czemu byo tak, a nie inaczej? Nie wiedział. Krew go jednak czasem zalewała znajdując gdzieś drogę pomiędzy sercem, aortą a porami skóry. Czemu robił to co robił? Nie wiedział. A ż kogoś spotkał, a ten ktoś mu powiedział albo i nie powiedział. A on zrozumiał lub nie, to zależy.
Minął rok i nadal nic z tego nie wynikało. Wszytstko było coraz bardziej nudne, a może nostalgiczne. Napewno niedookreślone, bo i po co. Wolał nie używać imion, swoiskie zbyt swoiskie, zagraniczne zbyt obce. A nieokreśloność może się sprzeda lepiej a napewno bardziej metafizyczna będzie.

Żeby nie było, ze się czepiam bez wskazywania poprawnego tao autorowi:
1)mniej niedookreśleń
2)więcej dookreśleń
3)freney ma racje zalecając ściągnięcie tekstu.
4) najpierw baba chciała faceta zabić, bo kazał jej mówić... a potem facio okazuje się pierwszorzędnym sadystą, bo "wiedział, że słowa nic nie pomogą, taki był dobry i współćzujący" czy jakoś tak. Ale może to uczucia tylko i czepiam się niepotrzebnie, wszak kto kobietę zrozumie, nie?

Opublikowano

Śliczne. Bardzo wzruszające.
Absolutnie mi te wyliczenia nie przeszkadzają. One własnie nadają specyficzny klimat temu opowiadaniu. Taki, że łatwo się utożsamić z bohaterką i zrozumieć te jej wszystkie uczucia. A o co z tą nieokreślonoścdią Marcholtowi chodzi to ja nie wiem. Mi sie podoba, ale pewnie dlatego, że jestem kobietą to i łatwiej mi zrozumieć ;) Zakończenie też bardzo mi się podoba.
Jak chodzi o techniczne sprawy to nie rozumiem tylko tych przerzutni.
Naprawdę śliczne :)

Opublikowano

Dziękuję wszystkim za komentarze. Bardzo cenię zwłaszcza krytykę (dzięki zwłaszcza Marcholt). Lubie tu wpadac, bo moge się tutaj duuużo nauczyć... Do zobaczenia...

Opublikowano

Pani sie czuje zniechęcona? Pani się czuje urażona? ojej...
Nie wiem co by powiedział autor "Tanga" i nie interesuje mnie to. Kogoś jeszcze muszę lubić i szanować i cenić jego twórczość? Prousta? Sienkiewicza?
A swoją drogą, podziwiam za skromność. Brać w obronę swój tekst stawiając go przy "kartotece" jak równego przy równym. Cóż, droga pani, w takim razie atakować moją krytykę to jak atakować wszystkich polskich krytyków literackich razem wziętych! To jak krytykować kapitułę Nagrody Pulitzera, Nagrody Nike, Nagrody literackiej Nobla! Cóżby oni powiedzieli... Nie, nie! Żartuję tylko. Trzeba być wrażliwym na piękno przecież.
Przepraszam, kurde, panią bardzo, że mi się pani tekst nie spodobał. Postaram się poprawić, mam nadzieję, że w przyszłości wszystko mi się spodoba i wszystkich polubię.
Pozdrawiam.

Opublikowano

A ten marcholt to się chyba naprawdę Kwintyliana naczytał... jeśli chodzi o niedookreślenie to podejrzewam, że Marcholtowi szło m.in. o wszędobylskie zwłaszcza na początku tekstu "jakby". Działa bardzo na niekorzyść.
Tekst w moim odczuciu ma być podniecający intelektualnie a nie wzruszający, więc nie zgodzę się z Kasią Q. Co nie przeszkadza mi podziwiać Autorki za wzorowe przyjmowanie krytyki, nawet tak złośliwej jak Marcholta. Wszystkiego dobrego :-)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...