Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Astygmatyzm miłości, rozdział 11


Po matce widziałam, że płakała wiele godzin. Tata nie wiedział, co ze sobą zrobić, gdzie skupić wzrok, jaką postawę przyjąć, co powiedzieć. Wszyscy spoglądaliśmy na siebie trwając w przytłaczającym milczeniu. Nie mogłam dłużej.

- Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że Was widzę...
- Nie dawałaś znaku życia tyle miesięcy - matka wciąż nie mogła opanować drżenia, musiała być w szoku.

W tym momencie weszła pielęgniarka. Omiotła nas wzrokiem.

- Może jednak podać państwu coś na uspokojenie? Zaraz przyniosę, a Patrycja niech się nie podnosi z łóżka. - Poczułam się jak małe dziecko, o którym rozmawiano w jego obecności a nie z nim.
- Jak pani uważa - ledwie słyszalnie szepnęła mama.

Po chwili odważyłam się na pytanie.

- Byliście u Dawida?

Matka chyba niedosłyszała, natomiast ojciec zareagował gwałtownie.

- Myślisz, że jeszcze będziemy odwiedzać smarkacza, który doprowadził do ucieczki naszej córki z domu?!

Jego wybuch wbił mnie w pościel. Bezwiednie zamknęłam oczy.

- Ale tatusiu ja...
- Milcz! Jak tylko wrócimy do domu, to wszystko będziesz wyjaśniać. Ale i tak wiemy, że to jego wina, nawet nie próbuj go bronić.
- Niee... wy nie rozumiecie - jąkałam przez łzy - to ja...
- Nic nie mów już dziecko drogie. - Tym razem odezwała się matka. - Teraz jesteśmy już z Tobą, zajmiemy się wszystkim. Zaopiekujemy się maleństwem...
- Wychowam dziecko razem z Dawidem.
- Głupstwa pleciesz - matka chyba starała się mnie w ogóle nie słuchać - wszystko się ułoży, ociec kupi łóżeczko, wózek... prawda Romku? - spytała lekko nieprzytomna i otępiała matka.
- Tak - Odrzekł głucho ojciec.

Weszła pielęgniarka i rozdała wszystkim leki uspakajające. Zaproponowała jednocześnie rodzicom by wypoczęli w jakimś hotelu (w szpitalu nie mieli miejsca) i odwiedzili mnie za kilka godzin. Wszyscy wyszli bez słowa. Ojciec nawet na mnie nie spojrzał zamykając drzwi.

Czułam się potwornie. Samotna. Opuszczona. Zagubiona.
Musiałam porozmawiać z Dawidem.
Koniecznie.

Nie byłam jeszcze śpiąca, więc powoli wstałam, ubrałam szlafrok, który przywiozła mi mama. Rozejrzałam się, czy po korytarzu nie krąży jakaś pielęgniarka i udałam się na poszukiwania oddziału intensywnej terapii. Nie wiedziałam, czy Dawid nadal tam leży, ale może tam się dowiem, gdzie go ewentualnie przenieśli.

- Przepraszam, szuka pani kogoś? - z tyłu zahaczyła mnie pielęgniarka.
- Nie, nie...Tzn. Tak! Szukam. Dawida Szymkowskiego. Wie pani, gdzie on leży?
- Hmm, czy to młody chłopak ze złamaną nogą? O tego pani chodzi?
- Tak! - krzyknęłam uszczęśliwiona.
- Zaraz go poszukamy. - I ruszyłyśmy na drugi oddział.

Nie minęło parę chwil, jak uchylałam drzwi od sali, na której znajdował się między innymi Dawid. Nie spał. Spojrzał na mnie, jakby nie mogąc uwierzyć, że naprawdę stoję przed nim. Pielęgniarka zamknęła za mną drzwi.

- Dawid... - wyszeptałam.
- Pati, jak się tu znalazłaś? Nie musisz leżeć?! Siadaj tutaj. - wskazał mi krzesło obok swego łóżka. Usłuchałam.
- Musiałam z Tobą porozmawiać...
- Ja z Tobą też muszę... Muszę wszystko wyjaśnić...
- Poczekaj, nie... moja sprawa jest ważniejsza...

Dawid spojrzał na mnie nie wiedząc, czy ma się bać, czy cieszyć.
Wzięłam głęboki oddech. Ech, jakie to trudne...

- Są tu moi rodzice...
- CO!?
- Wczoraj zadzwoniłam do domu... Dawid, my teraz potrzebujemy pomocy, ja lada dzień mogę urodzić, nie wiem, czy sobie sama poradzę. Nie wiadomo, kiedy Ty wyjdziesz ze szpitala, co będzie dalej? Po prostu musiałam do nich zadzwonić. - skończyłam mówić ledwie słyszalnym głosem, niemal proszącym o wybaczenie. Cały czas jak mówiłam wpatrywałam się tępo w kołdrę, na której leżały jego ręce. Gdy skończyłam widziałam już tylko zaciśnięte pięści. Bardzo powoli podniosłam wzrok na jego twarz.
Wściekłość. Gniew. Wzburzenie. Chyba strach...
Tyle wyczytałam z roziskrzonych oczu, które wydawać by się mogło oczekują ode mnie jakiegoś wytłumaczenia.

- Dawid nie miałam z Tobą kontaktu. Musiałam z kimś..
- I akurat musiałaś dzwonić po rodziców, tak?!
- No, ale zrozum...- nie dawał mi dojść do słowa.
- Nie, nie zrozumiem! Źle nam było?! Teraz Cię zabiorą i już mnie więcej nie zobaczysz! I ja Cię więcej nie zobaczę! A co z naszym dzieckiem? Pomyślałaś o nim!?
- Dawid, proszę Cię nie krzycz... denerwujesz i mnie i niepotrzebnie dziecko. Oczywiście, że o nim pomyślałam i właśnie dlatego sprowadziłam tu na trochę rodziców. Potem, jak wydobrzejesz, sami się wszystkim zajmiemy. I będzie jak wcześniej.
- Nic już nie będzie tak samo. Czy Ty nie rozumiesz, że jak oni teraz Cię odnaleźli to już nie wypuszczą z rąk?
- Ależ skąd! Oni zrozumieją naszą decyzję, będą musieli ją uszanować.
- Pati, czy Ty udajesz taką naiwną?!

Miał rację... Wmawiałam sobie, że będzie dobrze, ale po rozmowie z rodzicami wiedziałam, że nie obędzie się bez problemów. Nie chciałam jednak, żeby o tym wiedział. Zastanawiałam się czy brnąć dalej w tę farsę... Z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa.

- Będzie dobrze...Dawid musi się nam udać...
- Pieprzenie. Zabiorą mi Was.
- Nie! - rzuciłam mu się na szyję zmęczona całą sytuacją, musiałam się w końcu wypłakać - Dawid ja nie chcę żeby mnie zabierali. To jest nasze dziecko i ja wiem, że... że Ty je kochasz tak mocno, jak mnie i że będziesz doskonałym ojcem. Ja... ja im nie pozwolę się mieszać do naszych spraw. Ja tylko chciałam by tu przyjechali na moment, na tę ciężką chwilę. Ale oni zaraz pojadą. Naprawdę. Obiecuję Ci. Oni nie mogą... nie mogą nam....
- No spokojnie... już, będzie dobrze. Masz rację, jakoś się ułoży. Nie damy im się rozdzielić. No nie płacz już kochanie... Pewnie jak wydobrzeję i zobaczą, że już wszystko w porządku to sobie pojadą. Pokażemy im mieszkanie, na pewno im się spodoba. No Pati podnieś głowę... Spójrz na mnie... Pati?... Śpisz?...

Byłam tak zmęczona, nie mogłam podnieść powiek... Tak senna. Dawid coś do mnie mówi? Dawid...

- Pati no zbudź się, nie możesz tu spać. Musisz kochanie wrócić do siebie, bo tu Wam niewygodnie... Paatii... No wstawaj skarbie... Pati? Pat!?..... Siostro! Siostro!!

- Co się dzieje?
- Nie mogę jej dobudzić! Jeszcze przed chwilą rozmawialiśmy, myślałem, że zasnęła, ale ona nie reaguje, chyba straciła przytomność...



c.d.n.

Opublikowano

To fragment szerszej całości? Historia raczej znana. Mam nadzieję na jakieś zaskoczenie. Dialogi świetne. Słychać "osłuchanie", czego wielu - także mnie - brakuje. Ciekawe co się urodzi...?

Opublikowano

to jest fragment wcześniej publikowanej, dość szerokiej całości :) chyba z 11 rozdział, ale nie miałam pewności, więc nie numerowałam tym razem. Reszta powinna być dostepna w archiwum, ale jeszcze chyba nei jest.

Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że moje dialogi uważasz za dobre :)

dzieki za komentarz i, gdy tylko będą dostepne, zapraszam do zapoznania się z poprzednimi rozdziałami
Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

ok. czekam. chodzi mi po głowie poczwarka, ono i ...alien. skrzywiony jestem. kiedyś myślałem nad farsą. na ścianie wisi plakat sportowca-murzyna. żona ciągle patrzy na obsesje męża i w końcu rodzi ślicznego murzynka. ona biała, on biały, a dziecko nie. co ludziom powiedzieć? przeca od pół wieku murzyna we wsi nie było, ona też tylko prała i sprzątała, a tu masz.. sugeruje się tylko tym, wcześniejszych rozdziałów nie znam. pozdrowienia. jac

Opublikowano

No!!!!! nareszcie doczekałam się kolejnej części...dobrze się czytało(jak zwykle)...Tylko dlaczego znowu się kończy w najlepszym momencie???? :) no nic..pozostaje mi czekać na kolejną część...pospieszać nie będę :)
"- Będzie dobrze...Dawid mu się nam udać..."- chyba miało być musi? ale to drobnostka...gdzieś tam brakowało mi przecinka,ale nie moge teraz znaleźć gdzie,za co przepraszam :)
Podsumowując- świetnie
Pozdrawiam serdecznie N.Z.

Opublikowano

Mi też się podobało :) Choć historia zalatuje telenowelą, to czyta się ją bardzo dobrze. Masz poprawny warsztat. Musisz tylko pomyśleć nad czymś, co będzie wyjątkowe w Twoim opowiadaniu. Bo taka sobie historyjka o życiu i miłości nie zrobi furory. A szkoda marnować Twój czas i talent na coś bylejakiego merytorycznie.

Pozdrawiam serdecznie,

Gwyn

Opublikowano

Tak właśnie telwizja podtruwa literaturę, odbierając jej naturalne prawo do pisania prosto o życiu. Od literatury oczekujemy już tylko dziwactw, puent i zaskoczeń. Dlatego podziwiam trud Natalii i wierzę, że się opłaci. Myslę, że wróci jeszcze czas zwyczajnych opowieści do poduszki, kiedy już nas zmęczy nieświeży cokolwiek postmodernizm...

Opublikowano

Przepraszam, że dopiero teraz komentuję ten fragment, ale wcześniej jakoś mi nie wychodziło:) Może denerwował mnie tytuł, może nie. Nieważne.


A więc najpierw słowa uznania za dialogi. Pozwalają dosyć błyskawicznie przebrnąć przez tekst, bo są naprawdę dobre, naturalne.
Tylko, że z tym wiąże się coś, co nieco mniej mi się spodobało. Tzn., przeczytałem, ale niewiele mi z tego zostało w głowie.

Nieważne, czy literatura przekazuje coś o życiu, czy jest zamknięta w swoim wysublimowanym świecie, musi coś przekazywać. COś powinno zostawać w mózgu czytelnika, drążyć, jak u Słowackiego:

'Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mnie żywemu na nic... tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba - w aniołów przerobi. '

Oczywiście to tylko stan idealny, ale staraj się, Natalio, do niego dążyć.

Pozdrawiam

MZ

Opublikowano

Michale nie masz za co przepraszać :)
co do tego, że się dobrze czyta bardzo się cieszę, a co do tego, że mało pozostawia? to jest fragmencik całości :) jak skończę pisać tę "telenowelię" to chyba pozwolę sobie zamieścić jeszcze raz, ale wszystko razem.
Chociaż trochę mnie teraz ruszyłeś, w pozytywnym sensie oczywiście, każdy fragment powinien coś w sobie nieść... hmmm drążcymi rękoma będę publikować kolejną część :)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Asher :) Nie twierdzę, że proza musi być "wydziwiona". Tylko że pisząc, piszemy o czymś z założenia interesującym. I jeśli chcemy, by nie był to kolejny Harleqin (czy jak to się pisze), musimy się postarać.

Prawda, każdy fragment powinien coś przekazywać. Całość też. Mottem powieści może być "miłość jest wielka, wszystko zwycięży", ale skoro chcemy zastosować tak oklepany motyw, powinniśmy to robić w nieoklepany sposób. W przeciwnym razie proponuję go zmienić.

Czytelnik oczekuje od tekstu czegoś, co utkwi mu w pamięci. Nie chce czuć się tak, jakby znów podglądał sąsiadów przez dziurkę od klucza. Uważnie patrzy w każde słowo i ma nadzieję, że na końcu zostanie uraczony czymś smakowitym. Trafnym wnioskiem, o którym nie pomyślał, zaskakującym obrotem sprawy, morałem...

Telenowelowość jest zła. Miłość i współczesne realia nie. O ile, oczywiście, przedstawi się je w wartościowy sposób.

Pomyślcie o szablonowym wypracowaniu, które co prawda napisane jest dobrym językiem i zawiera duzo literackich przykładów, lecz nie ma w nim niczego nowego, oryginalnego. Ot klepanie tego samego, co reszta klasy. Nauczyciel wystawi piątkę, ale do druku wypracowanie niestety nie trafi.

Pozdrawiam,

Gwyn

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...