Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jestem Tajnym Współpracownikiem Anioła. Chyba nikt z was nie sądzi, że jakiekolwiek spotkanie Środowiska może odbyć się bez permanentnej inwigilacji. Warszawa, podziemia kawiarni, nieopodal Uniwerku. Przypominacie sobie parę obściskującą się na kanapie? Nawet ta stara (za przeproszeniem) wyga, Magda Tara, niczego nie podejrzewając, zerkała tęsknie na nas. A tymczasem...
Spotkanie zaczęło się punktualnie. Około osiemnastej wkroczyła trójka organizacyjna: Marzena Obserwejszyn – dziewczyna cicha, śliczna, o radosnym spojrzeniu, ale o zupełnie nieadekwatnym nicku - cóż to za obsewejszyn, skoro nie zauważyła agentów w miłosnym uścisku?!. Tuż za nią – Krzysztof Kamil (ba! wbrew pozorom) Kurc. Młody człowiek, pragnący udowodnić przodkom właściwy wybór dwojga imion. Krzysztof Kamil (ba! wbrew pozorom) Kurc pisze od przedszkola. Jak pisze – wszyscy wiedzą. Jak wygląda – nieliczni.
Jest chłopcem o niezwykłej urodzie. Niewiele starszy od swojego sławnego imiennika KK (ba!.....)Kurc ma w sobie jasność, a w oczach- łagodność. Usiądzie przy Żubrze, żeby chłonąć tę niewiarygodnie szorstką męskość.
Tara – największe zaskoczenie wieczoru. Postać w wirtualu - o ogromnym potencjale pozytywnej energii i sposobie bycia młodej dziewczyny (ostatecznie kobiety) okazała się być osiemdziesięcioletnią, zasuszoną staruszką z burzą ciemnych loków, czarnym, farbowanym lisem wokół szyi i maleńkim moherowym berecikiem wpiętym w klapę męskiej (po mężu nieboszczyku) marynarki z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Watowane ramiona burzyły, i tak już zachwiane, proporcje, albowiem kobieta opierała się na lasce z rączką w kształcie penisa.
Cała trójka zajęła miejsca na kanapach i wymieniała fascynujące uwagi o pogodzie. A ta, trzeba przyznać, nie była przyjazna. Padało. Rozmowę przerwało przyjście kolejnej osoby.
Dziewczyna, jak lalka, bynajmniej, nie papierowa! Po prostu Lalka z krzywą grzywką, niesfornie zaglądającą do jej niebieskiego oka. Dłonią o długich, krwistoczerwonych paznokciach wygrzebywała powyższą grzywkę erotycznym ruchem, co powodowało widoczny niepokój zebranych mężczyzn. Lalka przyniosła ze sobą rubaszny humor i Wielką Pustkę w postaci nieobecnego Znanego PoetyB, zwanego Zetpebem, który postanowił się alienować. Jest to swego rodzaju tradycja rodzinna – głęboka alienacja w dniu Świętego Mikołaja. Rodzaj ascetycznej manifestacji – performens socjopatyczny. Efekt ascezy Zetpeba przyniesie tragiczne w skutkach wydarzenie, ale wróćmy do gości.
Oxyvia, z radosnym śmiechem przywitała wszystkich, wołając od drzwi:
- Drogie dzieci, witam wszystkich, których nie znam i których znam, a że znam już wszystkich, witam całą ósemkę!
