Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 16.11.2025 uwzględniając wszystkie działy
-
Z morałem będzie historyjka, a może nie, sam się przekonaj, egzemplarz wielce wyjątkowy, czy jest gdzieś jeszcze taka żona? Jak ta, co dzień w dzień kołki ciosa mężowi, że zeń straszny prostak - cóż robić? pójdę na uczelnię i wkrótce dyrektorem został. Szacunek mam już zapewniony, doceni wreszcie, że się staram. Zapomnij, coś ty, ledwie przyszedł, a żona na to – zaraz, zaraz… Dyrektor wielki, patrzcie państwo, tym każdy głupek zostać może. Och, jaka jestem nieszczęśliwa, chyba nie może być już gorzej. Więc spiął się bardziej, trudna rada, pokażę jeszcze całe męstwo, poprzeczek kilka politycznych - gabinet objął, ministerstwo. Zajrzałam nocą do sypialni podsłuchać żeby to i owo. (…) - Czy ty myślałeś chamie kiedyś, że będziesz spać mógł z ministrową?8 punktów
-
W pustym łonie, gdzie echa tańczą cicho, tkwi embrion myśli, nie ciała. Składamy dłonie, szepcząc modlitwy, o duszę, która nigdy nie zaistniała. Prawo i wiara, dwa kamienie młyńskie, mielą decyzje na proch codzienności. Jedni widzą iskrę, świętą i boską, inni zaś lęk, w imię wolności. W komorze echa, gdzie sumienie waży, płód staje się sztandarem ideologii. Morderstwo? Zbawienie? Kto wskaże granicę? Moralność tańczy w rytm patologii. Matka, ołtarz z krwi i kości, naczynie wyboru, pole bitwy. Jej ciało, nie jej, lecz publiczna własność, w dyskursie zimnym, pozbawionym liryki. A co z tych, którzy przyszli na światło, ale światło ich oślepia, rani, dusi? Ich krzyk zagłuszony, mniej ważny, mniej święty, bo wiersz o życiu pisać trzeba, a nie katuszy. Nienarodzony krzyk ma potężną siłę, rozdziera ciszę, zmusza do myślenia. Lecz krzyk żywego dziecka, bitego, głodnego, to tylko tło dla wielkiego istnienia. Więc rzucam ten wers, jak kamień w wir wody: Hipokryzja jest największym grzechem. Czcimy potencjał, gardząc rzeczywistością, dusząc sumienia, odbierając oddech.8 punktów
-
Na poboczu, tam, gdzie dzień i noc mieszają się jak świeża krew w brudnej filiżance, stoją – „dziewczynki”. Twarze ich oświetlone reflektorami jak manekiny z wystawy grzechów, które ktoś zostawił, żeby lśniły w ciemności jak lodowate diamenty z krwi i kurzu. Śmieją się cienko, śmiechem sprzedawanym na minuty, który odbija się od asfaltu jak plastikowa zabawka zmiażdżona przez ciężarówkę, i pęka w tysiąc dźwięków, które drżą w powietrzu, nie dla ucha, ale dla ciała, które czuje ciepło rozpadu. Kierowcy – rycerze szos z rdzą kilometrów w sercu – mylą pożądanie z wybawieniem, zatrzymują się nagle, jakby samotność wskoczyła na maskę i wbiła pazury w światło reflektorów. Jakby śmierć przyszła po swoje w najprostszej formie: dotyku. Wsiadają w tę ciemność jak w automat z losami, które zawsze wygrywają klątwę – lepka, śmierdząca klątwa, która przywiera do skóry jak cień po pożarze, jak sół w ranie, co nigdy nie przestaje szczypać, jak szron, który zamarza w żyłach, wstrzymując oddech. A choroby wracają z nimi jak czarne gołębie, z piórami pełnymi szeptów i trucizny, które nocą siadają żonie na ramieniu, dziobią jej zaufanie do kości, zamieniają ciepło w pył, zimno w ból, i wciągają w siebie kawałki serca, tak, że bije nie tam, gdzie trzeba, a krzyczy tam, gdzie nie ma słów. Wracają do domów z „pamiątkami” tak egzotycznymi, że nawet wirusy zadają pytania: kto tu zwariował naprawdę ? Patrzą w lustro z osłupieniem – nie poznają twarzy, która przed chwilą wciąż miała ciało, teraz wypełnione chemicznym oddechem ulicy, i światem, który twardo depcze po duszy. W kuchni żona pyta: „Dlaczego znowu unikasz światła ?" Nie wie, że mąż przywiózł spod znaku kilometra ruinę, starannie zapakowaną w milczenie i perfumy obcej skóry, w spalone wspomnienia, które pachną popiołem i krwią, i zostawiają na rękach rany, których nikt nie umie obmyć. Moralność leży na poboczu jak potrącony lis – wszyscy widzą, nikt się nie zatrzymuje, wszyscy patrzą, jakby zło było oczywistością, jakby czekało na kurs życia w przyspieszonym tempie, jakby każdy błąd był tylko kolejnym kliknięciem w automacie cierpienia. „Dziewczynki” stoją dalej, przetrwanie nauczyło je cierpliwości, jakby były latarniami z żarzącymi się żarówkami bólu, postawionymi, by oświetlały cudzy upadek, jakby nad każdą z nich wisiał anioł z wyrwanymi skrzydłami, trzymający w dłoniach ich los jak garść czarnego pyłu – i za każdym razem, gdy sprzedają dotyk, anioł dmucha w ten pył, rozsiewając go po świecie jak zarazę cudzego grzechu, aby każdy grzech odbił się w ich oczach jak ostrze stali. Liczą pieniądze, jakby przeliczały własną niewidzialność, a świat mija je z prędkością wstydu udającego pośpiech, jakby wszyscy byli ślepi, głusi i martwi jednocześnie. I tylko noc – wielka, czarna gospodyni samochodowych grzechów – poleruje gwiazdy, zamienia je w lustra ludzkich win, i patrzy, jak ludzie sprzedają sumienia za chwilę dotyku, zimną jak moneta wyjęta z błota, twardą jak kamień, którym rozbijają własne serca. Małżeństwo kruszy się jak witraż uderzony kamieniem cudzej skóry – kolory uczuć rozsypują się w kurz, nie ma już przez co przejść światłu, bo wszystko, co było, zostało odarte z delikatności, pozostały tylko ostre krawędzie, które tną duszę. Cały ten teatr kręci się dalej, jakby ktoś nakręcił go kluczykiem od stacyjki, aktorzy nie wiedzą, że grają w tragedii, i że scenariusz pisze noc, która nigdy nie kładzie się spać, której oczy widzą wszystko, a serce nie zna litości. Nikt tu nie jest diabłem, ale każdy niesie iskrę, która może podpalić dom, życie, twarz w lustrze, i w tym ogniu ujawni się prawda – surowa, bezlitosna, ostra jak brzytwa. Bo na poboczu, przy asfalcie, gdzie człowiek zdejmuje człowieczeństwo jak brudny kombinezon, nawet cienie mają choroby. A miłość – jeśli kiedykolwiek tędy jechała – wróciłaby tylko po własną, dawno zgubioną tożsamość, i płakałaby nad resztkami tego, który kiedyś nazywał siebie „człowiekiem”.7 punktów
-
Nie można cię winić, że nie umiesz śnić, gdy w twoim domu gasło światło i nikt nie mówił "kochanie, śpij". Twoje sny wędrowały boso po zimnej podłodze, uczyły się same, czym jest miłość, a czym zaufanie. Zostawiałaś gorzkie ślady na poduszce. Poranek zmywał je – wstydził się czułości. Nie miałaś stołu, pachnącego rozmową, ani filiżanki, co znała dotyk ciepłej dłoni. Nauczyłaś się wszystkiego od końca: modlitwy bez "amen", tęsknoty bez "wróć", siebie bez "kocham".6 punktów
-
nasze ciała znają drogę biegną do siebie po zgliszczach rozumieją więcej niż my sami o sobie moglibyśmy wiedzieć jakby to one miały plan w ostatnim błysku skóry w cichym stłumionym olśnieniu już nie chcemy żadnych odpowiedzi żadnych słów nie chcemy przebaczenia znowu jesteśmy na wojnie która pamięta każde drżenie starsze niż rozstanie niż nasz każdy wstyd twoje biodra ułożone w moją stronę choć rozum krzyczy nie nie uniosę cię to niezmienność wraca jak oddech i znowu mościsz się we mnie5 punktów
-
Co mi dałeś? Tę ciszę wieczną, co porusza mnie wśród ludzi, i tę wiosnę w zapadłym sercu, co mroźnym rankiem budzi I co jeszcze? Tę jemiołę zmierzchem, co winną daję toń, i ten uśmiech, kiedy znowu znajdujesz moją dłoń Co mi dałeś? Te pieśni w styczniu, kiedy słońce się rumieni, a ja w radości krocząc, nie widzę w lunie cieni Co mi dałeś? Te nagie drzewa czekające na Twój blask I co jeszcze? Świecę na drogę w najmroczniejszy las Co mi dałeś? Tę latarnię, którą od zorzy odpaliłeś, bym sam w kniei mej powtarzał im Twą Miłość Co mi dałeś? Wędrówki, które niech nigdy się nie skończą I co jeszcze? Ten zapach zmierzchu, gdy dajesz innym słońce Co mi dałeś? Twe oczy, które słyszą ten Cud Stworzenia I co jeszcze? Tę wolność z Tobą bez żadnego mienia oraz oddech, który zaraża Dobrem mnie od nowa A co jeszcze? Te pewne kroki, by uniknąć złudnego ronda Co mi dałeś? Tę Miłość do Wszystkich cząstek gwiezdnych słów oraz głowę wpatrzoną, gdzie nie stawiam stóp I co jeszcze? To wołanie na plaży, bym biegł w Twoim kierunku, i te słowa, co są źródłem Twojego werbunku A co jeszcze? Odkrywanie Ciebie za nowym horyzontem i w końcu ten sprint z jaskini, bym ujrzał nasz początek – Miłość.5 punktów
-
Pod koniec dnia, Zosia jak zwykle nie spieszyła się z powrotem do domu. Przycupnęła rozmarzona na nawłoci, zachwycając się bogatą paletą jesiennych kolorów. Była niezwykle sympatyczną, choć nie zawsze pracowitą pszczółką. W czasie pracy, zdarzało jej się zamyślić, zapatrzeć, pomarzyć... - Och, zapomniałam! Dzisiaj zamykają drzwi przed zimną..- Zerwała się nagle przebudzona tą myślą. Za późno. Kiedy przyfrunęła, wszystkie ule były już zamknięte, do wiosny. - Trudno, może jakoś przetrwam. - Pomyślała naiwnie, podlatując do pożółkłego drzewa jesionu. - Panie jesionie dostojny i jasny, może byś mnie trochę ogrzał. Nie jesteś kuzynem słońca...? - Mruknęła na małej gałązce. Jesion nic nie odpowiedział, a na miejsce ciepła, nadchodzący wieczór owiał ją przejmującym chłodem. Instynktownie sfrunęła z drzewa, szukając schronienia między opadłymi na ziemi liśćmi. Drżąca, schowała się pod tymi, które wydawały się najbardziej suche. - Co ty tutaj robisz maleństwo ? - Na krótko zbudowaną kryjówkę, zburzył swoim nosem jeżyk. - "Cudownie, skończę jako przekąska jeża.." Pomyślała wystraszona, wpatrując się w czarne oczka przybysza. - Czemu nic nie mówisz? Nie będziesz moją kolacją. - Uśmiechnął się jeżyk, jakby jej myśli usłyszał. Bardzo podziwiam i szanuję pszczoły. Bez Twojej pilnej pracy, nie miałbym teraz tylu przepysznych jabłuszek. A muszę ci się przyznać, że jest to mój ulubiony przysmak. - Dodał pogodny, i sądząc po głosie, nieco starszy jeżyk. - Poza tym, lekarz mnie męczy, że powinienem przejść na dietę....Jak wiadomo, ciężkostrawne jest żądło pszczoły...- Próbował żartować, na co w końcu, uśmiechnęła się Zosia. Kiedy opowiedziała mu co się stało, jeżyk wyznał, że wcale jej się nie dziwi, bowiem jesień była jego ulubioną porą roku, więc i on na jej miejscu pewnie by się spóźnił do domu. - Zaraz coś wymyślimy. - Pocieszał ją, widząc jak coraz bardziej drży z zimna. - Tutaj, w naszym ogrodzie, kiedy jest już po słońca zachodzie, mamy małą tajemnicę. Obiecaj, że nikomu jej nie zdradzisz..?- Zaciekawiona Zosia pokiwała znacząco główką. Jeżyk mocniej chrząknął, po czym z suchej trawy i patyczków w ogrodzie wznieciło się małe ognisko. Ożywione liście zaczęły tańczyć wokół niego, zarobiło się gwarnie od śmiechu i cichych rozmów. - Ojej! - Wydobyła z siebie zaskoczona pszczółka. - A te liście się nie spalą? - - Większość z nich trafi do stajni, gdzie staną się nawozem. Niektóre jednak, z ogniem wolą przytulić przestrzeń ostatnim powiewem ciepła. Przyjemnie ogrzana, Zosia z ulgą zatrzepotała skrzydełkami. Zadumana przy ognisku, zadawała sobie pytanie, jak przetrwa następne coraz chłodniejsze dni. . - Zanim zaśniesz, pamiętaj: O świcie polecisz do pasieki. Wtedy, kiedy człowiek koło kur się kręci. - Wyrwał ją z zadumy jeżyk, jakby znowu czytał w jej myślach. - Po co? - - Zaufaj, zobaczysz rano. - Jeżyk okrył ją troskliwie liściem i oddalił się na drugą stronę ogrodu. W pachnącym i wygodnym kokonie, pszczółka zasnęła, zmęczona po całym dniu silnych emocji. Poranny chłód, bez trudu ją obudził. Mimo że w zimnym powietrzu, ciężko jej było rozprostować skrzydła, dzielnie wzbiła się w górę i pofrunęła w stronę pasieki, tak jak radził jej przyjaciel. Z daleka ujrzała przy ulu człowieka. Ul leżał przewrócony. Zosi mocniej zabiło serce. Pofrunęła szybciej, z bliska dostrzegła, że ul był otwarty. Być może to była jej jedyna szansa, aby wlecieć do środka. Gdy już się zbliżała do drzwi, pod ulem zobaczyła rannego jeża. - Co się stało?!- Wzruszona, natychmiast do niego podfrunęła. W tym samym czasie, człowiek podniósł go i włożył do małego koszyka. -Nie martw się o mnie. Ten człowiek ma dobre serce. Na pewno mi pomoże. Szybko uciekaj do domu. Niebawem, na nowo będziesz bardzo potrzebna. - Wyszeptał z uśmiechem jeżyk. Było za mało czasu aby wszystko jej wyjaśnić. Przed świtem, przydreptał tutaj w towarzystwie krecika. Razem przewrócili ul, tak aby drzwi mogły się otworzyć. Niestety w tym samym czasie zakradł się przy kurniku lis. Zaatakował i lekko go zranił. - Do zobaczenia przyjacielu. - Szepnęła Zosia, ufając że właściciel pasieki dobrze się nim zaopiekuje. - Do zobaczenia kruszynko, dziękuję za jabłuszka. Wiosną Ci wszystko opowiem. - Jeżyk zawinął się wygodnie na dnie koszyka w kłębek i zasnął. Wiosną, zazwyczaj rozproszona Zosia, tym razem była niezwykle pilna. - Zwolnij, mamy czas siostrzyczko- Upominała ją rodzina. - Nie wolno zmarnować ani jednego kwiatuszka. Jeże uwielbiają jabłuszka. - Odpowiedziała pszczółka, uśmiechając się na myśl o wieczornym spotkaniu z miłośnikiem jabłek.5 punktów
-
Być w tu i teraz tutaj nie do „podjebania” znaczy, że oto ja światu tak, światu, ha światu, światu nawet opowiem... A potem po opowieści widzisz że oni skromni i lokalni nad wyraz chcą ciebie widzieć na jak najniższym drzewie Chcą ciebie co najwyżej odbierać jako gościa z piłą w ręce i że piłą podcinasz gałąź na której siedzisz... Ale oni nie rozumieją nawet tego obrazka tej metafory bo jak zetniesz tę gałąź przecież pójdziesz sobie zwyczajnie na spacer (tak właśnie wyglądają moje „eureki”) Albo wyjedziesz i oby tylko nad polskie słone zachmurzone morze możesz w dodatku polubić słodkie jeziora zimne rzeki spadziste góry Oni ciebie posyłają na drzewo a ty bujasz się i drwisz niczym drwal jak dąb umiejętnie i złośliwie i sarkasz również na niedokładnym pomoście (którego stolarz wcale nie „dopracował”) Warszawa – Stegny, 15.11.2025r.5 punktów
-
Trzeba coś napisać — rozpoznawalnego i publikowanego, Jakiś stygmat na poważnej kulturze. Coś. Coś po nas. Warto przemówić z perspektywy z poziomu oralności własnych ust, Bo cudze gryzą, albo dużego palca lewej stopy. Może kupka kawy bez cukru niech mówi — lub chociaż kosza na odpady biodegradowalne. Ale nawet mówiąc psychologią okrucha na stole Jako centrum wszechświata — trzeba wiedzieć, gdzie jest ten stół i po co. Nawet codzienność ma historię.5 punktów
-
Nic mnie z tobą nie łączyło prócz tych paru wejrzeń w serce. Nic mnie z tobą nie łączyło prócz tych kilku ciężkich westchnień. Nic mnie z tobą nie dzieliło oprócz zasad, wątpliwości. Nic mnie z tobą nie dzieliło prócz milczącej bezsilności. Nic mnie z tobą nie łączyło oprócz nocy nieprzespanych. Nic mnie z tobą nie dzieliło prócz nadziei zapomnianych. Gdzieś na krańcach dzikich marzeń co zrodziły się z nicości, powstał promień i połączył barwne dusze bez przyszłości. I rozdzielił grom natychmiast to co jeszcze nie istniało, choć nie przyszła żadna klęska nic z wygranej nie zostało. Nic nas z sobą nie łączyło- tak powiedzą zimni ludzie ale drzewa i potoki szepczą o nas jak o cudzie. Nic nas nie łączy nic nas nie dzieli prócz tej deszczowo łzawej niedzieli oprócz aniołów strzegących tego co mamy w duszach drogocennego i w dzien i w nocy serce ból mieli. Nic nas nie łączy. Nic nas nie dzieli.4 punkty
-
zamarzł cały świat i mały palec, wszystkie wróżki, gdzieś pies. szkiełkiem w oko, w serce i my cali szkliści. brakuje mi liści na drzewach i ciebie. dzisiaj tak ładnie, tak ładnie... niebo upstrzone odchodzenia mi. motyli.4 punkty
-
Wracałem z Jabłonny autobusem… – Wspomnieć o współpasażerach chcę. (Czyż muszę?) Oto wsiadła ze mną bardzo dziwna para: Ona w czerni farbach, z wargi jak mara; On przeciwnie tleniony na śnieżno-biało, Szyję ugryzioną me oko dojrzało U niego, a ślad zębów ludzkich już czerniał Pod kolor panny, więc jeden do dwóch dni miał. Wtem, popłynął ruski rosyjskim złamany. Ach, pseudo-wampiry ze wschodu. – Witamy! Ilustrował „Perchance”, pod dyktando Marcina Tarnowskiego, grafiką „Pseudo-wampiry”.4 punkty
-
Jak sobie radzisz Panie ze swym ułomnym ludem? Składamy listę życzeń, między nadzieją a cudem. Jaka jest Twoja miara, względem naszego losu? choć jesteś miłosierny, przekupić Cię nie sposób.4 punkty
-
na obrazie życia malarz namalował narodzenie i śmierć ktoś zapyta czy aby nie za mało życia jest w nim malarz odpowie trzy razy nie jest go w sam raz trzeba tylko umieć odczytać to co w jego głębi się tli4 punkty
-
nikt nie zwróciłby uwagi że skracamy dystans nie spuszczając z siebie wzroku aż w końcu stojąc twarzą w twarz ukradkiem dotkniesz mojej dłoni choć wolałbyś usta chcielibyśmy stamtąd uciec jakby nie było świata jakbyśmy byli tylko we dwoje ale nogi grzęzną nam w codzienności4 punkty
-
Masz dla mnie krzyk, złość, obelgi. Masz wściekłość, niezgody i gniew, wytatuowany błyskawicą w różowej fryzurze. Bunt. Ulica, ekran, walka. Ja nic nie mówię. Mam uśmiech za przyłbicą i gaz w rękawicy dłoni, który rozpylę brokatem w twe oczy. Unieważnię cię.4 punkty
-
przemijam otulony w ciepły szal istnienia mruczy kot dookoła usychają liście zmieniają się pory i zmarszczki każdego roku w ciemnej kuchni czytam wiersz bez światła4 punkty
-
Słowo ciągle ma swój ciężar, choć przytłacza je dziś obraz, co rozbiera się do zera dla popędu myśli dobra. To nie zawsze jednak działa, chociaż mózgi obraz chłoną. Słowo może krzepić ciała i umysłów być ochroną. Prawda czasem jednak boli. Rani niczym podłe kłamstwo. Trzeba zawsze dobrej woli, by opisać coś, co zaszło. Słowo może być pomyłką, drzazgą wbitą w żywą tkankę. Może być igraszką zwykłą, lub być może zagmatwane. Może jeszcze lecieć lekko lub uderzać twardym młotem. Lepiej zważyć je więc przeto, niż zatrzymać w locie potem. Czasem lepiej nic nie mówić, niż się dzielić gorzką prawdą. Lepiej się ku Słowu zwrócić, niż powielać jakieś kłamstwo.4 punkty
-
Powstała Polska Partia Prawda w skrócie: PPP, prawdę i tylko prawdę będzie głosić do woli. Odrzuca też oszustwa i kłamstwa bo są złe, tylko prawda wszystkich wreszcie wyzwoli… Będzie walczyła z fejkami oraz z AI memami. nikt więcej nie oszuka ani fałszem nie omami. Ludzie masowo się podpisują już w kampanii, a w partii nowe twarze i praktycznie nieznani. Członkowie już po przysiędze przed Bogiem, tak uczciwej partii nie było jeszcze do tej pory. Czas już zgłosić komitet wyborczy na wybory, (***) W wyborach PPP znalazła się... pod progiem Nie chciała oddać stołków zasiedziała władza, bowiem prawda tak bardzo …jej przeszkadza.4 punkty
-
wylosuj z książki dwa wyrazy na dysk z tym bletko suną nad nami fale płyną pod nami niebo kolorami brzasku odpalam od save'a kod skrywa potwory wabi ścieżka czekaj na pobranie bonus questa w questcie pokonaj przeciwności zapisz to świt w zorzy szroni łąkę z biegiem strumienia schodzę w dolinę mogę zbiec ale stawiam opór pocą ci się dłonie zapisz to wędrowiec nadejdzie ze wschodu ten temat to rzeka ten temat to moment widać nas stąd pocą ci się dłonie spokojnie najpierw szkiełko później papier błysk3 punkty
-
3 punkty
-
kawałek może być bardzo uroczy piękny a nawet bezcenny jak całość kiedy go w tej właśnie chwili kochasz3 punkty
-
siadają na parapecie kiedy ciemność na drzewach skulone dla niepoznaki czasem przelatują tobie nad głową kiedy śpisz i obmyślasz mądre plany jedna jest pulchna druga elegancka trzecia bezczelna ledwie hukną a już maski ci spadają rano będziesz zbierać ich skorupy roztrzaskane obrazami zjaw sennych spod łóżka spod dnia będziesz wyciągać jedna jest pulchna druga elegancka trzecia bezczelna twarz gładką delikatną pergaminową ukrywaną latami nie oglądaną dniami żyły pulsujące wyrywające się do świata równie drapieżnie jak sowy w nocy jedna jest pulchna druga elegancka trzecia bezczelna zażądasz potwierdzenia albo odpowiedzi na niezadane pytanie na radość nagłą na lekkość piórko brązowe szare białe i za oknem zwyczajowo blady księżyc3 punkty
-
3 punkty
-
Studnia Białe ściany chłodzą dłonie, twarz pobladła od szukania światła. Z każdym wypadniętym włosem spadam głębiej i głębiej. Tkwię w bezruchu latami, choć minął zaledwie dzień. Mama każdej nocy nie śpi, codziennie śni o wschodzie. Skóra przemokła wilgocią, więc zacząłem pisać poezję — hermetyczną i brudną, powściągliwą i mokrą. Czas obiecał mi poprawę, zamiast tego oddycham coraz płycej, szybciej. Czas miał mnie wyleczyć, zamiast tego tracę myśli. Nadal ich czuję za plecami, dlatego nigdy nie wróciłem do domu. Unoszę się w mętnej wodzie, pluskwy wżerają się w serce. Smród rozkładu mojego ciała czuć aż między drzewami. A ja powtarzam w kółko: „To się nie dzieje.”3 punkty
-
Ma księżniczka wielbicieli I sztygę swych rycerzy, A każdy madrygały śpiewa I jej chwałę szerzy. Lecz będąc gorzką Miłość Boleśnie jej serce kroi, Bo rycerza kocha wzgardliwego, Co milcząc z dala stoi. I choć się inni przymilali, Im nie odpowiadała, Lecz za jedno jego słowo, Sądzę, że życie by dała. I Sara, (której madrygały śpiewam...:-): The princess has her lovers, A score of knights has she, And each can sing a madrigal, And praise her gracefully. But Love that is so bitter Hath put within her heart A longing for the scornful knight Who silent stands apart. And tho' the others praise and plead, She maketh no reply, Yet for a single word from him, I ween that she would die.3 punkty
-
Nie próbuj mnie zrozumieć jestem chaosem bez początku i końca logiczną masą zdarzeń ale bez sensu wędruję samotnie stojąc w miejscu głodne jutra syte codziennością przemijam schowane szukam siebie wewnątrz nie ma nic bez kształtu przybieram postać uciekam kiedy jeszcze dogania już Jestem3 punkty
-
* * * opadły liście w gałązkach świergot wróbli czai się zima * * * pora już wstawać kukułka budzi ranek ziewają dzieci listopad, 20252 punkty
-
Dostałam zaproszenie na live'a: Start 22:00 «Tylko dla Dorosłych». Zdziwiona, a przede wszystkim zaciekawiona, dołączyłam do innych. O 22 z minutami zaczęli logować się ludziofony. O 22:20 naszym oczom ukazał się napis na białej kartce: «Kochani za chwilę pokażę wam coś zaskakującego i nieprawdopodobnego, a będzie to Fiut na chlebie» «Co, kurwa?!» – myślę – «ludziom naprawdę wali w dekiel, sami odklejeńcy, ja pierniczę», ale spokojnie czekam na rozwój wydarzeń. Obserwatorzy powoli zaczęli się wykruszać i zostało nas kilkadziesiąt osób, a każdy z zapartym tchem wpatrywał się w ekran. Nie zabrakło też kilku śmieszków, którzy nie omieszkali dopingować Autora prześcigując się w komentarzach: «Ile twój fiut ma cm? Golisz jaja? Ale z ciebie perwers misiu (emotka misia). Niegrzeczny jesteś, ale lubię takich.» W końcu Autor pokazał się na wizji z rozkosznym uśmiechem, odsunął twarz od kamerki i pokazał przyjemne odbicie w lustrze. Był tylko w bokserkach. Następnie znów zbliżenie na twarz i szeroki uśmiech: – Mam kromkę ciemnego pieczywa [kilkukrotne wruszenie brwiami], a teraz czas na obiecanego Fiuta... Powolne przesunięcie kamerki w dół ciała. Klatka piersiowa, splot słoneczny, pięknie umięśniony brzuch, pępek, niżej lekko opuszczone bokserki i... – Mam was zboczeńcy! Hehe. W tym momencie Autor pokazał do kamerki kromkę pieczywa i nóż, którym rozsmarował na chlebie jakieś mazidło. Ohyda. Jak się okazało, był to obiecany Fiut, bo fiut to słodki, gęsty syrop z buraka, popularny na Kujawach. Przyznam, że byłam lekko rozczarowana, a jeden ze śmieszków wyraźnie zirytowany napisał w komentarzu: – Spierdalaj buraku! Cóż, liczyłam na piękne widoki, a dostałam pastę z buraka. Ech, życie jest niesprawiedliwe... 😎 https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Fiut_(syrop)2 punkty
-
tęsknota ciała listopadowe czarowidło bliżej ciepło w mroku tobą mamidło nie odrywasz ust rozmysły przenikają w częstotliwości niedocierających słów cały mój nie odrywam dłoni w wymiarach po za nieistniejących snów w wieczystym pocałunku twoja2 punkty
-
Idą - choć nikt ich nie woła. W kieszeniach mają wersy, które uciekły im z rąk jak szczury z tonącej metafory. Robią miny poważne, choć słowa mają z waty, a każde zdanie składa się jak łóżko polowe po nietrzeźwej wojnie z samym sobą. Przystają na rogach własnej niepewności: „może napiszemy o świetle?” - pytają, po czym kręcą głowami, bo światło za jasne, a cień za ciemny. Więc stoją w półmroku - idealnym dla niezdecydowanych, tych, co wciąż stroją instrumenty, ale nigdy nie grają melodii. Każdy z nich niesie w plecaku niedokończony wiersz o „poszukiwaniu siebie” - taki, którego nie przeczyta nawet pies, bo pies ma godność i węch do rzeczy skończonych. A między kartkami plecaka czai się ich własny strach - taki, co syczy jak kot wyrzucony z metafory za brak talentu, i drapie, gdy ktoś próbuje napisać prawdę. A jednak idą - zamaszyści jak prorocy własnych pomyłek. Śmieszni, bo chcą pisać o ogniach, lecz boją się zapałki. Groteskowi, bo robią krok w przód i natychmiast krok w bok, jakby tańczyli z losem, który wcale nie przyszedł na bal. I gdy już, już mają ten WIELKI wers (ten, który miał ich ocalić), nagle - bach - wpada im do głowy wątpliwość o smaku marginesu, i cały świat rozsypuje się jak źle sklejona metafora o świcie. Bezradni wsłuchują się w ciszę - tę samą, która niczego nie obiecuje, bo jest lustrem tak krzywym, że odbija tylko to, czego w sobie nie chcą widzieć. Próbują jeszcze raz, z nową odwagą - i znów odkrywają, że wena, ich półetatowa bogini, rzuca natchnienie jak handlarka ryb: byle jak, byle gdzie, byle sprzedać złudzenie. A oni łapią to w locie, jakby to było złoto, choć najczęściej jest to mokra gazetka z wczorajszą pogodą. Tak sobie tuptają, armię poetów udając - każdy chciałby być meteorem, a kończy jako iskra o krótkim oddechu. A może i dobrze - bo w tej ich śmiesznej, roztrzepanej tułaczce jest coś niezwykle ludzkiego: pragnienie, by wreszcie złapać słowo, które nie ucieknie. Bo słowo, które dogonisz, pierwsze cię ugryzie - żebyś wiedział, że było żywe.2 punkty
-
przychodzą i odchodzą myśli przychodzą i odchodzą emocje przychodzą i odchodzą zdarzenia przychodzą i odchodzą a Ty?2 punkty
-
Nie_dziel_a Nie dziel, a jeżeli już chcesz, to tak, żeby i tobie starczyło. Nie da się przelać siebie całej, gdy nad głową naczynia zespolone. Czy z któregoś uleje się, kiedy będzie to naprawdę potrzebne... Możliw*. *...możliw - wiadomo - nieodżałowana Asia Kołaczkowska. listopad, 20252 punkty
-
Pokrzywy nie parzą moich łap. To nie wzrok świdrujący na wskroś, ludzkich marionetek. Ich jad i moja nienawiść równoważą się na szalach niekończącej się walki zła, bytu doczesnego z bytem nie z tego a innego wymiaru. W najczarniejszym odludziu, modrzewiowego, skąpanego w delikatności świeżego mchu i opadłego igliwia boru. Stąpam bezszelestnie przez piach, kałuże i zdradliwe zaschłe od dawna, połacie chrustu. Utykam na przednią, prawą łapę. Wyrwana na siłę z uścisku metalowych zębów ludzkiej pułapki, doskwiera tętniącym aż w najgłębszych zmysłach bólu. Ale nic to. Z czasem ogarnięty opieką starych kapłanek i szeptuch, wydobrzeję. Blizny nigdy nie dadzą o tym zapomnieć. Twoją twarz zdradziecką i los Twój, przekląłem u Bogów, daniną z krwi. Nóż, karabin, brzytwa. Słowo jedynie rani i wodzi na manowce. Dlatego zwą mnie kapłanem i orędownikiem ciszy. Chcę widzieć ludzi, lecz tych co umarli. Wśród ostępów bagiennych i w świetle ślepi graniczników ich ogniki dusz błądzą po rozstajach. Ja ich do granic Nawii bezpiecznie sprowadzam. Czyn. To on zabija. Miłość zabija w człowieku człowieka. A bestię rani mechanizmem uśpionej pułapki. Nie wyciągnąłem z niej łapy na czas. W starej dziupli, okazałego grabu. Zasnąłem. A śniłem jedynie o krwi. Leżałaś naga, ze skręconym karkiem. Przed chatą. A Bogi patrzyły z drewnianego panteonu, dziesiątkami twarzy. Nagle grzmot i błyskawica przecięła sen. Jak linię mej świetlanej przyszłości. Musiałem się upewnić po raz tysięczny może. Wyszedłem z dziupli. Zaskowyczałem żałośnie w ledwie rozjaśnioną poświatą, ubywającego księżyca noc. Jeszcze raz spojrzałem na strzaskaną łapę. Musisz nie żyć. Nie z zemsty. A w imię wyższych zasad. Perun zesłał burzę. Nawet deszcz zamienił w krew. Osiadła na cokole nieboskłonu. Jak rydwan podniebny. Jego żałobę zsyłająca chmura. A ja ruszyłem duktem pod znajomy aż za dobrze adres. Deszcz zagonił duszę gościńców ku kniei. Dukt był pusty jak oko wykol. Słyszałem jedynie swój oddech chrapliwy. Raz jeden skrzyżowałem swój trop ze śladami swych pobratymców. Wataha jest rodziną której nie dane mi było nigdy mieć. Samotność jest moją rodzicielką. A ojcem demon przeszłości. Jej błędów i namiętności. O północy dotarłem nad granicę drzew. Dalej był świeżo zasiany, pasiasty krój pól a za nim ku południu, zabudowania wsi. Nie czułem już zapachu. Twoich dłoni czy włosów. Odrzwia były zabite na głucho. Okiennica wyrwana z zawiasu a front domu solidnie ugodził upływ cielesnego czasu. Z komina nie sączył się dym. Palenisko zalały dekady, cyklicznych opadów. Obejście zarosło zielskiem, trawą i dzikimi drzewami. Armią, płożącego się rdestu. Skręconych w uścisku kłączy. Namnożonych na potęgę truskawek i dzikich malin. Studnia zapadła się i zapewne wyschła lub woda w niej zatruła się od gnilnych resztek. Jak nasza miłość. Czy Ty też gnijesz? Pobiegłem ku pagórkowi na krańcu wsi. Ci którzy przybyli tu onegdaj z krzyżami i ogniem, którym wypalili obyczaj dziadów i święte gaje, nazywali to miejsce odludne i ciche cmentarzem dla dusz. Odnalazłem okazały, kamień nagrobny zaraz po lewej od wejścia. Na nim była Twoja podobizna i trochę liter i cyfr. Litery układały się w Twe imię i nazwisko a ciąg cyfr w datę narodzin i w to po co tu przybyłem. Chmury odeszły gnane wiatrem. Znów wyjrzał nieśmiały księżyc. W jego świetle porzuciłem choć na moment postać wilka i stanąłem na dwóch nogach przed zaniedbaną mogiłą. Nie mogłem się powstrzymać i wybuchłem śmiechem. Szczerym do bólu i zimnym jak stal moich oczu. Śmiałem się odczytując datę Twojej śmierci.2 punkty
-
glinik lasem się zieleni na gliniku tańczy wiatr cisza w chmurach się przegląda z leśną wilgą za pan brat między chaty droga wiedzie koło studni potem w las tu zbierałem ci bławatki w tamten letni ciepły czas twoje oczy się zielenią tak jak wtedy właśnie las dzisiaj pachnie łąka deszczem i już nie ma więcej nas2 punkty
-
O tych wszystkich rzeczach, Tych, o których chcemy sobie powiedzieć. Jednak trzymamy je głęboko w sercach. Te myśli próbujemy odeprzeć. O tych paru przypadkowych spotkaniach, Które nigdy nie były przypadkami, I każdej kolejnej chwili, Chowaną urazą między kolejnymi wersami. Chcielibyśmy się dotykać, (Kochać) Ale nie jest nam to pisane, bo za każdym razem, kiedy do tego dochodzi okazuje się, że jedno z nas nie kochało wcale.2 punkty
-
2 punkty
-
najczęściej wpadam w tarapaty, gdy odwracam głowę od tego co było - choć minęło i ginie bezpowrotnie z czasem... nie tęsknić za tobą mi nie wypada, a tęsknić za duży to ciężar2 punkty
-
@Nata_Kruk @Leszczym @Berenika97 @Lena @Annna2 @Waldemar_Talar_Talar @Rafael Marius @m1234 @Wiesław J.K. @wierszyki@huzarc Dziękuję, dziękuję2 punkty
-
@huzarc @Migrena @E.T. Wiele lat temu, będąc w Krakowie na jednym ze spotkań z Wisławą Szymborską poetka powiedziała, że każdy wiersz oprócz przesłania powinien mieć formę, środki stylistyczne i głębię znaczeniową, które budują jego strukturę i warstwę emocjonalną. Myślę że czym bardziej temat kontrowersyjny tym bardziej drażliwe kwestie często są postrzegane jako bardziej "żywe", autentyczne i prowokujące do głębszej refleksji. Dziękuję @Alicja_Wysocka To wiersz, który nie tyle chce przekonać, ile zmusić do myślenia. Pięknie dziękuję i pozdrawiam.2 punkty
-
nie boje się miłości uwielbiam ją bo pomaga zrozumieć uśmiech i płacz nie boje się miłości będę ją kraść tym którzy jej nie rozumieją nie boje się miłości bo jest jak baśń która zawsze ze złem wygrywa nie boje się jej bo jest światłem które noce upiększa nie boje się gdyż nauczyła mnie zrozumieć to co w sercu się tli.2 punkty
-
Witam - dokładnie - niech nas cieszy - dziękuje za czytanie - Pzdr.niedzielnie. Witam - miłość ma cieszyć nie smucić - ona światłem naszej codzienności - Pzdr.serdecznie. @huzarc - dzięki -2 punkty
-
Niestety ,może stety musi być heroizmem. Trochę pomagam społecznie. Sporo ludzi tak myśli. Żyją poniżej ...Nie potrafią, nie umią walczyć o siebie. Żyją bez ogrzewania, wc nawet w Warszawie. Nie jest tego mało. Dziś pada. Napaliłem w kominku... Większość udaje, że Ci ludzie to patologia. Tak nie jest. Są niezaradni,życie to codzienna walka...Pozdrawiam serdecznie. Miłego dnia @Berenika97 @Nata_Kruk Dziękuję Już także nie lubię. Zmieniłem Pozdrawiam serdecznie Miłego wieczoru2 punkty
-
smaki dzieciństwa zostają na zawsze jak posag na dole i niedole z każdym rokiem nabierają wartości wspomnień łącząc podniebienie z sercem2 punkty
-
@Rafael Marius chciałabym, ale raczej tylko piszę wiersze o tym :) @Nata_Kruk lubię takie krótkie formy:)2 punkty
-
Być może formą racji jest nie odbierać mądrości w kategoriach problemu. Mądrość mieni się przecież niekiedy atutem. Ale racją jest również to, że mądrość może być i jest kłopotliwa. Nie pozuje, nie uśmiecha się na ściankach i chodzi własnymi drogami, a nawet niekiedy z domu nie wychodzi. Niejeden wieczorny piątek spędza nad książką, zamiast w centrum miasta wśród uśmiechów zabawowych ludzi. Bywa zamyśleniem w miejsce wesołości i pogody ducha. Utożsamianie mądrości z racją jest z kolei za daleko idące. I bywa, że w bardzo osobliwą stronę. Warszawa – Stegny, 13.11.2025r.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
@lena2_ Podoba mi się metafora posagu - jest naprawdę mocna, bo posag to coś, co dostajesz na start, nie wybierasz tego, i zostaje z tobą "na dole i niedole". Dzieciństwo jako coś, co wnosisz w dorosłość, bezwarunkowo. "Z każdym rokiem nabierają wartości wspomnień" - tu jest subtelna gra, czy to wartość sentymentalna rośnie, czy może te smaki stają się coraz bardziej wspomnieniami (a nie rzeczywistością)? To dwuznaczność, która wzbogaca tekst. Ostatni wers jest piękny. "Łącząc podniebienie z sercem" - to fizjologiczne i emocjonalne jednocześnie. Smak to rzecz cielesna, ale pamięć smaku to już uczucie. Pięknie to ujęłaś.1 punkt
-
DZiękuję za sympatię dla podskoków (też tak kiedyś robiłam ): Pozdrawiam serdecznie @Czarek Płatak @Leszczym @Waldemar_Talar_Talar @huzarc :-)1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne