Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jestem w miejscu
gdzie księżyc
opatulony w lisią kitę
oddycha galaktycznym chłodem
a gwiazdy jak orzechy
trzaskają
spadając nam pod nogi

Jestem tam gdzie
słowa w zetknięciu z powietrzem
są siwym pyłem
aureolą zmierzwionych myśli
a głowy zadarte wodzą za
złotym rojem
nie patrząc sobie w oczy

W ciszy miejskich zderzeń
jest szept na powierzchni
który nigdy nie ustaje
I jest cisza
do której się dojrzewa

Kiedy wyjmujesz dłonie
z ciepłych rękawic
i pozwalasz mi patrzeć na
pęknięcia swoich linii papilarnych
rodzi się intymność
tak piękna
że krzyczę ze strachu
i płaczę ze szczęścia!

Opublikowano

W ciszy...
jest szept...
...
I jest cisza - cisza w ciszy ?

rodzi się intymność
tak piękna
że krzyczę ze strachu
i płaczę ze szczęścia! - puenta zbyt egzaltowana i niezgrana z klimatem wiersza

Całość niezła.

Opublikowano

kuba skawa napisał :

W ciszy...
jest szept...
...
I jest cisza - cisza w ciszy ?

rodzi się intymność
tak piękna
że krzyczę ze strachu
i płaczę ze szczęścia! - puenta zbyt egzaltowana i niezgrana z klimatem wiersza


zgadzam się co do słowa ale zakończę inaczej :

całość dobra.

Opublikowano

Luna, stworzyłaś naprawdę przyjemny klimacik. Z uwag...

a gwiazdy jak orzechy
trzaskają
spadając nam pod nogi . . . trzaskają "gryzie" mnie, ale może tylko mnie.. ;)

W II- giej nie czytałam sobie słowa... aureolą

W ciszy miejskich zderzeń
jest szept na powierzchni
który nigdy nie ustaje
I jest cisza
do której się dojrzewa . . . może bez.. "i jest cisza"..? i zostanie.. do którego się dojrzewa

sama przemyśl, bo warto tu dopracować.... aaa.. zakończenie też.
Pozdrawiam... :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...