Spłoszyła ją nieco postać siedząca na schodkach, prowadzących na nieistniejącą scenę. Ale Tara, z radosnym uśmiechem otworzyła ramiona, najszerzej, jak umiała i wzruszona wyszeptała:
- Oxyvio, dziecko drogie, jesteś najbliższa memu sercu, albowiem przyszłość narodu w twoich rękach!
Zapowiedziało się jeszcze siedem osób, dotarły cztery.
A tak a' propos! Jedynie alienacja usprawiedliwia nieobecność, pozostali będą się tłumaczyć Aniołowi na priwie. A' propos Olesi Apropos – w końcu i ona dołączyła do grona. Maleńka, filigranowa Calineczka o dużych stopach w za małych pantofelkach. Calineczkę Olesię wniósł w dłoniach vacker flickan, zwany Wafelkiem, w krecikowym futerku, którego nie zdjął do końca, ukrywając pod nim pas z dwoma rewolwerami. Rewolwery to znakomita imitacja, mająca odstraszać ewentualnych zalotników.
Ewentualnym zalotnikiem, był, rzecz jasna, Żubr. Mężczyzna około czterdziestki, postawny, z bródką, niebywale adekwatną do sytuacji. Ciało pokrywało sfilcowane futerko, jak to u żubra, które najbardziej skołtuniło się w okolicach głowy, tworząc malownicze dredy. Żubr emanował męską szorstkością, co przyciągało kobiety i jedną staruszkę. Tara powtarzała, jak mantrę.
- Żubrze, zróbże minę uprzejmą, Żubrze!
- Ku....ile razy można!? - uśmiechnął się szorstko, acz po męsku.
Ostatnia dobiegła zdyszana Ania Ostrowska (kto ją tak naprawdę wie, czy Ostrowska). Dziewczyna o niezwykłej urodzie, skupieniu i powadze w jasnych oczach. Brązowe, krótkie włosy podkreślały szczupłość twarzy. Sweter w kolorach jesieni wzbudził zachwyt seniorki Tary.
- Robiłam takie w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, ściegiem przemiennym, wypukłym!
Szły, jak woda, na Uniwerku. Pół Warszawy w nich chodziło. Dobry masz gust, córeczko - stwierdziła.
Ania nie jest poetką, pisze prozę i jest dociekliwą komentatorką. Interesuje ją proces twórczy i warsztat pisarski, jako taki. Usiłowała od dłuższego czasu przekrzyczeć rozdyskutowaną gromadę poetów.
- Powiedzcie, proszę, w którym momencie kończy się poezja, a zaczyna grafomania? I spojrzała wymownie na Tarę.
Po krótkiej chwili pytanie trafiło w Żubra, poety skromnego, płodnego, błądzącego po manowcach.
- Pisałem niedawno, Anno, pracę: "Różnice między grafomanią a grafologią w postępie geometrycznym". W wyniku wydziałowej dyskusji, wyodrębnione i określone zostało nowe pojęcie, a mianowicie: grafomagia, którą ku...ku...ku...blueee!
- Kultywuje Magda Tara - Tara wyręczyła chłopca i strzeliła go w plecy, gdyż jednoczesne picie piwa i gadanie kończy się często zachłyśnięciem.
- Dziękuję - zrobił minę uprzejmą Żubr.
I w tym momencie Olesia Apropos Calineczka pisnęła:
- Poszłabym do kibelka, mam mokre pantofelki...

Olesia zamoczyła pantofelki, wracając z bufetu. Woda, wydostająca się spod drzwi damskiej toalety, sięgała olesinych stóp. Wafel w tym czasie zażarcie dyskutował z KKK o wyższości krótkiej formy nad prozą poetycką. Nie doszli do porozumienia. Damska toaleta została zamknięta. Ogólnodostępne gumofilce, używane w trudnych dla lokalu przypadkach, stały nieużyteczne, gdyż woda w damskiej toalecie sięgała kolan.
Tara wpadła na świetny pomysł.
- Olesiu, dziecko, idź skorzystaj z męskiej toalety. Postawimy Żubra i KKK do pilnowania drzwi, a Wafelek cię przeniesie.
Olesia pokryła się rumieńcem na samą myśl o męskiej toalecie. Rumieniła się, rumieniła, aż w końcowej fazie rumienienia huknęła głosem, którego nikt się nie spodziewał:
- Wafel, nastaw dłonie! Skaczę! Żubrze, KK, czy jak ci tam...biegiem!
Dopadli drzwi męskiej. Olesia zeskoczyła ze złożonych w łódeczkę dłoni Wafla, chłopcy zaparli się, tworząc łańcuch pomocy w przypadkach nagłych.
Gdy wrócili, Olesia długo milczała. Nikt nie mógł z niej wydobyć, co się wydarzyło w męskiej toalecie. W końcu spojrzała z rozpaczą na Oxyvię i cichutko szepnęła:
- Wiesz, tam biegają gołe kobiety. Jak mnie zobaczyły zamarły na ścianach w pozycjach erotycznych.
- Bardzo erotycznych? - Oxy nie była nigdy w męskim wc z gołymi kobietami.
- Bardzo...dosyć...bardzo - szeptała Olesia ze łzami w oczach.
Tara pogłaskała ją po głowie i powiedziała:
- Wiesz, pracowałam swego czasu w banku. Tam to dopiero kobiety zalegały ściany. To był
bank nasienia.
- A może ktoś opowie jakiś dowcip? - Ania Ostrowska próbowała odwrócić uwagę dziewczyny od drażliwego tematu.
- Niech Żubr opowie o bułeczce i pączku - Olesia poczuła się wyraźnie bezpieczniej na znajomym terenie.
- No dobra. Jedzie tramwaj... - zaczął Żubr.
Wszyscy ryknęli śmiechem, a Tara nagle przypomniała sobie, że miała być dzisiaj w pobliskim kościele, albowiem zamówiła mszę w intencji Środowiska.
- Żubr, opowiadaj baardzo wolno. Sprawdzę, jak tam msza i zaraz wracam - złapała laskę i nad wyraz lekko (zważywszy, że nie była najmłodsza) wybiegła z sali.
Tymczasem Żubr rozciągał dowcip w nieskończoność. Olesia kiwała głową, jakby nadawała rytm jego opowiadaniu. Słuchacze gubili wątek i zaczynali się ślinić, patrząc, jak dziewczyna gryzie zapamiętale cytrynę, wyciągniętą z piwa i oblizuje majestatycznie drobne paluszki umazane kwaśnym sokiem. Tara zdążyła wrócić na finał dowcipu, ale nie rozśmieszył jej, gdyż nie śledziła rozwoju akcji i pogubiła się w fabule. Żubr obiecał, że przy najbliższej okazji opowie tę historię raz jeszcze. Olesia zobligowała się, że mu przypomni.
Nagle, uwagę wszystkich odwróciło wydarzenie z pogranicza magii, czarów, czy czegoś w tym rodzaju. Pod sufitem, w kłębach dymu z papierosów, niczym na wygodnym posłaniu, leżała tajemnicza postać. Jakież było zdumienie Lalki, gdy rozpoznała wyalienowanego Zetpeba.
- Zetpeb! - wrzasnęła. Co ty tam robisz, do cholery! Ty nas monitorujesz! To ma być alienacja?! To się nazywa perfidne szpiegostwo! Wylecisz ze Środowiska, zobaczysz!
Tara, z zachwytu niezwykłością sytuacji, przestała machać wachlarzem - pamiątką z Hiszpanii, co spowodowało nagły odpływ dymu spod wyalienowanego ZnanegoPoetyB i jego duch runął na dół, wprost na głowę staruszki, zrywając jej piękne loki. Okazało się bowiem, że był to misternie wydziergany berecik - na tyle misternie, że nikt nie zauważył różnicy.
Tara, zakłopotana w granicach normy, wycelowała laskę, zakończoną rączką w kształcie penisa w winowajcę i teatralnym szeptem wysyczała:
- Zetpeb, przeklinam cię! Won ze Środowiska! Chyba, że przestaniesz się alienować?!
I w tym momencie zadzwonił telefon, a Poeta zniknął.
- To mój dzwoni! - krzyknęła Lalka. Zetpeb, to ty? Gdzie cię nosi, do diabła! Siedź na tyłku i weź się za pisanie wierszy. Dostałeś warunek, nie masz wyjścia, bo cię wyalienują definitywnie i nieodwołalnie!
Telefon Lalki rozładował atmosferę. Wszyscy odetchnęli.
Gdy spotkanie dobiegało końca, w drzwiach stanął funkcjonariusz, uginając się pod ciężarem wielkiego pakunku.
- A co babcia tu robi? - zwrócił się do Tary ze źle zamaskowanym zgorszeniem.
- Integruję się, dziecko. A co ty tu przyniosłeś? Gitarę?
- Znaleźliśmy to na peronie, na Centralnym, ktoś wywalił pudło przez okno, z tym adresem i nazwiskiem babci. Więc przyniosłem. Otworzyć? Ale nie mam czym. Może ktoś ma wytrych?
- Ja mam ostrogi przy kowbojkach - pochwalił się KKK i zadzwonił ostrogami. Po czym zgrabnie wykręcił stopę i otworzył pudło.
Ze środka wysunęło się ciało długowłosego, na oko - piętnastoletniego chłopaka.
- Mam żonę - rozwiał wątpliwości i znieruchomiał.
- Znieruchomiał - zauważył Żubr z twarzą wolną od wszelkiego grymasu...

to jeszcze nie koniec

- Oddycha? - strach siał spustoszenie w spojrzeniu Wafla - coś mi to ciało przypomina. Czekajcie, spionizuję je wizualnie.
- Mi też - szepnęła zawstydzona Olesia, patrząc na tylne partie chłopaka, te w spodniach.
Oxyvia podeszła zdecydowanym krokiem, pochyliła się nad ciałem i powiedziała:
- Mam wieloletnie doświadczenie z młodzieżą. Chłopcze, proszę natychmiast wstać! Wstań! Dzienniczek i do kąta!
- On jest, poniekąd, w kącie. Płaszczyzna ściany tworzy z płaszczyzną sceny kąt rozwarty - zauważył analitycznie Żubr.
- Chłopcze, wstań, bo zawołam pana Kazia od wuefu, a wiesz, że z nim nie ma żartów - rozpędziła się Oxyvia, chociaż jej mina wyrażała nieoczekiwaną bezradność wobec uporu leżącego nieznajomego.
- Może sprawdźmy, czy oddycha - przytomnie zaproponowała Ania Ostrowska, podeszła do ciała i przyłożyła do ust lusterczko powiedz przecie - może on, po prostu, śpi?
- Zrobię mu usta-usta - Tara ruszyła do chłopaka, postukując laską.
Głowa uchyliła powiekę, sprawdzając, która z pięknych kobiet spełni marzenie właściciela głowy.
Gdy chłopak zobaczył nad sobą rączkę laski staruszki, zerwał się na równe nogi.
- Ukradli mi gitarę! - wrzasnął i zaczął szlochać - w Warszawie! w pociągu z Krakowa!
- Nesskafe Miseczka! - zgodnym chórem zawołali zebrani.
- Opowiedz, chłopcze, jak to było - zachęcała Oxyvia zawodowo słodkim, pełnym współczucia głosem. Ale najpierw wytrzyj nos.
- Nie ma chustek. Nieprofesjonalny kretyn! Poeta musi mieć chustki - Żubr zrobił minę, bynajmniej, nie uprzejmą.
- To jakaś zasada? Imperatyw? - kontynuowała swoją pasję poznawczą warsztatu poetyckiego Ania Ostrowska.
- Jak poeta czyta swój wiersz, a na sali są laski, a laski zawsze są na sali, to zaczynają ryczeć i nieestetycznie leci im z nosa - Żubr zrobił minę pt. wiem coś o tym.
- Wiesz coś o tym? - Ania patrzyła z uwielbieniem na mówiącego.
- Przestańcie z tymi chustkami! Czy ktoś mnie w końcu wysłucha? U k r a d l i mi gitarę! w Warszawie! - zaczął tupać zaryczany młodzieniec.
- Ty, Nesskafe! uspokój się! Dobrze, że żona cię nie widzi! Weź się ogarnij! - z niesmakiem zauważył KKK.
- Dajcie mu piwa! - Tara wiedziała, jak wyciszyć mężczyznę i podała mu kufel żubra.
- No, opowiadaj! - Marzena Obserwejszyn wystawiła głowę zza oparcia kanapy i wszyscy nagle przypomnieli sobie o jej istnieniu.
- Marzena! A co ty tu robisz? Kiedy przyszłaś? - pytały dziewczyny.
- Jestem od jakichś pięciu godzin.
- Taak? To miłe - uprzejmie zauważyła Ania Ostrowska, gdyż uprzejmość była wiodącą cechą jej charakteru.
- No, dawaj, chłopaku, co z tą gitarą? - Tara kochała muzykę, a jeszcze bardziej muzyków. Kilku przewinęło się przez jej życie erotyczne. Gitarzystów również.
- No więc... - zaczął Nesskafe.
- Nie zaczyna się zdania od "no więc"! - obruszyła się Oxyvia zawodowo.
- Właśnie! - Olesia zawtórowała cienko, acz stanowczo - uczyli mnie tego na Uniwerku!
- Jeszcze raz, chłopcze! Proszę, zaczynaj! - Oxyvia przysunęła do siebie serwetkę, wyjęła słomkę ze szklanki po piwie i zrobiła gest oczekiwania, jak przed wystawieniem oceny z odpowiedzi.
- Wracałem z Krakowa. A żona mi ciągle powtarzała: "nigdy nie bierz cukierków w pociągu od obcych, Nessa!".
- To po to pojechałeś do Krakowa? Żeby żreć cukierki w pociągu?! - brak logiki wybił Żubra z zadumy.
- Pojechałem do M. Krzywaka, pomyliły mi się daty, nikogo nie zastałem i postanowiłem zdążyć na spotkanie do Warszawy.
- I zdążyłeś, witaj, chłopcze! - dym i atmosfera upajały Tarę coraz intensywniej.
- Siedziałem sam w przedziale, grałem sobie Nie przenoście nam stolicy do Krakowa, nucąc cichutko. Nagle weszło dwóch i spytało: "te, koleś, coś ci nie pasi? co masz do stolicy? chcesz cukerka? ". Chciałem, bo mi zaschło w gardle od tego śpiewania. To mi dali.
- Pomyśleli pewnie, że jesteś głodny, wyglądasz na głodnego. Ja zawsze tak wyglądam - ze znawstwem wtrąciła Olesia.
Zapadła cisza.
- No, dalej, póki co, odpowiedź na trzy z dwoma - zawołał wieloletni profesjonalizm Oxyvii.
- Nie ma "dalej". Ocknąłem się i zobaczyłem nad sobą twarz staruszki, a resztę już znacie - o kurwa! Jak ja się pokażę w domu bez gitary! - rozszlochał się od nowa.
To już zaczynało być nudne.
- To już zaczyna być nudne - wykrztusił Żubr i ... wszyscy się rozeszli.

koniec





www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=102925

Opublikowano

I milczeć źle i odezwać się głupio :) Nie będę się narażać więc na razie tylko o sobie. Tamaro Te! Strach pomyśleć co jeszcze agentom wpadło w oko i w ucho; nawet już po tym jak nas opuścili, pewnie zostawili pluskiewki, co?
A'propos "kto ją tak naprawdę wie". NIKT! Nikt nie wie - i niech tak zostanie! Słyszysz? Za niezwykłą urodę dziękuję, szkoda, że pewien szczególny mężczyzna tego nie słyszy. Spodobać się kobiecie - ho! Ho! Wcale nie szkodzi, że osiemdziesięcioletniej. Sweter okresowo mogę wymieniać na lisa. Z grafomanią wszystko Ci się pokręciło, na przyszłość, Aniele, bardziej uważaj na tyskie przy żubrze - pozdrawiam i do następnego razu - Ania Ostrowska

Opublikowano

Oświadczenie.
W związku z zaistniałą sytuacją zmuszony jestem już na wstępie zaznaczyć, że wszystkie opisane przez Agenta wydarzenia i osoby są prawdziwe a mój brak świadomość przebiegu spotkania spowodowany jest pomrocznością jasną ewentualnie niejasnością (zasłona dymna) panującą w pomieszczeniu.
Wszystkim żywotnie zainteresowanym swoją obecnością w raporcie sugeruję niezwłoczne udanie się do najbliższej nocnej kancelarii prawnej w celu pozyskania Adwokata ( może być bez jajek).
Krzysztof Konrad Kurc
P.S.
Żadne stworzenie żywe nie ucierpiało podczas spotkania.

Opublikowano

Gdyby wydano mnie w ręce Ynkwizycji, chciałabym, żebyś to Ty spisywała paragrafy - łamana kołem wykrzyczałabym kapturom;
Tak!
Tak!
A jak!
Kocham czarownicę!
Kocham Tarę!
I nie mogę przestać myśleć... o Jej lasce!
;D!

pisz, Magda, nie przestawaj, cholero :)))
kaśka.

Opublikowano

cholera, ze tak powiem, jako ta nieosiemdziesięcioletnia ale zawsze... czytalam z otwartymi ustami, czyli z rozdizawioną gembom, bo tak lepiej wchodzą
słowa
zafascynowałam się w tym, w tej..
no, atmosferze spotkania, i baaardzo żałuję, że nie mogłam zrobić usta-usta Messalinowi, hihi
Tamaro, jesteś pełna niespodzianek, kocham cie ;)))
nie pomyśl sobie ze cośtam, a fe:P

a zdjęcia bedom?
cmook

Opublikowano
dr Jekyll i pani Hyde wyszła na jaw
zza stołowej nogi, spod dywanu wysunęła oczko
zabranym na przywitanie udzieliła reanimacji uśmiechem

papieros cygarem nie trąci sąsiada z lewa
z prawa piją mocne trunki przegryzając rozmową
o tym i tamtej poezji

wiersze się piszą same na sali balowej
na kartce papieru notuje ktoś akty i fakty
z życia Warszawy


taki tam ode mnie:)

TT jak Audi:)) solidne, charakterystyczne, o świetnej linii dialogu
dialog sprawozdawczy w najwyższym wydaniu
pozdrawiam
r
Opublikowano

Magda! Faktycznie jesteś czarownicą!
Tamaro Te! jesteś moją kokainą!
Bo jak wytłumaczyć fakt, że za każdym razem, kiedy przechodzę obok kompa to nie mogę się powstrzymać, tylko MUSZĘ! Kurtka! MUSZĘ, przeczytać Twoje sprawozdanko?
Od śmiechu całkiem już ochrypłam i porobiły mi się zajady.
Smutno mi się robi dopiero, kiedy czytam KONIEC.
Pocieszam się, że po tym końcu nastąpi SZYBKO początek.
Nie mogę się doczekać!

Buziaki, takie soczyste, prosto z krzaka!
:))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

Opublikowano

Normalnie "Madzia w Krainie Czarów"! ;-D
Czuję się, jakbym była śniona przez czarowną Czarowniczkę! Razem z kilkoma innymi osobami z cyganerii poetyckiej, które też nie są w tym śnie sobą, ale za to jaki mają urok baśniowy! W dodatku pojawili się nawet Nieobecni!
A nowy komentator MARZKOB doskonale parodiuje podwójne osobowości niektórych sklonowanych poetów Orga, zwłaszcza Zetki. ;-)))))
Buziaki, Magdo z Tamaryszku! :-*** :-)

Opublikowano

No to pora na odpowiedzi!

Aniu Ostrowska - z tego zaskoczenia zwiędł był Twój znany krytycyzm, który, skądinąd, kocham i
nie poprawiłaś błędów, których było bez liku i pewnie są, również po korekcie. :) Ale czuję pod skórą, że nie jesteś nieusatysfakcjonowana. Dziękuję.


Oxyvio - wiesz doskonale, że wiedźma wiedźmie - siostrą - ;D dziękuję za użyczenie nicku i
Osobowości.

Magdo Taro - hmmm...

KrzychuK(ba! wbrew pozorom)Kurc - wypijemy tego Adwokata niebawem! obiecuję :D z jajem!

Kaśka - haha! trafiłam w twoje klimaciki :* mniam! oj, poobracałabym ja cię na rożnie! Dzięki!

Stasieńko - a co tam! że coś tam! miłość jest wszechogarniająca! i spada szałem jak, duch wyalienowanego, za przeproszeniem, bubaka - niespodziewanie i w najmniej oczekiwanym momencie! kochaj mnie, a co! dzięki :*

PanieB. - kocham cię za ten wiersz miłością zwierzęcą (gatunek do wyboru), wiersz godny adresatki(tek) i jej opowiadania. dziękuję najpiękniej, jak umiem......nie wiem co lepsze, cholerka! dobra! przybij piątkę! buziak!

MARZKOB - jesteś moją kokainą śpiewa Soyka - trafiłaś! rozpłakałam się tym soyką...
dziękuję MARZcilos! i czekam na ciebie, kochana :* teraz Ty!!!!!


No a teraz najtrudniejsze! podpis :(((((((((
TaMara Te, albo
Tara MaTe, albo
TaMara Te, albo po prostu
Magda Tara

za dwunickowość przepraszam, ale konwencja...jest konwencja!

Opublikowano

Tamaro, skąd Ty przybywasz?! Piszesz z niezwykłym polotem a ja Cię tu widzę po raz pierwszy.
Dziewczyno, jesteś niezła, zaprawdę powiadam Ci. Ten Twój styl osłabia moje śluby i przyrzeczenia. Wprowadza mnie w uliczkę zachwytu wybrukowaną pięknymi słowami i wartkim prześmiewczym stylem, który bardzo lubiem. Bądź pozdrowiona i pisz, pisz więcej... Jezusie Nazareński a skąd ONA się wzięła?!

Opublikowano

Magda, to Ty... teraz doczytałem do końca... ale metamorfoza... jestem pod wielkim wrażeniem.
Siedzi w Tobie Janioł i gra w karty z Lucyperem. Ło matko i córko... dobraś Ty, oj dobraś...
Miękkim w pęcinach, jak siny nos pod spożyw- Chuck'iem. Bądźże pochwalona.

Opublikowano

Dobrze, że przeczytałammm! Tamaro! Brawo! Wprawdzie się nie śmieję, bo mi smutno tak "po całości", ale druga część, zwłaszcza z duchem Bubaka i przystojną przesyłką w futerale....cudko! Taro, ożeń się ze mną! Kocham Cię, Para dla Tary! Mniam, mniam! Kiedy umrę, zamawiam u Ciebie biografię! Co tam, niech rodzina buli:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



:D
jak się z Tobą ożenię to ja będę Twoją rodziną, dostaniesz biografię za darmo! już Ci mówiłam, że
masz mnie...tak? :D i to jak! poczytaj to parę razy, uśmiechniesz się - obiecuję, ja też tu przychodzę, jak po terapię śmiechem (też mam dzień bez uśmiechu)
dzięki, Paruniu i uszy do góry, a drzewa są po to, żeby je kochać i wtulać się w nie!
pamiętaj
:*

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • MÓJ SZLOCH NAJ!


      Kochać cię to nie był trud
      Nie trzeba było silić się zbyt
      Kochać cię to nie był znój
      Ja piąłem się do twych ud
      A jemu zbyt szybko opadł mit 
      Och, mój ból, ból cud


      Wzięli cię na posterunek
      Nie pytałem, dlaczego, jak
      Nie wołałaś na ratunek
      Nie myślałem dlaczego tak
      Miał cię przez chwilę na wznak
      Och, mój o mój męki szlak


      Wszyscy chłopcy machają
      Próbujesz im w oko wpaść
      Wszyscy chłopcy wołają
      Chcesz czułą chwilę skraść
      Miał cię na liście "Na zaś"
      Och, mój deszczowy płaszcz?


      Kochać cię łatwo przyszło mi
      Lekko też odeszło w dal
      Kochając, byliśmy ciężcy, źli
      Serca były harde od dni
      Mieliśmy się przez parę chwil
      Och, mój ból, twardy jak stal

       


      (Opuszczanie zielonych rękawów)
      WRZESIEŃ, WRZESIEŃ, I CIĄGLE WRZESIEŃ


      Wojna w klęskę zmieniła się
      Traktat jest spisany krwią
      Lecz nie wpadłem im do rąk:
      Przekroczyłem linie swe


      Bardzo chcieli złapać mnie
      Lecz im zbiegłem i jak zbieg
      Żyję tu, w dzielnicy złej,
      Pod przykrywką szpieg


      Musiałem iść, całkiem sam
      I życie porzucić swe
      W szafie zbiór szkieletów mam,
      Lecz nigdy nie znajdziesz gdzie


      Snuję życia wątek, a w nim
      Tam fakt, a tu mit
      Kiedyś miałem imię lecz
      Nieważne to, poszło precz


      Nieważne to
      Nieważne co
      Ponieśliśmy zwycięstwo
      A akt spisano krwią
      Nie wpadłem do ich rąk
      Chodzę po linie Być


      Jest prawda, co ma żyć
      I ta, co ginie w mrok
      Nie wiem, w którą mam iść
      Lecz nieważne to


      Bo twój triumf miał
      Tak miażdżącą moc,
      Że niektórzy z nas
      Myślą, jak zachować choć


      Strzęp kronik o tym, jak
      Odbywamy marny byt swój;
      Beret, znoszony płaszcz
      Łyżkę nóż i stół


      Igrzyska i chleb
      W które gladiator gra
      Kamień, który rzeźbiarz tnie
      Pieśni ku chwale, niech trwa..


      Nasze prawo to wciąż
      Pokój, rozumie, że
      Chociaż strzela mąż
      Żona kule nosi mu


      I wszystko to w duszy mej
      Wyrazy, co obrazem są
      Słodkiej obojętności tej
      (Są tacy, co miłością ją zwą)


      Jej wysokości czczonej w krąg
      Niektórzy mówią na nią Los
      Lecz mieliśmy nazwy, co
      Ciut bardziej intymne są


      Nazwy te co wchodzą w głąb
      I tak prawdziwe są,
      Że dla mnie są krwią
      A dla cieby jak proch


      Nie potrzeba nam
      By uchowały się
      Jest prawda, co żywa jest
      Prawda, co żyje w nas...
      I ta, co umiera bez dram


      Nieważne, z kim
      Nieważne, czym
      Żyję życiem tym
      Które zostawiłem im


      Zabić wciąż jest wrogiem mi,
      I Nienawiść obcą też,
      Chciałem nauczyć się kochać je,
      Lecz całkiem nie wyszło mi


      Raz chciałeś mnie oddać im
      Lecz to nie dziwi mnie -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzi serce twe


      Twoje serce było o tu
      Tu gdzie rój much masz
      To jest kuweta Twych ust
      A to twoja miska kłamstw


      Dobrze służysz im, wiem
      Lecz nie dziwi mnie to
      Oni to twoja krew
      A Ty - ich z kości kość


      Nieważne, gdzie
      Nieważne, że
      Serwujecie historii bieg
      W pasztecie faktów i kłamstw
      Do was należy świat
      Więc to nieważne i tak


      Nieważny klan
      Nieważny świat
      Żyję pełnią mych lat
      I pełnią każdego dnia
      Przez przestrzeń i czas
      Nie dam ich rozdzielić wam


      Moja kobieta sprzyja mi
      Me dzieci pójdą za mną w noc
      Ich groby bezpieczne są 

      Od horroru takich jak wy
      Od upiorów snów złych


      W głębiach pocałunków ich
      Korzeń mocno wbity mam
      Żyję wciąż pełnią dni
      Które zostawiłem wam


      Zostawiłem igrzyska o chleb
      W których nasz żołnierz grał
      Kamień, który grabarz tnie
      Piosenki, pisane na chwał..


      Lewo ponad prawem, zabawa trwa
      Pokój to wojna, wojna cały czas
      Chociaż strzelam ja
      Kule robi Diabeł w was


      Bo ważne, z kim
      Ważne Iść
      Żyć całym życiem swym
      I nie oddać go za nic
      Ani Berlin, ani Rzym, ani Krym


      Jak ty, co z Zabić zrobiłeś fach
      Chciałem go uczynić kompanem mym
      I nienawiść też, lecz tak chciał traf
      Że całkiem nie wyszło mi


      Raz przedstawiłeś mnie im
      Próbowałeś, bo wiem, że -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzę.


      Je t'aime,
      L. Cohen


      PACTUS DIABOLICUS


      Znam cud przemienienia w wino wody stągw
      I obrócenia go w wodę znów, więc daj,
      Bym, zasiadłszy do twej uczty w tę noc,
      Wreszcie dostąpił Lucy in the Sky


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł złożyć podpis swój
      Jestem wściekły i zmęczony wciąż
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Zwiąże kochanie me z miłością twą


      Pękł nowy wiek, więc ulica tańcem gra -
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Tak mi przykro, lecz to nie ty, to Twój duch


      Nie powiedziałem słowa, odkąd odeszłaś w dal,
      Którego kłamca by nie powstydził się
      Nie mogę uwierzyć, że idą zakłócenia fal
      Byłaś mą ziemią, mym "przy zdrowych zmysłach jest"
      Byłaś Dedalem moich lat


      Pola wołają - pękł nowy wiek!
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Ty to nie ty, tylko Twój duch


      Tylko jedno z nas było prawdziwe - to byłem ja


      Mówią, że, grzechotnik gorzko żałował za swój grzech
      Zrzucił łuski, by znaleźć, że w środku wciąż wąż jest...
      Ale narodzić się na nowo to w obskurność wejść
      Jad przenika samą ciała treść


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł wreszcie złożyć podpis swój
      Jestem ciągle wściekły i zmęczony każdym dniem
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Przywiąże mnie do miłości Twej 


      Jestem zły i cały czas zmęczony
      Chciałbym, by był traktat albo pakt
      Między tym co ocalono
      Z naszej miłości, z wpisem do akt

      ───

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Witaj - dokładnie tak jak w komentarzu - dziękuję -                                                                                              Pzdr.słonecznie. @Andrzej P. Zajączkowski - @Berenika97 - uśmiechem wam dziękuję -
    • w porywistym wietrze niebo rozrzuca kartki słowa mrużą oczy ze zmęczenia jest jeszcze samolot uczepiony białej wstęgi potem atramentowa cisza wyjechałaś kilka godzin lotu stąd zamieszkałem między książkami twój koc czytam na dobranoc czasem mruczy kot w rękopisie po drugiej stronie wiersza
    • Świadomość wracała do mnie  wezbraną falą goryczy istnienia. Była wściekłą biologiczną zupą chaosu, uderzała z boską furią  jak grube krople deszczu i grad  w maskę i dach  zaparkowanych pod wieżowcem samochodów     Cała moja frustracja utonęła wraz z bólem, w kipieli sądnego potopu. Nie miałem już niczego  co mogłoby oblec mnie w skórę człowieka. Nie mogłem już żałować dni i słów. Nie mogłem wyspowiadać się  z czynów grzesznych. Byłem robotem  zamkniętym w pancernej karoserii. Moje obwody zawirusowane genem życia. Diody oczu zmętnione i nieruchome.     Sny a może zwidy jawy. Tysiące małych słońc lub białych karłów i planeta sprzed eonów. Pełna cyklopowo wyniosłych drzew i roślin, cuchnących, głębokich bagien i gór, młodych i strzelistych. Bazaltowych szczytów szaleństwa. Rozpadlin śmierci. Życie wyszło na brzeg. I wyrosło z czasem na potworne monstra, szukające ofiar i krwi.  A ja szukam tam ognia. Nie do walki z nocą. Nie ma tu wschodów i zachodów. Szukam ognia do  ogrzania lodowego serca.     Czasami mam wrażenie,  że kocham Cię właśnie od zarania czasu. Od tych wieków spędzonych w jaskiniach. Podobno tacy jak ja, zostawiali w nich swe prymitywne rysunki. Ja wolałem zostawić Twe inicjały, wypisane własną krwią. Gdy opanowałem już  sztukę rozpalania ognia, sycił go każdy mój wiersz. A potem gdy przyszedł wreszcie czas. Zniosłem drwa  i ułożyłem z nich funeralny stos. Składając dzięki i modlitwy Przedwiecznym, spłonąłem na nim, mając nadzieję odrodzić się  w jakimś innym piekle.   Otworzyłem oczy. Złapałem pierwszy wdech. Deszcz nie ustawał ani na chwilę. Szalał falami na szybie auta. To nie jest życie.  To czyste piekło.    
    • @andrew

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Poet Ka

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...