Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 14.05.2026 uwzględniając wszystkie działy
-
piękni pryszczaci lepiej pod mostem cwałować niż na moście w kamień stężeć niech pod wiaduktem się skrzy a nie z wiaduktu komedą w błoto lepiej w tunelu szybować niż na tunelu pozostać nielotem w ciszy kluczyć swoim krokiem zamiast wieczność formatować tuwimem tego nie odczytuj niewinnie patrzę sposobem na hłaskę12 punktów
-
Pan Młody Spoglądam na nią długo, ona to czuje - widzę. Panna Młoda Osiada na mnie jego spojrzenie - gęste, odlane z twardej pewności. Zamieram u jego boku, jakby strach wrósł mi w kostki i pożarł ścieżki odwrotu. Pan Młody Tłum chciwie spija chwile, w kryształach wibruje gwar. Przytulam ją mocno do siebie, by wrosła w mój cień. Panna Młoda Kolejny toast. Rozdaję uśmiechy, dusząc się z wolna w klatce splecionej z oklasków i spojrzeń. Pan Młody Zamykam jej dłoń w swojej, kciukiem oswajam chłód skóry. Jak posłusznie dziś błyszczy na jej palcu złoto. Panna Młoda Moja dłoń opada jak zwiędły liść. Zimny kruszec ciągnie w głąb ziemi. Jeśli zastygnę, niczym rzeźba wycięta z lodu, może nawet nie pojmie, że we mnie nikogo nie ma.11 punktów
-
bulimia tekstowa przeszła w anoreksję literackim skrótem przez korytarz domysłów podobnie jak miłość w nienawiść to nie jest zakaźne …tylko niewyleczalne11 punktów
-
wóz, co dyszel miał złamany życia kawał był mu zminął... tak rozmarzył się skrzypiąco za bieluśką limuzyną gdy tymczasem starą wierzbę los na garaż mu przeznaczył wiór za wiórem, beznadzieja jak tu życie odinaczyć? tępa piła aż w stodole zardzewiałe zęby szczerzy, to paradne, to ci romans pewnie nikt by nie uwierzył… * jak to chodzi po tym świecie miłość durna, czasem ślepa, jednym rzuci złota garście innym daje z marzeń klepak11 punktów
-
Dziedzictwo \Spuścizna nie dla mnie Ja pragnę doświadczać życia Zamknąć Twoją dłoń w swojej i iść tak sobie Razem przez świat Mówiąc spójrz jakie to piękne By Czuć wiatr na skórze Smak który rozpuszcza się na Podniebieniu Wywołując znajomy wybuch endorfin I w tym samym czasie Słyszeć twój głos „mmmm jakie to dobre” Kiedy wschód słońca zatrzyma oddech i dotknie do głębi Szepcząc Jest coś większego od nas Mieć cię przy sobie Tak właśnie mam zamiast budować dla potomności postument wolę dzielić proste szczęście na dwoje ~~Krzysic4 - czarno na białym9 punktów
-
Wzięli mnie do dzielnicy ruder, gdzie broczące lepkim złem ceglane mury się wybrzuszają, A koślawe gęby, ohydnie się tłoczące, Obcym bogom i diabłom raporty mrugają. Miliony ognisk na ulicach się paliły, A z rzadka z płaskich dachów ptaki ubrudzone Ukradkiem wzlatywały w niebo rozdziawione, Gdy ukryte bębny miarowym rytmem biły. Wiedziałem, że w ogniach rychtują się straszydła, I to, że te ptaki zewnętrze nawiedzały— Zgadłem też, do krypt której planety latały, Oraz, co takiego z Thog przyniosły ich skrzydła. Inni się śmiali - aż uświadomili sobie, Co widzą w jednego z ptaków straszliwym dziobie. I Howard (Fungi from Yuggoth, sonet X): They took me slumming, where gaunt walls of brick Bulge outward with a viscous stored-up evil, And twisted faces, thronging foul and thick, Wink messages to alien god and devil. A million fires were blazing in the streets, And from flat roofs a furtive few would fly Bedraggled birds into the yawning sky While hidden drums droned on with measured beats. I knew those fires were brewing monstrous things, And that those birds of space had been outside— I guessed to what dark planet’s crypts they plied, And what they brought from Thog beneath their wings. The others laughed—till struck too mute to speak By what they glimpsed in one bird’s evil beak.9 punktów
-
