Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Świat obserwowany przez człowieka leżącego na bruku, robił niesamowite wrażenie. Drzewa wydawały się bardziej strzeliste, domy nazbyt wysmukłe, ulica nieskończona.
Uśmiechnąłem się z podziwem. Stan, w jakim się znajdowałem, pozwalał docenić tę niezwykłą odmianę. Zdążyłem jeszcze dostrzec mdły neon i nikłe światła ulicznych lamp, a potem moje oczy zaszły mgłą. Pośrodku niej zawisł jasny punkcik. Zaczął wirować, niby zagubiony świetlik i nagle uleciał gdzieś do góry. Znów ujrzałem widok zapuszczonej ulicy.
Na asfalcie przed moją twarzą upadł zużyty papieros, eksplodując fontanną pomarańczowych iskier. Czyjś but przydeptał go lekceważąco. Był to modny, sportowy bucior, kupiony w salonie firmowym. Wprost z niego wyrastała noga ubrana w firmowy dres. Odgłosy oddalających się kroków dudniły mi w głowie, stając się powoli dźwiękiem trudnym do wytrzymania. Z wielką ulgą powitałem ciszę, jaka później nastała.
W polu widzenia pojawiła się twarz zatroskanej dziewczyny, z furą jasnych włosów i zakrwawionym nosem. Nie wyglądała apetycznie. Po całonocnej balandze, jej oczy podkreślały ciemne łuki zmęczenia, zaś makijaż na policzkach całkiem się rozmazał. Może ją znałem, a może tylko pamiętałem. Nie chciało mi się nad tym zastanawiać. Powoli wyciągnęła rękę: zdała mi się być jakimś monstrualnym przedmiotem, którym mi groziła. Zląkłem się, że znów będę musiał walczyć z bólem, jednak tym razem kontakt z drugim człowiekiem oznaczał ciepły, przyjemny dotyk.
- Dlaczego się wtrącałeś? - usłyszałem zatroskany głos.
Leżałem z policzkiem wtulonym w asfalt i półprzytomnie spoglądałem przed siebie. Przez jakiś czas czułem bijący od chodnika chłód, później rozgrzałem ten swój kawałek ziemi. Kolana miałem podkurczone, ręce przyciśnięte do obolałego brzucha. Jakimś cudem okulary na moim nosie były całe. Leżałem wygodnie na boku, lecz kiedy próbowałem przemieścić gałki oczne do góry, by spojrzeć na dziewczynę, musiałem krzywić się z bólu.
- Dlaczego? - nie ustępowała.
- Jestem dżentelmenem...
- A ja siostrą Faustyną. Możesz wstać?
Starała się delikatnie podnieść mnie z chodnika, ale z powodu narastających jęków i syków, szybko zaniechała wysiłków.
Z głębi ulicy Czarnowiejskiej nadjechał maluch wypełniony po brzegi pijaną młodzieżą. Muzyka wściekle dudniła, wspomagana chórem tubalnych głosów. Pojazd zwolnił, wszyscy pasażerowie przyglądali się scenie na bruku z drapieżnym zainteresowaniem. Dziewczyna tylko machnęła ręką, żeby odjechali. Wybuchli śmiechem. Jeden z nich wysiadł i oddał mocz pod jednym z drzew, wcale się nie krępując jej obecnością. Odjechali pośród salw śmiechu.
Dziewczyna ponownie nachyliła się nade mną.
- Sprowadzę Pogotowie.
- Taksówkę - jęknąłem cicho.
Bez namysłu wyjęła rozkładanego, babskiego Ericsona. Drżącą dłonią wystukała numer i zaczęła nerwowo spacerować wzdłuż mojego, wyciągniętego na bruku ciała.
- Pod ”38” na Miasteczku Studenckim, proszę....
Schowała telefon i usiadła obok, na krawężniku. Ukryła twarz w dłoniach. Cisza wpijała się w uszy, przegryzając się do głębi skołatanej głowy.
- Żeby tak chociaż ptaki zaczęły śpiewać – mruczała między własne nogi moja ratowniczka - Przecież już powinny...
Ale świt nie nadchodził. Ujrzawszy majaczące w oddali światła, zerwała się i pobiegła im naprzeciw. Wyczułem jej napięcie i po raz kolejny spróbowałem podnieść się o własnych siłach. Zdołałem jedynie oprzeć się na łokciu i na krótką chwilę ujrzeć świat w normalnej perspektywie. Nie spodobało mi się to. Złożyłem głowę na asfalcie i cierpliwie czekałem. Po chwili rosły taksówkarz wziął mnie pod pachy i postawił na wiotkich nogach. Zaciągnęli mnie wspólnie do samochodu i ułożyli na tylnym siedzeniu, gdzie od razu rozparłem się, niczym król. Dziewczyna wsunęła głowę przez drzwi, uśmiechając się lekko. Teraz mi się podobała - zużyta, zmęczona, naznaczona piętnem burzliwej nocy.
- Jestem twoim dłużnikiem - położyła mi wizytówkę na kolanach i trzasnęła drzwiami - Wyśpij się i zadzwoń.
Długo patrzyłem za jej widmową sylwetką, rozczarowany faktem, że nie jedziemy razem. Znikła za rogiem ulicy, a mnie niespodziewanie zachciało się płakać. Siłą woli powstrzymałem się, by nie pobiec za nią. Taksówkarz ruszył Czarnowiejską. Po chwili odwrócił się z wyrazem zniecierpliwienia na ciemnej twarzy.
- To dokąd jedziemy?
- Do domu...
Na jego oczach opuściłem głowę na pierś.
- To znaczy gdzie?
- Do domu...
Taksówkarz przez chwilę kiwał głową do własnych myśli, a potem zatrzymał auto i zdecydowanym ruchem otworzył drzwi. Mrucząc pod nosem najbardziej wyszukane przekleństwa pod moim adresem, swojej pracy i życia w ogóle, wyciągnął mnie z auta i zaciągnął pod najbliższą bramę. Tam posadził mnie opartego o ścianę i już miał odejść, gdy ujrzał przyciski domofonu wbudowane w ścianę. Uśmiechnął się krzywo i nacisnął pierwszy lepszy guzik. Nikt się nie odzywał. Wybrał drugi i natychmiast usłyszał gromkie:
- Halo?!
W odpowiedzi charknął podle i splunął mi pod nogi. Nie zwracając uwagi na wrzaski w domofonie, wsiadł do taksówki i szybko odjechał. Domofon z trzaskiem wyłączono. Nikt jednak nie zszedł, by sprawdzić, kto jest na dole. Poczułem się śmiertelnie zmęczony. W jednej chwili stałem się doskonale obojętny, wyciszony, zaprzedany snom. A na skraju nieba wspinał się po ścianie nocy trupioblady świt.
Jakimś cudem obudziłem się we własnym łóżku. Po nocy pozostał mi tylko chłodny odcisk futryny na policzku i przepotworny kac. Takich poranków nie miałem życiu zbyt wiele. Od wielu lat kac był czymś, co męczy innych. Zwykłem doprowadzać do szału kolegów poranną świeżością i dobrym samopoczuciem, podczas, gdy oni cierpieli wyjątkowe katusze.
Tym razem jednak czułem się jak weteran kilku wojen. Bolało mnie dosłownie wszystko: głowa, nos, broda, żebra, mięśnie brzucha, nawet prawe kolano. Na szczęście zasłony były szczelnie zasunięte, bo nawet rąbek światła prześwitujący w szczelinie, wywołałby we mnie furię. Bałem się wyjrzeć, bałem się, że światło dnia, które całemu światu dostarcza pociechy i nadziei, oślepi mnie, czy wręcz spali. Spojrzałem na budzik - jeden z tych, które niegdyś przywozili handlarze zza wschodniej granicy - jednak bateria wypadła i wskazówki uparcie trwały w martwym punkcie. Zwlokłem się z łóżka z przeciągłym jękiem. Nie miałem zwyczaju pić w dzień, ale ponieważ była sobota i wszystko mnie bolało, postanowiłem zrobić wyjątek. Wyjąłem z lodówki butelkę z resztą wódki i nie zastanawiając się wiele, łyknąłem sporą dawkę. Najpierw poczułem, że będę rzygał, lecz alkohol powoli trafił we właściwe miejsca. Ciepło rozlało mi się po całym ciele, ból stępiał, wróciła upragniona senność. Tyle wystarczyło, żebym wrócił do łóżka.
Kiedy ocknąłem się ponownie, za oknem panowała przyjazna szarość. Dzień miał się ku końcowi. Nadchodziła zbawienna noc - moja najlepsza przyjaciółka. Mimo bólu, podniosłem się i przyniosłem z lodówki resztę wódki. Znalazłem też zagubioną puszkę piwa, którą prawie ucałowałem. Wódka była dobra na szybki odjazd, piwko zapewniało długą inicjację i jeszcze dłuższy czas dobijania do dna. Usadowiłem się na poduszce i włączyłem telewizor.
Faceci z pistoletami gonili czarnoskórego rzezimieszka, wielkie głowy gadały o tym i owym, jakieś monstrum ścigało pierwszą naiwną, kuso ubrane dziewczyny grały w siatkówkę plażową, antylopy przemierzały sawannę, para tłuściochów wykłócała się w kuchni, wywołując raz po raz głupawy śmiech z offu... Bawiłem się zappingiem, dopóki nie natrafiłem na wolny kanał. Wibrujący, śnieżny obraz kładł na ściany błękitne smugi. Hipnotyczne drganie przyciągało swoją anonimowością, czystym wyrazem, brakiem jakiegokolwiek sensu. Zadowolony popijałem piwo, wpatrując się w sam środek skotłowanej bieli. Jakież za nią musiały ukrywać się światy! Jak kusiła, by się w niej roztopić, stać się jednym z ruchliwych punkcików, impulsem elektrycznym, ciałem zdolnym z olbrzymią prędkością pokonywać niezmierzone przestrzenie! Jak zapraszała, by nie być! Kiedyś, w pracy, lubiłem wpatrywać się w ciemność komputerowego Dosa, gdzie u góry ekranu mrugał tylko poziomy punkcik kursora. Później masowo wprowadzono środowisko Windows i czar bezpowrotnie prysł.
Zgnieciona puszka odbiła się od krawędzi telewizora i upadła gdzieś pod oknem. Przypomniałem sobie niejasno co dręczyło mnie zeszłej nocy w taksówce. Nie o tym marzyłem, nie tego pragnąłem, nie po to próbowałem być inny, niż wszyscy. Palącym niepokojem napełniała mnie myśl, że w chwili upojenia staję się dawnym sobą, że treści wyparte z podświadomości, wracają z niespotykaną siłą i próbują przywrócić mi wiarę w życie, kobiety i innych ludzi. Po chwili skapitulowałem. Zastanawianie się na rzeczami oczywistymi miało tyle sensu, ile próba lotu kosmicznego w miednicy. Odszukałem wizytówkę i obejrzałem ją z zaciekawieniem. Niestety, dziewczyna nie była snem ani efektem iluzji wywołanym przez substancje pobudzające. Była kobietą z krwi i kości. Dała mi wizytówkę.

MARTA KOWALSKA - WIZAŻYSTKA

Odnalazłem telefon i bez namysłu wystukałem numer.
- Cześć...
Odpowiedziała mi cisza. Jedynie słaby oddech dziewczyny świadczył, że ona tam w ogóle jest.
- To ja... z wczoraj...
Dalej się nie odzywała. Sapnąłem ciężko do słuchawki, nie mogąc znieść narastającego napięcia. A może pomyliłem numer? Miałem do siebie pretensje, że się wygłupiłem. Wydarzenia zeszłej nocy należały do świata przeszłości, nie liczyły się...
- To cześć...
- Zaczekaj! - mocny głos jeszcze bardziej mnie przeraził - Nie sądziłam, że tak szybko zadzwonisz.
- Chciałem tylko wiedzieć czy wszystko gra.
- No, nie. Ale ty zrobiłeś swoje.
Zamilkliśmy. Byliśmy sobie obcy. Nic o sobie nie wiedzieliśmy, a dystans, jaki nas dzielił, niczego nie ułatwiał. Właściwie nie pamiętałem nawet jak ona wygląda. Rzuciłem się na ratunek przypadkowej kobiecie - ot, bo była człowiekiem. Niewyraźnie majacząca w mojej pamięci sylwetka równie dobrze mogła być efektem pijackiego zwidu.
- Jesteś tam? - zapytała z niepokojem.
- Pójdę już - mruknąłem wystudiowaną formułkę - To znaczy wyłączam się. Fajnie, że wszystko dobrze.
Nie dałem jej już powiedzieć ani słowa. To, co mnie podkusiło, by zadzwonić, w tej samej chwili zostało zmielone w trybach zapomnienia. Żyłem chwilami. Od jednej do drugiej. Ta właśnie umarła. Myślami byłem już przy tym, że jest sobotnie popołudnie i dalej mogę robić co tylko zechcę. Wziąłem prysznic i długo szorowałem zęby, żeby zapewnić sobie minimum komfortu na wieczór. Znalazłem w lodówce połowę wędzonego kurczaka i resztki sałatki, którą zrobiłem w piątek w Termomiksie – tajemniczym szybkowarze zakupionym miesiąc temu. Zachwyciłem się nim podczas pokazu, jaki organizowała pewna firma networkowa u moich sąsiadów. Można w nim było zrobić niemal wszystko: od ciasta na świeże bułeczki po pstrąga na parze. Przez jakiś czas wydawało mi się, że zajmę się również jego dystrybucją, ale ostatecznie poprzestałem na samym użytkowaniu. Konieczność założenia firmy pociągała za sobą zbyt wiele wysiłku, a wcale nie miałem gwarancji, że pojutrze mi się nie odwidzi. Zachwyciły mnie za to potrawy, które prezenterka przygotowała w mojej obecności w ciągu kilku minut. Tego mi trzeba - pomyślałem i sprzęt już był mój. Lubiłem jeść w tym samym stopniu co pić, więc zakup uznałem za całkowicie celowy. Dołożyłem Temomix do robota, zestawu najwyższej jakości garnków, rondli i patelni z nadzieją, że może kiedyś będę miał okazję dla kogoś gotować.
Sałatka zachowała świeżość, kurczak też był niczego sobie. Po kolacji poczułem, że wracają mi siły i wybiegłem w mrok wieczoru, stęskniony za odymionymi wnętrzami knajp, zapachem alkoholu i widokiem ludzi. W „Kulturalnym” było już tak dużo ludzi, że od razu zawróciłem, we „Free Pubie” natrafiłem na nie mniejszy tłok, ale wypatrzyłem wolne miejsce przy stoliku, który zwykłem zajmować. Siedziały przy nim dwie dziewuchy, sądząc po ”grangowym” ubraniu i krzykliwych fryzurach - licealistki. Kiedyś lubiłem dziewczyny w czarnych bluzeczkach, czarnych mini i czarnych martensach. Kiedyś – to wydawało się tak dawno.
Śmiało podszedłem i zaczekałem, aż łaskawie mnie zauważą.
- Mogę się przysiąść?
Przyjrzały mi się uważnie i pokręciły głowami. Mimo to usiadłem i huknąłem szklanką o blat stołu, roniąc część drogocennych kropli.
- Nie chcę was zarywać - mruknąłem, nawet na nie nie patrząc - Chcę się napić piwa i spadam.
Tyle im się należało wyjaśnienia. Gdyby dalej protestowały, zamierzałem powiedzieć, że zaraz dołączy do mnie czterech kumpli z polibudy. Pewnie by się ulotniły. Zawsze tak robiły.
Dziewczyny przestały zwracać na mnie uwagę, wracając do przerwanego dialogu na temat kolokwium z biologii. Irytowały mnie, ale doszedłem do wniosku, że jedno piwo wytrzymam. Wyjąłem z kieszeni kawałek szyby i zacząłem cierpliwie pokrywać ją smugami czarnego flamastra. W ciągu kilku minut narysowałem portret jednej z dziewczyn, która wydawała mi się tak brzydka, że aż intrygująca.
Kiedy spostrzegły, że w ten sposób okazuję im zainteresowanie, zaczęły zerkać ku mnie, nie kryjąc zaciekawienia. Uśmiechnąłem się tajemniczo.
- Szklanka piwa i portret jest twój.
Zaskoczona dziewczyna obejrzała moje dzieło i skinęła głową.
Nazywały się Teresa i Renata. Studiowały na pierwszym roku biologii. Przyjechały z jednej z podbieszczadzkich wsi, upatrując w studiach oraz życiu w wielkim mieście szans na lepszą przyszłość. Trzy razy w tygodniu, gdy miały niewiele zajęć oraz w sobotnie wieczory, wyruszały w miasto w poszukiwaniu wrażeń, nowych znajomości i ciekawych dyskusji. Od razu zirytowały mnie akademizmem myślenia. Wydawało im się, że tak zwane mądre rozmowy, pomogą im zrozumieć problemy w perspektywie niemalże kosmicznej. Ubawiłem się setnie, ale nie próbowałem zmieniać ich sposobu myślenia. Interesowały mnie w tym samym stopniu, co reszta zgromadzonych tego wieczoru w knajpie ludzi.
- Masz niezłą kreskę - pochwaliła Teresa, którą od niechcenia sportretowałem.
Pochyliłem głowę, by ukryć rozbawienie. Pewnie wydawało jej się, że określenie „kreska” jest bardzo trafne i rzeczowe. Na obrazie Picassa to była kreska - poprowadzona między udami kobiety. Zawsze stawała mi przed oczami, kiedy jakiś snob nadużywał tego określenia, chcąc uchodzić za znawcę. Nie miałem dobrej kreski i wiedziałem o tym. Nigdy nie narysowałem ani nie namalowałem niczego wybitnego i wcale mi na tym nie zależało. Tworzyłem, bo lubiłem, a to, że czasami potrafiłem czymś zainteresować innych, zawdzięczałem tylko niezwykłym pomysłom formalnym.
- Jestem artystą śmietnikowym - wyjaśniłem mimochodem, wcielając się w zupełnie przypadkową rolę - Tworzę na rzeczach zużytych, śmieciach. Ten kawałek szyby znalazłem po drodze tutaj. Był zwykłym kawałkiem szyby, dopóki nie zmieniłem go w dzieło sztuki. Jeśli mnie natchniecie, napiszę poemat na drzwiach od kibla, a potem go wytnę...
Teresa poszła po piwo, zaś Renata próbowała ze mną flirtować, używając do tego celu nikłej wiedzy o kulturze i jej wybitnych twórcach. Śmieszył mnie jej nietoperzy nosek i rozbiegane oczy, w których migotały iskierki upojenia, jednak udawałem, że rozmowa z nią sprawia mi niespotykaną przyjemność. Pobudzający mnie powoli do życia alkohol sprawił, że opuściła mnie zwyczajowa ironia i złośliwość. Chyba planowały zabrać mnie ze sobą do akademika. Wyczekałem do ostatniej chwili i ostatniej kropelki piwa, po czym oświadczyłem, że muszę iść. Zatrzymywały mnie prawie siłą, ale postawiłem na swoim.
Gdy znalazłem się na ciemnej ulicy, wybuchłem radosnym śmiechem. Kilka panienek w butach na wielkich, ciężkich, przywodzących na myśl klocki drewna obcasach, i z ostrym makijażem na twarzach, obejrzało się w moją stronę, więc przystanąłem pod ścianą, udając, że się odlewam. Od razu znikły w bramie, prowadzącej do piwnicznej dyskoteki.
Sentyment zaprowadził mnie do „Kulturalnego”, w którym podczas studiów spędzałem mnóstwo czasu. Schodzili się tam wyłącznie studenci, naukowcy i artyści, hołdując, jak mi się wówczas wydawało, twórczemu snobizmowi. To było nawet przyjemne, iść po zajęciach za swoim doktorem i razem wypić piwo albo spotkać kogoś z licznego grona malarzy, muzyków, czy poetów, należącego do stałych bywalców. Co miesiąc zmieniano ścienną ekspozycję - fotografii lub płócien jednego z nich, co też miało wyjątkową wymowę. Zaglądałem tam z kumplami, a także zabierałem dziewczyny na randkę bez względu na porę dnia. W piwnicy zawsze panował przyjemny półmrok i nie można było stwierdzić, czy na zewnątrz panuje jasność dnia czy mrok. Świetnym pomysłem była wbudowana w ścianę lampa, udająca wiecznie oświetlone okno - zwłaszcza, kiedy zegarek wskazywał czwartą nad ranem.
Jak zwykle nie było wolnych stolików, ale mimo to zwiedziłem wszystkie zakamarki, gdzie przygotowano miejsca dla gości. Tak czy owak postanowiłem wypić tam piwo ze względu na dawne, dobre czasy. Wysupłałem z kieszeni bilon i pozdrowiłem barmana uniesieniem dłoni. Nie musiałem nic mówić. Uniesiony w górę kciuk wymownie streszczał zlecenie. Próbowałem wielu gatunków piwa - od ciemnych, mocnych importowanych z Wysp Brytyjskich, przez francuskie i amerykańskie „sikacze”, po produkty z Niemiec, Czech, Holandii i Turcji, ale pozostałem wierny Żywcowi. Nie potrzebowałem do tego nachalnych, irytujących kampanii reklamowych, po prostu kochałem tę markę i w pełni się z nie identyfikowałem.
Usiadłem przy barze i powoli delektowałem się świeżym smakiem piwa.
- Ty tutaj???!!! - krzyknął nagle ktoś obok mnie - Na pohybel ochujalcom wszystkich stanów, ty tutaj, a ja o tym nie wiem!!!
- Na symulacrum alkoholowych etykiet!!! - odwrzasnąłem i wpadłem w objęcia starego przyjaciela.
Bartek ścisnął mnie z całych sił, aż zaparło mi dech. Szczera moc jego ramion zawsze krzepiła. Przypomniałem sobie wieczory, kiedy odwiedzał akademikową siłownię i cierpliwie urabiał mięśnie, podczas gdy ja, leżąc w wyrze, gapiłem się na jakiś ciężki film Bergmana, Bressona czy Tarkowskiego .
- Jaki intertekstualny dyskurs przywiódł cię w progi naszej świątyni??? - kontynuował wygłupy oszalały ze szczęścia Bartek.
- Odwieczna potrzeba wypierdzenia akademizmu ze ścianek jelita grubego mojego naukowego emploi - odparłem w tym samym tonie i roześmieliśmy się, przyciągając rozbawione spojrzenia wszystkich wokół.
Stuknęliśmy się szklankami i odstawiliśmy je puste. Pierwszą rzeczą, jaka nas kiedyś połączyła, była niechęć do naukowego bełkotu. Drugą uwielbienie piwa. Bartek prawie się nie zmienił Nadal nosił przydługie włosy, wytartą marynarkę nałożoną na podkoszulek i obcisłe dżinsy. Miał lekko zarośniętą twarz, ale tak drobnym meszkiem, że wyglądała, niczym zmechacona tkanina. Olbrzymia żyła na jego czole po staremu przyciągała wzrok. Często, po joincie i paru piwach wyprawialiśmy z językiem ojczystym takie rzeczy, że niejeden polonista popełniłby samobójstwo.
- Ile to już lat? - rzekł poważnie Bartek.
- Całkiem niewiele. Ze dwa - wzruszyłem ramionami - Globalne przyspieszenie sprawia, że mamy złudzenie upływu wielkiej ilości czasu. Zbyt dużo dzieje się w jednej chwili, by mogła to pomieścić.
- Słusznie prawisz - Bartek klepnął mnie w ramię i uśmiechnął się do barmana - Jeszcze dwa! Co u ciebie? Dalej robisz w dziale miejskim?
Skrzywiłem się i zanurzyłem usta w pełnej piany szklance.
- Kiedyś wydawało mi się, że praca w gazecie da mi satysfakcję i mocną pozycję w życiu - rzekłem, patrząc w blat barowy – Teraz robię w reklamie. Nie zaspokaja aspiracji, ale pozwala nieźle żyć.
- Jeżeli to cię zadowala - Bartek wzruszył ramionami - Ja reżyseruję.
- Tak, jak marzyłeś!
- Właśnie! Po drugiej nagrodzie na pewnym festiwalu w Meksyku posypały się propozycje. Mało, że dobrze zarabiam jako realizator telewizyjny, to jeszcze na boku rozwijam twórczość artystyczną, korzystając z ich sprzętu.
- No, to robisz karierę - mruknąłem bez zawiści - Gratuluję. Z naszej paczki miałeś największy potencjał.
Bartek był osobowością nieustannie poszukującą, a kiedy poszukiwał, nic innego nie miało szans przedostać się do jego świadomości. Najpierw szukał wiedzy i całe dnie spędzał w czytelniach, później postanowił zostać sławnym pisarzem i wiele nocy poświęcił na pracę nad dziełem swojego życia, by wreszcie zgłębić tajniki kamery cyfrowej i zacząć produkować niesamowitą ilość filmików amatorskich, z których kilka posiadało rangę niemal artystyczną. Uśmiechnąłem się z dumą. Takich znajomości nie ma się w życiu zbyt wiele.
- Twoja rola także była szeroko komentowana - pochwalił mnie Bartek - Niby tylko epizod, ale jakże mocny w działaniu.
- Eee, przecież zagrałem menela.
- Ale z jakim skutkiem! Ty nie grałeś, ty po prostu byłeś! - wykrzyknął z patosem Bartek i zarechotał - Jak to było z twoją teorią żulowską?
- W każdym z nas tkwi ukryty menel, tylko nie każdy wypuszcza go na wolność - roześmiałem się z radością.
- O! - Bartek znów zdzielił mnie po przyjacielsku w ramię – Pij! Zapodamy sobie kamikadze.
Poczułem się autentycznie wzruszony. Tak dobrego samopoczucia, jak tego wieczoru, nie miałem od bardzo dawna. Znów znalazłem się w wyizolowanej niszy ponad światem, gdzie uciekaliśmy niegdyś przed jadem rzeczywistości. Bartek przypomniał mi nasz zwyczaj, którym zadziwialiśmy barmanów tuż przed zamknięciem lokalu. Zamawialiśmy raz albo dwa cierpki przysmak w małych kieliszkach, które wypijało się jeden za drugim, demonstrując niebagatelną tolerancję na alkohol. Nie pamiętałem, ile to razy barman wybałuszał na nas oczy, gdy nad ranem, ledwie trzymając się na nogach, prosiliśmy o zielone lub czerwone kamikadze.
- No, to jedziem! - zakomenderował Bartek.
Seledynowej barwy płyn w sześciu kieliszkach zniknął w bezdennej czeluści naszych gardeł. Szczęśliwy sięgnąłem po fajkę i tytoń. Widząc to, Bartek wyjął swoją i po chwili obaj zaczęliśmy roztaczać wokół siebie przyjemny aromat gatunkowej machorki. Balon przyjacielskiego upojenia unosił nas coraz wyżej, gdzieś między chmury, skąd nie było widać niczego poza bezkresem wyimaginowanego wszechświata.
- Napiszmy wiersz kolektywny - zaproponowałem lekko już bełkotliwym głosem.
- To już było - burknął Bartek - Po co się powtarzać?
- Nie wiem - zniechęcony potrząsnąłem ramionami. Niepotrzebnie spowodowałem przykre beknięcie czasu minionego.
- Zarwijmy lepiej jakieś kobitki.
- Miałem dwie. Gdybym wiedział, że cię spotkam...
- A co, sam byś nie poradził?
Stanęły mi przed oczami te wszystkie orgie, jakie odbywały się w akademikach. Promiskuityzm przyszłych elit intelektualnych tego kraju przerastał wszelkie wyobrażenia. Wszyscy kojarzyli się ze wszystkimi, często w tym samym pokoju, zaś rano mijali się w drzwiach, niczym obcy ludzie. Nikt nie mówił o ideałach, miłości i tego typu wzniosłych sprawach, tylko wypijał kilka piw i szedł się rżnąć w jakiś ciemny kąt.
- Już czasem nie daję rady dwa razy bez wyciągania – Bartek pokiwał z dezaprobatą głową - Ale z pauzą to bym sobie pewnie poradził.
- Starzejemy się, bracie - powiedziałem bez satysfakcji. - Jednak póki staje, póty nadzieja.
Wybuchliśmy szyderczym śmiechem i chwila refleksji przepadła bez śladu.
- Siłą rzeczy - mruknąłem i ryknęliśmy jeszcze głośniej.
- Te twoje powiedzonka - Bartek objął mnie i przygarnął do siebie - Bez dwóch zdań, bezapelacyjnie, naturalną koleją rzeczy, bezwzględnie... co tam jeszcze było?
- Nie pamiętam. Ty za to miałeś to swoje kaszubskie „jo”.
- Jo...
Druga kolejka kamikadze pięła się od żołądka do głowy.
- To po piwku - zakomenderował Bartek.
- Teraz ja! – uniosłem władczo rękę, nim zdążył zaprotestować.
- Zobacz! – krzyknął w amoku – Kiedyś, gdy nie mieliśmy kasy, szliśmy z półwytrawnym na Planty. Teraz pijam wyłącznie w knajpach.
Dyskusja rozmywała się, ustępując miejsca czystemu nastrojowi wspólnego picia. Bełkot, którym się posługiwaliśmy, rozumieliśmy już tylko my. Ktoś obserwujący nas z boku mógłby sądzić, iż posługujemy się jakimś nieznanym dialektem, składającym się na poły ze strzępów słów, na poły z rozmaitych gestów. Postanowiliśmy zaczepić jakieś dziewczyny. Zerwaliśmy się ze stołków barowych i z piwem w ręce zrobiliśmy szybki obchód knajpy. Potencjał żeński był przeogromny, ale przeważnie zaopatrzony w pierwiastek męski, który miał odstraszać ewentualnych kandydatów do objęcia krzesła w sąsiedztwie. Wreszcie trafiliśmy na dwie studentki wpatrujące się w hipnotyczny płomień świecy, dogasającej na blacie ich stolika. Ich szklanki były puste.
- Możemy???
- Nie dzisiaj - usłyszeliśmy i spojrzeliśmy po sobie.
- Czyż nie jesteśmy najbardziej atrakcyjnymi facetami w tej knajpie? - rzekł zdumiony Bartek.
- Owszem - odparła zadziornie mniejsza z nich - Takich, jak wy, to ze świecą szukać. Nasza, niestety, już gaśnie.
- Bo już nie jest potrzebna – włączyłem się - Oto jesteśmy...
- Jesteście stare capy - dodała druga - Za stare.
- Capy wykazują niezwykłą chuć. Nie wiecie o tym??? - nie rezygnował Bartek - Wolicie gówniarzy, którzy będą się na was uczyć dymać???
- Spadaj gościu, bo zawołam ochroniarza!
Skwitowaliśmy sytuację szyderczym śmiechem i tyle nas widziały. Na ulicy było już pusto. Kilka taksówek czekało w pobliżu, by bezpiecznie dostarczyć takich jak my do domu. Minęliśmy je, zataczając się od krawężnika do krawężnika.
- I jak leci? – zagadnąłem starym grepsem.
- Co? - Bartek w pierwszej chwili nie zrozumiał.
- No, jak wam leci, kurwa jego mać???
Nagle jego twarz rozjaśniła się łuną dobrych wspomnień.
- Aaa, dyć jakoś leci, proszę jaśnie pana.
Podczas studiów ”Baza ludzi umarłych” według Hłaski była naszym kultowym filmem. Masy miały swój „Rejs” i „Misia”, a my „Bazę”. Oglądaliśmy go wspólnie, polemizując z bohaterami i obśmiewając co lepsze fragmenty. Treść filmu pozostała w nas na zawsze.
- Nikt mnie jeszcze tak nie zrobił - podjął zabawę Bartek.
- Jak?
- Tak głupio.
- A ojciec?
Wesoły śmiech wstrząsnął uśpioną ulicą. Znów było jak dawniej, gdy późną nocą zmierzaliśmy do ”nocnego” po piwo.
- Harmonia na trzy czwarte - zadałem melodię i zaśpiewaliśmy ile tchu - Harmonia na trzy czwarte cicho łka, ferajna tańczy, ja nie tańczę!!! Z szaconkiem, bo się może skończyć źle, kiedy na Gnojnej bawimy się!!!
- Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo - dołączył się Bartek, przypominając piosenkę Stachury - Niechybnie brakuje tam nas!!! Od stania w miejscu niejeden już zginął, niejeden zginął już kwiat!!!
Objęliśmy się i tak doszliśmy do skrzyżowania. Bartek raptownie posmutniał.
- Ja tu skręcam.
- Śpieszysz się? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Żona czeka...
Jakaś błyskawica przeszyła mój omroczony mózg. Byłbym usiadł, ale Bartek podtrzymał mnie ramieniem. Staliśmy w milczeniu, czując jak niezwykła magia, którą wskrzesiliśmy, powoli ulatania się w niebyt.
- Gratuluję – mruknąłem nieszczerze.
- Życie, brachu. – Bartek jeszcze raz uścisnął mnie serdecznie - Do zobaczenia.
Bardzo długo stałem na rogu ulicy, wpatrując się w plecy odchodzącego przyjaciela. Żałowałem, że się otworzyłem, że wpuściłem do swego ciemnego wnętrza światło dawnej przyjaźni. Osłabiło mnie tylko, przywołało utracone złudzenia, paliło do żywego. Nie chciało mi się wracać do domu, chciałem wędrować nocnymi ulicami, dopóki nie przegoni mnie łuna nadchodzącego dnia. Na Plantach przysiadłem na ławce i wyjąłem dyktafon. Nie rozstawałem się z nim ani na krok, bo nie znałem dnia ani godziny, gdy coś poruszy moją wrażliwość. Tym razem była to jednak sama nic nie warta breja.
- Wszędzie gówno... Psy są najbardziej uprzywilejowanymi istotami w cywilizowanym świecie. Wolno im srać gdzie popadnie. Gołębie mają jeszcze lepiej - mogą srać na ludzi. I miasto tonie w gównie. Pamiętam, jak wracaliśmy z Olą z kina. Musieliśmy się schować, bo gówna spadały na asfalt, niczym deszcz. Tak zmasowanego srania nie spotkałem nigdy w życiu. Odgłosy były takie same, jak podczas porządnej ulewy. Co by było, gdybym ja tak zaczął srać na skwerze ? Świat, Franciszku, to gromada zwierząt wałęsających się po gównie... - Hłasko. Ktoś mi kiedyś powiedział, że Hłaskę czyta się w liceum. Może ja wciąż jestem w liceum...
Myśli nie kleiły mi się. Zbyt dużo wspomnień, złudzeń, nostalgii. Pozostał mi tylko niejasno odczuwany nastrój tamtych chwil, który niczego nie odradzał, a wszystko blokował. Zasmucony, zasnąłem na ławce.

Opublikowano

I rozdział powieści, którą zamierzam opublikować. Proszę o rzeczowe krytyczne uwagi. Zależy mi na szczerych opiniach, żebym w razie czego nie popełnił faux paux. dzieki. jac

Opublikowano

Wydaje mi się, że można to bez obaw opublikować. A jeśli ten pierwszy rozdział miałby stanowić zaledwie swego rodzaju preludium (tj. w dalszej części bohater główny zajmowałby się czymś jeszcze oprócz upijania się, ew. leczenia kaca;), mogłoby być jeszcze bardziej intrygująco. Zwłaszcza, że ma Pan bardzo wciągający sposób pisania - nawet o takich powszednich, pozornie nic nie znaczących zdarzeniach - a to bardzo cenna umiejętność.
Jedyne, co moim zdaniem należałoby trochę zmienić - to tytuł, który byłby chyba lepszy, gdyby ograniczał się do tego, co przed myślnikiem.
Jak dotąd jestem na "tak". Czekam na więcej.
Pozdrawiam - JvM

Opublikowano

Dzięki wielkie. To krzepiące. Bohater to nie jest miły gość. Mści się na życiu i na sobie, bo ciągle mu coś nie leży. To egoista, egocentryk i żałosny nieudacznik. A pracuje w reklamie. W takim razie podrzuce wkrótce II rozdział, który prezentuje go trochę od wewnątrz - nawet chyba za głęboko, bo ciągle mam wątpliwości, czy nie jest ten tekst zbyt wydumany w stosunku do I roz. Nieśmiało proponuje wirtualnego "brudzia" :))) Jacek

Opublikowano

tekst jest świetny, nie można oczu oderwać, nic też nie wybija z rytmu czytania, nic nie przeszkadza w formie. Dbałość o stronę wyglądu tekstu, czyli brak literówek, ortografów i wpadek interpunkcyjnych ( chyba tylko jedno "w" uciekło i kropka na końcu zdania :)) jest tu naprawdę bardzo mile widziana :)
cieszę się, że to dopiero początek, czekam zatem na dalszy ciąg

aha jeszcze może powiem, że początek bardzo dobry, sposób wprowadzenia w akcję, w życie bohatera przedstawiłeś naprawdę nieźle :)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Pierwszy punkt programu, czyli to, co nie jest jakie być powinno:

Niepotrzebne przecinki, na przykład tu:
"Tym razem jednak czułem się, jak weteran kilku wojen."
albo tu:
"Zastanawianie się na rzeczami oczywistymi, miało tyle sensu"
albo w kilku innych miejscach, których nie przytoczę z braku chęci i nadmiaru lenistwa;)

"impulsem elektronicznym"
Elektoroniczne może być urządzenie. Impuls jest elektryczny.

"Bartek klepnął go w ramię i uśmiechnął się do barmana"
To "go" jest mylące, z początku nie wiadomo o kim mowa.

"Skrzywiłem się i zanurzyłem usta w spienionej szklance."
Jak wyglada szklanka kiedy się pieni? ;) Może lepiej w spienionym napoju.

"Zasmucony zasnąłem na ławce."
A tu dla odmiany przecinek by się przydał.


Drugi punkt programu, czyli to, co jest bardzo takie, jakie jest ;)

A mianowicie zręczne i wciągające. Jedyne, co mi osobiście mniej się spodobało, to spadek akcji po świetnym rozpoczęciu. W pewnym momencie stwierdziłam, że jestem już znudzona. To było nieco ponad treścią wizytówki i telefoniczną rozmową.

No no, smaczna powieść się szykuje :)

Opublikowano
Świat, Franciszku, to gromada zwierząt wałęsających się pod gównie... czy po?

po czym moje oczy znów zaszły mgłą. Pośrodku niej zawisł potem jasny punkcik. Zaczął wirować, niczym zagubiony świetlik, po czym uleciał gdzieś

impulsem elektronicznym to też razi

Muzyka wściekl dudniła, wspomagana chórem tubalnych głosów. Pojazd zwolnił, wszyscy pasażerowie przyglądali się scenie na bruku z drapieżnym zainteresowaniem. Dziewczyna wściekle machnęła ręką, żeby odjechali.

to tyle uwag, czytało się bardzo dobrze, nie można się oderwać
czekam na dalsze części

serdeczności
  • 1 rok później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...