lampy nie gasną nawet w nocy sen przychodzi na receptę a ja czekam aż przestanę się bać pytają o imię odpowiadam szeptem bo głos zgubiłam w korytarzu za drzwiami kroki pielęgniarki odmierzają ciszę która dzwoni w uszach chciałabym dotknąć deszczu ale szyba jest grubsza niż obietnice i nie otwiera się od środka piszę list do siebie na serwetce przy śniadaniu nie mam odwagi go przeczytać mówią że wyzdrowieję a ja nie wiem już co to znaczy być cała7 punktów
-
uciec od ... morze plaża molo ... myśli się zatrzymują chłoną dziś . wczoraj traci kontury a my my nie jesteśmy tymi co wczoraj uśmiechamy się do mew plaży nieba nawet do siebie właśnie … gdyby tak było zawsze lody kawa … nie przyglądamy się cenom nie spieszymy życie potrafi być miłe warto mu na to pozwolić 5.2026 andrew6 punktów
-
Chodzę jak na szpilkach Biodrami zataczam spiralę Spojrzeniem Idę wolniej w dół Tam gdzie skarby schowane Biodrami zataczam spiralę Prowadzę dłońmi wnet Tam gdzie skarby schowane Naciągam spojrzenie kuse Prowadzę dłońmi wnet Po drodze zbieram klejnoty Naciągam spojrzenie kuse Zakrywam nieco iluzję cnoty Po drodze zbieram klejnoty Spojrzeniem Idę wolniej w dół Zakrywam nieco iluzję cnoty Chodzę jak na szpilkach6 punktów
-
Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu rozkazów jakie mu przekazano. Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny, mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku. Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie zuchwale po ramieniu. Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła, którego nie potrafiłby zgładzić ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie. Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin. Uścisnął mi rękę i prawie siłą wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci. Kierowca rzucił okiem za siebie i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata. Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem na enkawudzistę Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi. Enkawudzista machnął tylko ręką. Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami. I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca, głaskał kota, który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym co powinno się zrobić i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz, którego nie mogłem zlekceważyć. Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć. Kierowca jechał bardzo ostrożnie a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi. Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku od narzuconego brezentu Mówi Wam coś nazwisko Levenstern? Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda? Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt! Skąd o nim wiecie, Żerebcow? Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego? Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny... a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody. Kontynuował literat z tym samym niepokojącym spokojem, jakby czytał nekrolog w porannej gazecie. Zastrzeliliście go dokładnie tam, dokąd mnie teraz zabieracie. Widzę go, Lejtnancie. Stoi tam i czeka na towarzystwo. Poczułem, jak pot spływa mi po karku, mimo dojmującego mrozu. Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem. Nawet jeśli, Żerebcow... to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance. Uciąłem brutalnie, odzyskując na moment pewność siebie. Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle. Był ostatni. Szepnął radośnie. Gładząc się po skołtunionych włosach. Będzie ostatni. Odpowiedział trzeci głos. Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa, ani tym bardziej, przerażonego kierowcy. To był dźwięk niski, chropowaty, wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca. To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera. Kocur zdawał się spać, pogrążony w błogim spokoju, ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko. Było złote, głębokie i pełne nieludzkiej wiedzy. Kot nagle puścił do mnie oczko a na jego pyszczku wykwitł ten sam podle ludzki uśmiech, który zwiastował koniec pewnego świata. Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca, ale jego głos utonął w wyciu silnika, który nagle wszedł na nienaturalnie wysokie obroty, jakby chciał uciec z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko, mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni… Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się, że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot, jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać, lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny a zarazem głęboko niezwykły. Wreszcie ciężarówka wykonała ostatnie półkole wokół, wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali i oklepywali ciała, zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać. Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one. To moja mogiła lejtnancie? Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie. Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana, nachylił się i zawołał do ciemni. Levenstern przyjacielu, za chwilę będziesz miał towarzystwo. Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego i brutalnie popchnęli go nad samą krawędź, skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet. Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę a my dokończymy jeśli będzie trzeba. Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie. Wyciągnąłem pistolet. Moja dłoń, dotąd tak karna i posłuszna systemowi, drżała w sposób haniebny. Nie z powodu mrozu. Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą, paraliżując każdy nerw. Spojrzałem na Żerebcowa. Zgarbiony, spokojny, z tym samym błogim uśmiechem małego chłopca, czekał na uderzenie ołowiu. Podniosłem broń. Wycelowałem w potylicę studenta. Świat wokół zamarł. Czas przestał biec do przodu, a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi, a ciało poety runęło bezwładnie w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion. A potem nastał poranek. Mgła przedświtu, gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której nie pozostawiono tylko ciała literata w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także, drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą. Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem pośród zwalonych pni. Gdy żołnierze wysiedli z wozu, nienaturalna cisza lasu sparaliżowała ich kroki. Nad otwartą, czarną mogiłą stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow, nienagannie młody, z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa, trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie nie było śladu krwi, a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół, do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu, pośród grud zmarzliny, spoczywało ciało lejtnanta. Jego oczy były szeroko otwarte, wybałuszone w ostatecznym, pośmiertnym zdziwieniu, a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam, gdzie kilka godzin wcześniej miał spocząć poeta. Żołnierze zamarli na linii drzew, niezdolni do oddania choćby jednego strzału z pepesz. Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak pomruk nienasyconego pieca. Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę dla godnej pożałowania sprawy. A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął, po czym obaj odwrócili się plecami do armii straceńców i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem w gęstniejącą mgłę tajgi. Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.5 punktów
-
Marta Derby, rauty, spacery, Limuzyny, rowery. Ludzie, którzy odeszli Nazbyt wcześnie przez długi, Po kolejnej ruletce. Moda na Monte Carlo Zgasła tuż-tuż po wojnie, Razem z chansonistkami. Ostatnie nocne party Tej ekscentrycznej Marty. Wciąż zapach Eau Richelieu*, Bo ciągle jeszcze słychać Ten lekko drżący zaśpiew Śmigłego ukochanej: Ah oui, j'ai perdu ma vie. * Nazwa perfum Richelieu jest fikcyjna; wprowadzono ją, aby podkreślić polityczne tło zabójstwa oraz nadać całości atmosferę dawnego splendoru.5 punktów
-
Czy twoja dusza umie nucić melodię, dając ukojenie myślom od żalu poranionym, które uparcie walczą z cieniem? Czy twoja dusza umie tańczyć i rytm połączyć z biciem serca, aby nie mylić dłużej kroków, i mieć dla siebie więcej miejsca?5 punktów
-
wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju”5 punktów
-
@Migrena klaustrofobiczna ta miłość gwałtowna i totalna. Czasem dostaje się miłość co rujnuje- ludzie palą za sobą mosty, a gdy się kończy, nie ma już nic- i nie ma już powrotu. "Powrót do domu" (A. Asnyk ostatnia strofa) Łza mu z suchego nie pociekła oka, Ani też jękiem nie drżała pierś pusta; Modlitwy nawet nie szeptały usta: Bo wszystko boleść stłumiła głęboka, Rzucając sercu, co padło zranione, Nieprzytomności i szału zasłonę.4 punkty
-
Link do piosenki: Że Twoje oczy piękniejsze A serce…, chyba inaczej nie możesz Wiesz? – to zdarzenie dzisiejsze Myślałem, że pomożesz A Ty jak ta skała W twardości zastała Być może w ten sposób właśnie Smutek w Tobie zaśnie 2x Smutek, smutek Błękitnych nutek Podróż w głąb, w Ciebie Piękniej niż w niebie Że tak pięknie milczysz i słuchasz A jesteś jeszcze piękniej I gdy miłości w sercu szukasz Nic nie wiedząc o niej Ja też wiem niewiele Smutne to nasze wesele To piękne, smutne i urocze Gdy w wnętrzu Twoim broczę I znajduję siebie tak samo Jak Ty – moja damo 2x Smutek, smutek Błękitnych nutek Podróż w głąb, w Ciebie Piękniej niż w niebie3 punkty
-
noc ścieka po ścianach jak brudna woda światło co kilka metrów zacina się jakby ktoś dławił je od środka powietrze jest ciężkie pełne rdzy i twojego zapachu który drażni płuca bardziej niż pył stoisz oparta o beton zimny kamień pije ciepło z twoich pleców podchodzę tak blisko że przestrzeń między nami zaczyna parzyć ściany przesuwają się o milimetry zamykają nas w klatce z dreszczy twoje spojrzenie nie pyta o drogę rozpruwa mnie jak stalowa lina szarpnięta w ciemności aż do szpiku gdzie krew kipi gęściej niż rzeka nad nami kropla spada z sufitu rozbija się na twoim obojczyku dźwięk jest jak wystrzał widzę jak drżysz twoje palce nie dotykają mnie jeszcze ale kreślą na powietrzu mapę mojego pożądania skóra reaguje jak podpalona bez płomienia bez ratunku tunel zaczyna oddychać naszym rytmem płytko zachłannie gdzieś daleko przechodzi pociąg ziemia drży pod stopami a ja chwytam tę wibrację w twoich biodrach jesteś młotem który miażdży we mnie powietrze aż krew zmienia się w płynną stal a każdy mój ruch rozgrzewa nas do białości – jak tarcza tnąca zbrojenia nie ma już nas jest tylko zwarcie dwóch gołych przewodów w kałuży strachu jesteś tektonicznym uskokiem w który wpadam bez krzyku a twój język w moich ustach smakuje jak nadchodząca katastrofa słodka żelazna i ostateczna świat traci równowagę i niech ginie teraz znikają granice twoje ciepło napiera jak fala która chce skruszyć ten beton moje dłonie nie szukają zgody wbijają się w ciebie jakby chciały odzyskać żebro z którego cię ulepiono w pierwszej sekundzie świata wchodzę w ciebie jak wysokie napięcie w nienasyconą próżnię rozsadzam twoją krew od środka aż stajesz się płynnym ogniem pod moimi palcami stopem który zastyga w ostatecznym skurczu nie ma zasad nie ma "poczekaj” jest tylko opór twoich warg i twardość ściany za twoją głową oddech miesza się z oddechem wilgotny gęsty od niewypowiedzianych słów mieszamy się w sobie jak dwie gęste podziemne rzeki których nie da się już rozdzielić ściany są już przy nas stają się naszą skórą nie ma już zimna nie ma tunelu jest tylko to napięcie które zrywa gwinty kiedy miasto nade mną przestaje istnieć zostaje puls dziki czarny wbity w ściany tak mocno że kiedy stąd wyjdziemy ten tunel jeszcze przez tydzień będzie krwawił naszym imieniem zmiażdżyliśmy ten beton zostaliśmy tylko my - naga wściekła krew która rozsadziła tamę nocy3 punkty
-
3 punkty
-
Ty pierwszy uwierzyłeś w pastelową opowieść o słonecznych kwiatach. Pozbierałam rozsypane płatki w potpourri niosąc w dłoniach odżywczy pyłek. Ja po Tobie, otworzyłam się na dotyk rozpromienionych dłoni. Zrozumiałam, ile kropek mają biedronki w Twoich oczach. :)3 punkty
-
3 punkty
-
Mam dosyć siebie bez ciebie pijana tęsknota tańczy pół walca potyka się o samotność bez muzyki bez rytmu ale z piruetami upija się własnym oddechem a ja patrzę przytulając ścianę nie zatańczy ze mną ale śpiewa twoje imię gdzie jesteś gdy nie umiem tańczyć z tęsknotą3 punkty
-
@Alicja_Wysocka Tak, miłość nierówno obdarowuje i czasami nie bardzo wiadomo, jakimi kryteriami się kieruje. Pozdrawiam serdecznie.3 punkty
-
ale w życiu jak wiadomo każdy los swój w ręku dzierży także miłość tworzy ponoć w miarę potrzeb jak należy on furmankę znajdzie swoją tę przez niego wymarzoną i szczęśliwi będą bardzo małe bryczki ich pochłoną bielusieńka limuzyna kabrioleta też znalazła lecz jej szybko zrzedła mina z miniwanem go dopała kończąc krotką opowiastkę powiedzenie rzucę stare każdy szyje własne szczęście robiąc to na własną miarę :)))3 punkty
-
Nad morzem lekkie ledwo białe czas stoi w miejscu a jednak mija oddechem faluje muszle zbiera w dzioby mew przyklejone do horyzontu3 punkty
-
wiatrem wzmagasz w niebie pszczołą w dziecinnym pokoju z lekko różową mgiełką owiniętą wokół ciebie kwitnącym powojnikiem3 punkty
-
@Migrena Czysty (brudny) Eros. Bardzo dobra realizacja tematu. Poetyka, jak zawsze u Ciebie, skrajnie naturalistyczna i technicystyczna, mało organistyczna - twoja rozpoznawalna licentia poetica. Zaskoczę wielu(e) czytających, ale w tym wierszu narracja jest bardzo subtelna - jeśli odnieść się do Twojej metody opisu rzeczywistości. Oczywiście można odnieść wrażenie, że traktujesz akty schematycznie, zawsze jak starcie, agresję, anihilację - z reguły, u ciebie, oczekiwaną lub inspirowaną przez kobietę. Cóż, nie jest to seks tantryczny - który bardzo poważam, ani sztuka Kamasutry, który podziwiam... Ale tu nie miejsce na wygłaszanie "zdania odrębnego" w temacie. Różnie odczuwamy kobiety, kobiecość i seks - a erotyka jest ojczyzną kobiet, choćby się od tego mocno odżegnywały. Gratuluję, jesteś jedną z mocnych marek tego portalu. Pzdr. P.S. /zamiast "rozrywa gwinty", dałbym "zrywa gwinty"/ @Alicja_Wysocka Alu, jesteś uosobieniem subtelnej kobiecości. Migrena będzie Ci zawsze trochę podpadał :-) Miłego Dnia.3 punkty
-
@Poet Ka ciekawy wiersz- takie dwa zestawienia- ułożoność i bunt. Tuwima wolę od Hłaski( Steda uwielbiam)- stylizował się na buntownika, był bardziej nośnikiem legendy o buntowniku ten nasz James Dean.3 punkty
-
@Poet Ka proponuję same lepieje a będzie lepiej: lepiej pod mostem cwałować niż na moście w kamień stężeć lepiej pod wiaduktem się skrzyć niż z wiaduktu komedą w błoto lepiej w tunelu szybować niż na tunelu pozostać nielotem lepiej w ciszy kluczyć swoim krokiem zamiast wieczność formatować lepiej Tuwimem tego nie odczytywać niż niewinnie patrzeć sposobem na Hłaskę :)))3 punkty
-
kontynuowałbym tą wypełnioną zapachem bzu konwersację ale widzę że twój spóźniony pociąg właśnie wjeżdża na stację2 punkty
-
2 punkty
-
O narzeczoną, Hiro z Osaki spytał wędkarza: - Skąd wybór taki? Są przecież gejsze dużo ładniejsze. - Ją chcę - rzekł wędkarz - bo ma robaki.2 punkty
-
1. Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną. Bogini Idziesz do mnie całkiem goła, jak wyrwana z sennych marzeń, jak z obrazu Salvadora, kształt wyłania się z miraży. Już się zbliżasz całkiem naga, rozebrana aż do pragnień, jak ta druga Goi Maja, rozłożona na obrazie. Ty rozkładasz się doszczętnie, na kawałki i pierwiastki, tłum wyznawców zaraz klęknie, przecież ci nie robi łaski. Wieloręka, wielousta, wielonoga, wielocipa, celem twoim jest rozpusta i w tej celi się zamykasz. Z niej wychodzi z tobą zgoła prawda twoja, również naga: W każdym palcu złoty dolar, a opornych biczem smagasz. Klub obleśnych hedonistów ciągle bije ci pokłony, pośród innych bożków jesteś wciąż ich bóstwem ulubionym. 2. Nie będziesz wzywał imienia Pana Boga twego nadaremno. Imię Pseudonimy, anonimy, imion brzmienia i wibracje, gdy się z nimi oswoimy, to się stają naszym światem. Tym prawdziwym lub fałszywym, upragnionym lub niechcianym, jednak tylko dla nas żywych, przez nas samych nazywanym. Chociaż byłeś Bezimienny, dla tych, którzy żyć nie mogą bez nazwania spraw codziennych, nas nazwałeś Swoją Drogą. Pozwoliłeś też nam wołać odtąd Ciebie po Imieniu, przykazałeś przy tym jednak, by nie wzywać na daremno. Buntownicze tłumy rosną, co nikogo nie chcą słuchać, na językach mają wolność, zniewalacze noszą w uszach. Odrzucają Twoje ścieżki, własne rąbią sobie sami. Zbyt daleko już odeszli, chociaż błądzą, idą dalej. Twoje Imię deformują na sposobów bardzo wiele Choć je często przywołują, częściej w łóżku niż w kościele. Czasem w żarcie lub w zawiści, bez szacunku, przez przypadek, bardzo często z błahych przyczyn albo też bez przyczyn żadnych. 3. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Święto Różne rodzaje są świętowania. Takie, po którym chce się do pracy, ale też takie, po którym rana dnia następnego boli i drażni. Ten, kto wybiera swojego pana, nie zawsze panu swojemu służy, różne bywają więc świętowania wśród bardzo różnie błądzących ludzi. Ze światłocieni mgieł się wyłania wniosek najpewniej zupełnie słuszny, każdy ma takie świąt świętowania, jakiego pana i jak mu służy. 4. Czcij ojca swego i matkę swoją. Szacunek Byłem kochany, wiem to na pewno, bez słów podniosłych, gorących wyznań. Gdy pochłaniała zwykła codzienność, uczucia proste kryły się w czynach. To nie był wcale świat doskonały, tkwiła skórzana w nim dyscyplina. Gdy sprawy kiepski obrót przybrały, o pasie sobie ktoś przypominał. Byłem kochany, więc było łatwiej znosić cierpienia i niedostatki, okazać miłość ojcu i matce. Szacunek był czymś zupełnie jasnym. Dziś patrzę na świat słabnącym wzrokiem, rzadki włos jeży mi się na głowie, gdy wokół rosną zabójcze matki, nie chcący dzieci przyszli ojcowie. 5. Nie zabijaj. Zbrodnia Nie powiedziałeś: Nie zabijaj brata, rodziców swoich, ani dziecka swego. Nie powiedziałeś: Nie zabijaj starca, schorzałego, nad grobem stojącego. Nie powiedziałeś: Nie zabijaj siebie, bo to tak bardzo było oczywiste, gdy powiedziałeś: Nie zabijaj, przecież napiętnowałeś morderstwa już wszystkie. Z własnych wyborów nie Twoje anioły świat urządzają, gotują nam przyszłość. By go przestawić w śmierciolubne tory, zamordowano naszą oczywistość. 6. Nie cudzołóż. Kałuża nieczystości Twoje oczy są takie błękitne, niczym wody najczystsze pod niebem. Twoje usta czerwienią wciąż kwitną, przyciągają spojrzenie do siebie. Jego oczy są czarne jak noce, rozgwieżdżone i pełne tajemnic, lecz gdy wasze spojrzenia los plącze, to marzeniom już blisko do pełni. Zapragnęłaś tych ramion i dłoni, ich szorstkiego dotyku na ciele, twoje piersi oddechem już gonią, za uściskiem, spełnionym marzeniem. On ma żonę i dzieci dorosłe, ale nie jest do końca szczęśliwy. Tobie ufa, to przecież jest proste, choć jest tutaj, to ciągle jest z nimi. Modre oczy z rozkoszy już mrużysz, twoje ciało dreszczami zadrżało, w przyjemności nieczystej kałuży właśnie rodzi się zamęt i chaos. 7. Nie kradnij O własności Pojęcie własności w przewrotnym świecie wciąż się rozmywa w przeróżne formy. Co jest już czyjeś, może być przecież tego, co władzę ma tworzyć umowy. Biednieją ubodzy, bogaci się mniejszość, zmieniają się tylko tryby systemu, sprawniejsze co roku w tym, by nie uszło fiskalne przestępstwo komuś biednemu. Bogatych nie wzrusza, tak bardzo prawo, choć wisi nad nimi również siekiera, zazwyczaj przychodzi im raczej łatwo swoje pomnażać, cudze odbierać. Pojęcie własności bywa też złudne, bywają w dzierżawie dobra przechodnie, niestety, czasami bywa też trudne, ponieważ obciążać może i pognieść. Choć kradną biedni, kradną bogaci, to wszystkim wybije jedna godzina, ten tylko w niej wygra i nic nie straci, kto dobra zostawił albo ich nie miał. Gdy wokół hołdują tłumnie zyskowi jak echo powraca znów prawda stara, że mogą jedynie dusze uzdrowić uczciwe ciężarki i równa miara. 8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Słowo Słowo ciągle ma swój ciężar, choć przytłacza je dziś obraz, co rozbiera się do zera dla popędu myśli dobra. To nie zawsze jednak działa, chociaż mózgi obraz chłoną. Słowo może krzepić ciała i umysłów być ochroną. Prawda czasem jednak boli. Rani niczym podłe kłamstwo. Trzeba zawsze dobrej woli, by opisać coś, co zaszło. Słowo może być pomyłką, drzazgą wbitą w żywą tkankę. Może być igraszką zwykłą, lub być może zagmatwane. Może jeszcze lecieć lekko lub uderzać twardym młotem. Lepiej zważyć je więc przeto, niż zatrzymać w locie potem. Czasem lepiej nic nie mówić, niż się dzielić gorzką prawdą. Lepiej się ku Słowu zwrócić, niż powielać każde kłamstwo. 9. Nie pożądaj żony bliźniego swego. Między spojrzeniem a pieszczotą Odległość była zbyt bliska... więc może to był zbieg zdarzeń, że pełnia pani stanika o moje wsparła się ramię. Chociaż nie jestem już młody, to w takie przypadki nie wierzę, jednak przelotny ten dotyk. zatrzymam sobie w sekrecie. Bo choć nie jestem już młody a może właśnie dlatego, są jeszcze we mnie tęsknoty i głodne szarpie się ego. Być może głupie, po prostu, drążą mi głowę rozterki, ale nie szukam kłopotów i wiem, że zawsze ktoś cierpi. Gdy widzę panią z oddali to muszę szczerze tu przyznać, wcale nie żebym się chwalił, budzi się we mnie mężczyzna. I chciałbym móc rzec, że TYLKO podziwiam pani urodę, będąc wzbudzonym mężczyzną, szczerze rzec tego nie mogę. Jeszcze na koniec, ukradkiem patrzę na panią z daleka, kaganiec myślom zakładam, bo wiem, że w domu ON czeka. 10. Ani żadnej rzeczy, która jego jest. Rzeczy Nie mam dużo, mówiąc szczerze, raczej biednym niż bogatym, jednak ciągle mam za wiele, wrzeszczą z kątów zbędne graty. Tym, co więcej im potrzeba, ani trochę nie zazdroszczę. mi wystarczy kromka chleba i codzienny życia pośpiech. Otoczony przez bogaczy, którzy patrzą na mnie krzywo i wytykać chętnie raczą, że się możniej żyć powinno, czuję czasem się ciut gorzej, ale nigdy, z żadnej biedy, nie zakwita w mojej głowie chwast zazdrości niepotrzebny. Żyjcie sobie w swych pałacach i się woźcie powozami, mi wystarcza prosta praca, kiedyś wszyscy się zrównamy. I choćbyście się wynieśli ponad szczyty, ponad życie, szkoda dla was jednej chwili mej zazdrości nie wzbudzicie.2 punkty
-
2 punkty
-
Przeciąga się stare wilczysko A może to młode się wiercą Głodne spragnione czas łowów Wiatr ucichł wiosenne ciepło Rozpierzchło się stado Czas wychować potomstwo Bo przyjdą chłody Tak jest bo wcześniej już było Zmieniło się nastawienie Dziś łatwiej przychodzi wszystko Nawet głód przestał być głodny Samotne wyje stare wilczysko2 punkty
-
Wrosło we mnie ostatnie przytulenie, rozrasta od środka. Biorę oddech za trzech. A ono dusi za czterech.2 punkty
-
najpierw kebab z dzielnicy odpływają rodowici meczet miasto jest nasze przed Chińczykami z kolebki Żydowskiej według starszego przymierza w obowiązku pomocy drugiemu człowiekowi czekasz na Mesjasza Jezus nic złego nie zrobił zadrzaźnił tylko myśli bo nie wszystko musi się opłacać chrześcijanin w opóźnionej reakcji nadstawia policzek zegarkowa praca w klasycznej rzeczywistości w innych kołowrotkach wcieleń czcisz kwiaty przepędzając duchy dziś nowi prorocy świat dzielą pod skórą2 punkty
-
pięknie czy twoja dusza może unieść złączone serca aż do nieba tak aby pojąć sens zrozumieć dlaczego żyć na ziemi trzeba :)))2 punkty
-
@lena2_ Leno, uczę się też od Ciebie, piszesz tak, jakby to był Twój zawód, jakby wysypywało Ci się z rękawa, albo wypływało, jakby przychodziło Ci to łatwo i szybko - a wiem, że tak nie jest jak wygląda. Pozdrawiam słonecznie, bo niedawno w Gdyni była burza i padał deszcz :)2 punkty
-
2 punkty
-
Dzień dobry, chciałabym zaprosić Was do lektury mojego tomiku: https://ridero.eu/pl/books/cisza_na_trzy_zmiany/ :) Pozdrawiam serdecznie, Maria Kosaciec2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
jest czas na szczerość i czas kłamstwa którym sami się chronimy jest czas śmiechu i czas płaczu zadławionego w krtani jest czas życia czas umierania taka równowaga2 punkty
-
@Alicja_Wysocka No widzisz... A ja myślałem, że prędzej The Doors "Take It As It Comes" :)2 punkty
-
@Migrena Mocne to! Naprawdę. A jak działa na wyobraźnię! Czytam to jak scenariusz do bardzo ambitnego, mrocznego filmu, w którym bohaterowie zamiast iść na spacer do parku, wybierają najbardziej zardzewiały tunel w mieście, żeby sprawdzić wytrzymałość betonu (i swoich nerwów). Kilka moich ulubionych obrazów - „Smakuje jak nadchodząca katastrofa – słodka, żelazna i ostateczna” - to jest ten moment, w którym instynkt przetrwania mówi „uciekaj”, a cała reszta krzyczy „zostań”. Genialne połączenie grozy z fascynacją. „Zwarcie dwóch gołych przewodów w kałuży strachu” - jako osoba, która boi się wymieniać żarówkę, czuję to napięcie! To doskonała metafora tego, że w takiej chemii między ludźmi zasady BHP po prostu nie istnieją. „Odzyskać żebro, z którego cię ulepiono” - to jest tak intensywne, że aż boli. Jeśli ten tunel rzeczywiście będzie „krwawił waszym imieniem przez tydzień”, to współczuję ekipie sprzątającej z PKP. Daję 10/10 w skali sejsmicznej - u mnie kubki w szafce dzwoniły, jak doczytałam do końca. Naprawdę gęsty, duszny i hipnotyzujący kawałek tekstu. Ostre metafory - Twoje i nie do podrobienia.2 punkty
-
@Krzysic4 czarno bialym To niby 'małe szczęście' bo bez pomnika dla potomnych, bez fanfar i trąbienia - jednak Wielkie, bo w zupełności Ci wystarcza - chwalę :) I pozdrawiam.2 punkty
-
@MigrenaUfff... czytam Ciebie Jacku, Ty wiesz, ale tym razem, bez urazy proszę... ten tekst to potężny ładunek naturalizmu, ale dla mnie ta sceneria i opis są zbyt dosłowne, wręcz duszne. Taki powrót do pierwotnej dzikości na betonie i w pampersie strachu po prostu przekracza moje granice estetyczne. Doceniam warsztat i tę 'wściekłą krew', ale ten brudny, uliczny klimat tunelu mnie osobiście razi i boli przy czytaniu. Pozdrawiam.2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
@Poet Ka ... jest taki świat nie ma tutaj wymuskania bon tonu poprawności jest prawda o życiu do bólu jest taki świat życie morze bywa ciche tylko ... bywa ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia2 punkty
-
@Migrena niech będzie Marek Nowakowski chociaż on trochę bardziej z góry na kobiety patrzy- widoczny naturalizm w ich opisach i instrumentalne nastawienie w kreacji literackiej Hłasko przynajmniej na papierze umiejscawiał je całkiem blisko sacrum, a co najmniej przedstawiał jako młode towarzyszki niech będzie Nowakowski, lubię go, choć zniesmacza mnie jego opis kobiecych ud, ale mniejsza z tym @Migrena Hłasko postać tragiczna przyczynił się do śmierci Komedy...2 punkty
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne