Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 02.12.2022 uwzględniając wszystkie działy
-
Coś mi wypadło - z pluskiem w kałużę, Mieszając świateł szkic na asfalcie, A przecież kiedyś miałem z tym umrzeć, Lecz niewidzialnym uszło rozdarciem. Czemu bez tego fruwam jak pyłek? Skąd tak ożywczy w mej bryle przełom, Jeśli na wadze nic nie straciłem? Jedynie skrawek czasu przeszłego. Choć mógłbym teraz po tafli wody Do ciebie - jutra ciężarem na dno Biec - dla jej lustra bez żadnej szkody, Jednak nie czekaj - coś mi wypadło.12 punktów
-
Widać uśpienie po kasztanowcach Gnatów gałęzi złamać nie sposób Popiół już sięgnął neonów dworca (Dekompozycja pod warstwą potu) To co zostało w parnym powietrzu Ma coś wspólnego z bliskością gromu Znudzona młodzież (ta w średnim wieku) Ciągle wygląda naszych powrotów9 punktów
-
Osaczonym w kołowrotku czasu kart omszałe zwoje wióry niespodzianek panoszy się licho przepoczwarza w monstrum i mackami sięga najdalszych zakątków a tam życie czeka podporą spokoju natura jest właśnie gdy wolna od wichrów błogi stan zasiewa żeby tak można każdą cząstkę ciszy roztasować dłońmi nieprzychylnym brzegom grudzień, 2022 Marcin Szymański - dziękuję za inspirację8 punktów
-
Poeta może płonąć nad wierszem, lub patrzeć w pustą kartkę na stole. Umilknąć nagle, wtopić się w przestrzeń, lub rozpiąć swoje skrzydła... sokole (?) Poeta może mieć szczupłe dłonie, i wypalone do cna już wnętrze; natchnione oczy, kosmyk na czole, na wierszowisku ronić swe wiersze. Poetą ciągle targa stary walc, choć nie jest dzisiaj już w dobrym tonie. W dłoni ma pióro, w sercu fortepian, ach... wieczorami w poezji tonie. - 2012-8 punktów
-
Wiośnie za maj i kwitnące sady latu za świerszcze i mosty tęczowe Jesieni za wrzosy i babie lato zimie za biel i piękną wigilię A wam moi mili za to że wszystkim zawsze wierni byliście7 punktów
-
6 punktów
-
Pewien futbolu mistrz z Barcelony nie lubił w piłkę grać przepocony. Twierdził, że klima fryzurę trzyma. Zakatarzony wrócił do żony.5 punktów
-
nawet białe ptaki z dawnych lat omijają rozgałęzione serce nawet zdziczałe poematy potrzebują chwili ratunku rozproszone po świecie nasze konstelacje pragną uczłowieczenia sny błagają o kolejny wstęp nie wiem jak skreślić ostatnie zdanie w tym sezonie zacząć epitafium od pytania w jaki sposób żyć żeby umrzeć ukryta w kąciku ust dopraszam się jednego zielonego spojrzenia w serce proszę o bolesną wieczność skazaną na dożywocie4 punkty
-
Uśmiechnij się Do żarcia nic już trzeci dzień, zabrakło ci pieniędzy, W skarpecie dziura, mokry but, ty żyjesz w skrajnej nędzy, A mimo że ci w oczy piach, nie chowasz swojej gęby, Beztroski rechot ślesz pod wiatr, spróchniałe szczerzysz zęby. Bo obojętnie jaki los i jak cię życie łupie, Ty zawsze z tego w głos się śmiej i miej to wszystko w dupie. Pod wiatr, pod prąd, na skos i wspak do przodu maszerujesz. Nie patrzysz w bok, nie patrzysz w tył i dobrze z tym się czujesz, I źle niekiedy tylko jest, a gorzej rzadko bywa. Hej! Wiwat czas, ten który masz, choć jego wciąż ubywa. Bo obojętnie jaki los i jak cię życie łupie, Ty zawsze z tego w głos się śmiej i miej to wszystko w dupie. Aż przyjdzie kiedyś moment ten, gdy śmierci kosa wściekła Podrzuci w górę, szarpnie w dół, do drzwi poniesie piekła. Ty z biesem raźnie pójdziesz w tan, zakręcisz się z nim w koło, Zaśpiewasz własną piosnkę mu i będzie wam wesoło. Bo obojętnie jaki los i jak cię życie łupie, Ty zawsze z tego w głos się śmiej i miej to wszystko w dupie. Marek Thomanek 14.08.20224 punkty
-
w bielszym odcieniu bieli czarne okładki zakrywasz dłonią zawijasz dzieciństwo w pieluchy obracasz myśli we wszystkie pory roku i nastaje zima wtedy wdrapujemy się na swoje ciała między wyobraźnią a kolejnym słowem jest naga przestrzeń gdzieś w równoległym wszechświecie między tobą a mną kochają się wiersze4 punkty
-
na wyższe piętro z przestronnym widokiem rześkim powietrzem dotykiem nieba bez babrania się w ziemskim błocie najlepiej byłoby na dachu świata lecz kto nauczy mnie latać?3 punkty
-
zostają ślady nie chcę ścierać naniesionego błota czekam kiedy wyschnie jakby nigdy nic rzucam sobie w oczy czasem mi się nie chce trawić łez więc patrzę jak spływają słowa po ścianach zęby lśnią w oczach sąsiadów uśmiechy na wierzchu chowają nałożone tynki na stare dziury straciłam smak gryząc ciastka przy kawie przełykam obojętność widać na bokach jak odkłada się wyjście bez wyjścia każdy czeka następnego dnia a kto poderwie starą dupę gdy się nie rusza z miejsca owsiki3 punkty
-
Malutkiego światełka pożegnanie Zastygła nieskończoność niczym krótka chwila; Ogląda się za siebie, lecz już wszystko na nic. Świeciłaś iskiereczko nad milionem krain, A noc przy twoim blasku najpiękniejszą była. Rozbiło się naczynie, czas się wszystek wylał; Zabłądził rwący potok między okruchami I osłabł, już wysycha, nurt już prawie zanikł… Bez duszy pozostanie potłuczona glina. Gdy gaśnie młoda gwiazda płacze cały wszechświat, Bo łzami usiłuje wskrzesić martwy płomień, Lecz nigdy jeszcze przeszłość drugi raz nie wzeszła I patrzeć musi przestrzeń na przedwczesny koniec. Wysoko, gdzieś na niebie, matka obok dziecka Nadzieję wciąż uprasza; wciąż się tuli do niej. ---3 punkty
-
młodzież już starsza (ta emerycka) gdy na nią patrzę rozkładam ręce bawią się ładnie i to jest wszystko a od nich można wymagać więcej własnych przemyśleń na temat życia choć za komuny nie było łatwo otwarty umysł refleksja bystra a tu cytaty za tv stacją ponoć żyjemy w czasach gdy w cenie jest najważniejsze własne myślenie pozdrawiam3 punkty
-
uwagi jw. poeta patrzy na świat z wysoka dostrzega więcej niż zwykły człowiek na klawiaturę łza skapnie z oka ale z humorem co widzi powie pozdrawiam3 punkty
-
Tutaj załamuje się rtm. Jeśli pozwolisz, zmieniłabym szyk na walc stary i już stopa akcentowa stoi prosto. Wiersz malowany moimi kolorami, zostawiam serduszko i pozdrawiam :)3 punkty
-
chociaż nie mogłem wejść do środka przez otwarte drzwi dostałem swoją szansę w maleńkim oknie życia2 punkty
-
nie powinniśmy ignorować naszych przodków zrzucili łuskę jednak agresja stara przedludzko stara została pierwszy wygrzebany z błota kamień narzędzie czy broń dwa przeciwne krańce naszego świata zaostrzony kij rani miotany szpiczasty grot przebije płuco szybki elektron zwęgla ciało od środka na nic ścieżyny boskiego prawa śliskie cesarskiego bo każdy twór żywy w naturalnym schemacie ofiara - sprawca powszechna przypadłość ludzkich dzieci wierzyć wymysłom oddzielone od skóry macierzystej nie kłamią głęboko wierzą w to co myślą niewzruszenie przeciw naturze2 punkty
-
Leżę na łóżku, gdzie mam chwilę wytchnienia Myślę o tym, czego nie zrobiłem Czasem nie miałem odwagi Czasem się wstydziłem Ale sam wiesz, że marzenia Przychodzą powoli, a uciekają szybko Kolejna zima, którą lepiej przespać Chciałbym wstać, ale nie mogę przestać Bez wyrzutów sumienia Wyrzucam wspomnienia Które przypominają mi Że powinienem być gdzie indziej Teraz widzę jak wiele straciłem Miałem wszystko, lecz się zagubiłem Tęsknię za dawnym sobą Któremu zawdzięczam tyle Po latach zauważamy Dokąd prowadzą nasze ścieżki Wtedy bywa już za późno na zmiany Bo każdy z nas leży spróchniały.2 punkty
-
nasz paskowany latawiec wirował nad krzywym podwórkiem atakował pestkami z wiśni pozycje wroga ocean pływał w kałuży ; pochłaniał nowe ofiary przerażonych dżdżownic i żołnierzyków z kiepskiego plastyku kupowanych w kiosku gdzie siedziała wąsata wydra przebrana za kreta nad naszym stołem w pokoju wygraliśmy dwie wojny z Niemcami radio trzeszczało szumem supernowej z ziemniaka na agrafce a ruski oficer pozdrawiał wciąż satelity na placu zabaw sporo było tych poranków jak na ciebie i mnie i kredowe motyle buszujący w zbożu na skraju miasta dostał od nas złotówkę na pół litra Żytniej ; ostry świat był ciągle daleko ubrany w poduszki ze złymi tygrysami i pięć przystanków na gapę jeszcze nie było podszewki domu, ptaków i różowego nieba przez trawnik przebiegł pies z nogą listonosza a może dozorcy nie lubiliśmy obydwu wtedy powiedziałaś że będziesz mnie kochać zawsze i pojechałaś do Kołobrzegu a ja uwierzyłem latawiec nie chciał lecieć ; nie było wiatru tego dnia2 punkty
-
dedykuję Natce K. podchody przychody odchody trzy słowa o rdzeniu jednakim dziś stały się jednym powodem by wierszyk od czegoś móc zacząć na wstępie wykluczmy odchody choć ziemię najlepiej nawożą lecz pisać się o nich nie godzi zwłaszcza gdy wdepnie ktoś nogą przychody to termin poważny już fiskus dokładnie rozkminia w przypadku podejrzeń zasadnych domiarek natychmiast otrzymasz podchody - harcerska zabawa z kompasem bieganie po lesie podchody to inna też sprawa gdy trop za samiczką poniesie czasami się zdarza odwrotnie samiczka wiedziona urokiem w amoku wciąż goni nie spocznie gdy dorwie - nie mówmy co potem dość rzadko wykwita finezja od lasu lub kawy zaczyna radością nostalgią chce zjednać by zdobyć nasycić otrzymać środków ma cały arsenał fantazja nie widzi już końca w efekcie dzień z nocą zamienia choć chmurno rozświetla blask słońca jak dalej potoczą się losy wariantów jest kilka jak zwykle rozstania i żale głębokie lub szczęście na stałe rozkwitnie oboje przeżyli coś razem i szczęściem spleceni do dzisiaj bogatsi doświadczeń bagażem czy komuś przekażą nić życia a wierszyk zakończyć już pora jak zwykle się znajdą powody trzy słowa o rdzeniu jednakim podchody przychody odchody2 punkty
-
Budzą mnie tysiące spadających liści, zamglonym oddechem zasnuwam okna zapisując na nich infantylne wiersze. Na szczęście do rana znikną, spłyną wraz z bladym słońcem przepowiadającym szare deszcze. Na dni czterdzieści, mimo to nie zbuduję arki zbyt zajęty nocnym łączeniem słów w siebie niepewne wersy. Ostatecznie nagie szkielety drzew zastygną ścięte pierwszym śniegiem, a ten przejaskrawi i wyostrzy wszystkie skłębione myśli.2 punkty
-
zmywam z twarzy maskę dnia myślę gdzie w tym wszystkim byłem ja? grałem uczniem przyjacielem nikim i obywatelem nazwisk lista nie przeminie myślę gdzie w tym wszystkim moje imię? w dzień mozaiki układałem ze słów obcych - ciągiem stałym raz po raz wciskałem "wyślij" myślę gdzie w tym wszystkim moje myśli? myjąc ręce zerkam w lustro a tam - nic bądź nie-mnie mnóstwo do snu pora - hop, do wyra; w noc wariata po dniu świra. 1 XII 20222 punkty
-
2 punkty
-
kiedyś człowiek kochał doceniał też świat dzisiaj biegnie za sławą ciągle mało ma nie docenia małych rzeczy nie potrafi się już cieszyć z ludźmi wokół nie rozmawia to radości już nie sprawia kiedyś listy pisaliśmy o uczuciach i przeżyciach dzisiaj sprzedajemy siebie dzieląc się kadrami z życia wszyscy wokół znają nas choć nie wiedzą o nas nic w nasz byt wkradł się fałsz relacji brakuje w nim daliśmy się zwariować od innych tylko brać ciężko od siebie dawać za szybko mija czas zatrzymajmy się na chwilę dajmy nowe znaczenie życie przecież jest piękne tylko gest nie rzecz ma znaczenie2 punkty
-
To mi się spodobało. Ja się zaliczam do młodzieży w podeszłym wieku :-) Ha ha ha . I z czego tu się śmiać ? :-)2 punkty
-
Mroźny oddech nocy... Wkradła się nocą zima klimat jesienny bielą oszroniła Gwiazdy niebieską kopułę rozświetlają Dwoje przyjaciół Jesień Zima walczą o czas swojego istnienia Tak blisko siebie a cele inne Skrupuły prysły Śnieg prószy przysypuje drogę Słychać rozmowy Ludzie się kłócą Padają zarzuty jak w tej przyrodzie Jednostka ważniejsza ... Przyjaźń? Co to za słowa? Utrata ciepła i zrozumienia Bestie przebudza Jej się należy ... Obok istota Jest wszystkiemu winna... Tracimy barwy Tracimy uściski Okrucieństwo spływa poranek się budzi Błoto rzucone pozostaje na twarzy Słowa burzą łączące mosty Chcemy być ważni Uczucia... Uczucia innych są już w śmietniku Czy wygra egoizm bez cienia własnego Przyroda inaczej nam to ukazuje Po mrozie i błocie wiosna przynosi nowe życie Pory roku walczą mostów nie burzą Przenikanie wzajemne tworzy barwne przestrzenie... Mroźny oddech nocy przynosi srebrne kwiaty Słońce jak wstanie płatki pięknego obrazu roztopi.... Ktoś z boku przypomni słowami smutku Że ktoś odszedł na zawsze bez naszego uśmiechu.. LRD2 punkty
-
Witam - miło że czytasz - dziękuje - Pozdr. Witam - no właśnie czy troskliwie - dzięki za czytanie - Pozdr. Witam - no niby tak - miło że przeczytałaś - dziękuje za to - Pozdr.uśmiechem. @Nata_Kruk - @Cvir - @Rolek - pięknie dziękuje -2 punkty
-
Spróbuj łączyć rymem różne części mowy Nie czasownik z czasownikiem zaczęło - przystanęło było - skończyło Nie rzeczownik z rzeczownikiem chwile - pyle Będzie trudniej ale za to jeszcze piękniej i ciekawiej. Serdeczności bez złośliwości :)2 punkty
-
2 punkty
-
Mam pytanie, brak rymu w pierwszej strofie jest celowy? Wiem, że liczba sylab się zgadza, ale jakoś mi to rytmicznie zafalowało, tylko gdy akcentuje "stary walc" tak jakby to było jedno słowo "starywalc" to jako tako pasuje, to był zamierzony zabieg? bardzo podoba mi się tematyka tekstu i to jak jest napisany, co poeta, to człowiek, który się za nim kryje, każdy inny i większość raczej wymyka się stereotypom :) pozdrawiam :)2 punkty
-
Siedzieliśmy na balkonie i zajadali się truskawkami. Na tym samym balkonie jeszcze dwa tygodnie temu, Dyzio wkuwał podręcznik do elektrotechniki okrętowej. — Idźcie stąd, uczyć się nie można! — zawołał w kierunku dwójki dziewcząt przechadzających się ulicą w dole. — A kiedy tu przyjdziecie następnym razem, załóżcie coś na siebie! To były beztroskie dni: dawne kłopoty zniknęły za pierwszym dotknięciem czerwcowego słońca, a tymi co nadejdą nie zawracałem sobie głowy. — Co robimy? — oczekiwał propozycji Grzesiek. Wykupiłem bilet i miejscówkę na popołudniowy ekspres, odjeżdżający następnego dnia, a do tego czasu nie miałem żadnych planów. Może wyskoczymy do Sopotu? Połazimy brzegiem morza, a nuż zdarzy się coś ciekawego. Dopiero wieczorem zdecydowaliśmy się na wypad do Róży Wiatrów. Po drodze spotkaliśmy Krzyśka. Nie było to nam na rękę, ponieważ miał on opinię pechowca i mógł popsuć najlepszą zabawę. Pech trafia się każdemu, jego nigdy nie opuszczał. W marcu mieliśmy egzamin pisemny z informatyki u doktora Bazikiewicza. Był to człowiek strasznie zarozumiały, chyba dlatego, że pracował przez kilka lat w Anglii i zdawało mu się, że należy do kategorii lepszych ludzi. Po powrocie do Polski zachowywał się jak Guliwer w krainie Liliputów: — Zejdź mi z drogi, bo cię rozdepczę! Żebyśmy z nim nie zadzierali, opowiedział nam na jednym z wykładów dobrze znaną historię — jak usadził na wyciągu narciarskim w Szczyrku tego faceta, co chciał się wepchać bez kolejki: — Chamie, złamałeś reguły dżentelmeńskiego zachowania, dlatego mnie te reguły również nie obowiązują. I bach!… gościa po plecach kijkiem od nart. Wszyscy się doktora bali i zakuwali długo przed egzaminem, ja i Krzysiek również. Ostatniej nocy siedzieliśmy do późna. Krzysiek pokazał mi przed pójściem do łóżka wieczne pióro, z którym się nie rozstawał od kilku dni. — Takie pióro uczy dobrych nawyków, porządku, dyscypliny. Jutro wezmę je na egzamin, przyniesie mi szczęście. Wstał wcześnie, tylko zamiast na egzamin, poszedł prosto do kuchni pichcić śniadanie, bo jak powiadał, jego mózg potrzebuje dużej ilości dobrze przyswajalnego białka: smażonej kiełbasy z cebulą, na którą wrzucił olbrzymi kawał żółtego sera, a kiedy ser się rozpuścił na kiełbasie niczym sos musztardowy, wbił na to tuzin jaj. Cebula skwierczała wesoło na zbyt dużym ogniu, dym spalenizny snuł się swawolnie przez otwarte drzwi, zanieczyszczał każdy kąt mieszkania, wypędzając resztki snu. Zeskoczyłem z piętrowego łóżka, ogoliłem się, założyłem mundur, łyknąłem w biegu kubek herbaty-lury i byłem gotowy do wyjścia. Krzysiek wciąż delektował się jedzeniem. — Pospiesz się, egzamin za dziesięć minut — zawołałem do niego z klatki schodowej i pędziłem w dół na złamanie karku, bo na windę nie można się było doczekać. Krzysiek zawiązywał krawat przed lustrem, potem sięgnął po pióro, włożył je bez pośpiechu do wewnętrznej kieszeni marynarki, lecz wówczas z niewyjaśnionych przyczyn pióro eksplodowało, rujnując kompletnie całe ubranie. Zdążyłem w ostatniej chwili: doktor Bazikiewicz stał przy drzwiach i odmierzał czas sekundnikiem swojego Rolexa. Punktualnie o dziewiątej zamknął drzwi i przekręcił klucz w zamku. Po drugiej stronie ujrzałem Krzyśka: zrozpaczony pociągnął za klamkę, drzwi nie puszczały. — Chłopaki otwórzcie! Panie doktorze, proszę zaczekać, tylko minuta! Ale pan doktor stał nieporuszony, obserwując szamotającego się Krzyśka chłodnym okiem naukowca. — Brama zamknięta, statek odpłynął… Po tych słowach podszedł do tablicy i dał znak, że mamy zaczynać. Innego razu, Polska grała na mistrzostwach świata w Meksyku z Brazylią. Oglądaliśmy ten mecz w akademiku, w kilku pokojach z telewizorami i pilnowaliśmy, żeby Krzyśka nie było w żadnym z nich, bo jeszcze przyniesie pecha biało-czerwonym. Zdesperowany latał po całym budynku, z piętra na piętro, jak kot z pęcherzem, ale przezorni zamknęliśmy drzwi na zamek. Przez trzydzieści minut polski zespół odpierał skutecznie ataki Brazylijczyków i już zaczynaliśmy wierzyć, że uda się nam wygrać jakoś ten mecz. Niestety po wyjściu jednego z oglądających, zapomniano zamknąć drzwi i ten moment nieuwagi drogo nas kosztował. Krzysiek wpadł do pokoju i wsadził głowę przez uchylone drzwi. — Jaki wynik? Zanim ktoś zdążył odpowiedzieć, Sócrates strzelił Polakom bramkę, z karnego. Róży Wiatrów nigdy nie lubiłem, bo uważałem, że to lokal dla starych pryków. Był to pomysł Grześka, który od kilku tygodni nie spotykał się z dziewczyną i wierzył, że jeśli obejrzy jakiś striptiz, to mu to niezaspokojenie przejdzie. Osobiście wolałem dyskoteki w klubie studenckim w Gdańsku, na które przychodziło mnóstwo fajnych lasek, a konkurencji było niewiele. Niestety, uniwersytet również pojechał na wakacje. Gdy weszliśmy na salę wszystkie stoliki była zajęte, a wielu gości miało już nieźle w głowie. Orkiestra grała szlagiery Jarockiej i Krawczyka, na parkiecie wywijało kilka par. Pomyślałem, jaka szkoda marnować taki piękny wieczór, lecz wracać nie było sensu. Stanęliśmy przy drzwiach, w oczekiwaniu na kierownika sali, żeby nas gdzieś posadził. Nieco z boku, pod ścianą, stał stolik na cztery osoby, przy którym siedziały dwie dziewczyny. Wyglądały jakby nie miały pomysłu, co zrobić z czasem. Bez namysłu podszedłem do nich i zapytałem, czy możemy się przysiąść. — Te miejsca są już zajęte — odpowiedziała jedna z nich. Była blondynką o zielonych oczach i pięknych rysach, zrobioną na typ chłopczycy, który świetnie podkreślał jej osobowość. Usta miała mocno pomalowane jaskrawo-czerwoną szminką, co nadawało jej wygląd kobiety podejmującej szybko decyzje, której nie należy się sprzeciwiać. Ubrana była dość sportowo jak na tę okazję. Najbardziej zwracały uwagę białe, dość obcisłe szorty, zapięte czarnym paskiem i odkrywające długie, szczupłe i wyjątkowo zgrabne nogi. „Czemu piękne kobiety muszą być tak aroganckie?” — pomyślałem i dodałem na głos: — A koledzy pewnie zaraz dołączą? Chyba coś ich zatrzymało, bo obserwujemy was od dłuższego czasu. Dziewczyny przysunęły się do siebie i ta druga szepnęła blondynce coś do ucha. — Możecie, ale tylko na pięć minut — powiedziała blondynka i odwróciła głowę, jakby patrzenie na nas było czymś bardzo nieprzyjemnym. Usiedliśmy: ja obok blondynki, Grzesiek koło tej drugiej, a Krzysiek musiał pożyczyć krzesło z sąsiedniego stolika, bo znowu miał pecha. Blondynka spoglądała co chwilę na zegarek, jakby nie mogła się doczekać, kiedy sobie pójdziemy. — Co się tak gapisz, zegarka nie widziałeś? — Zegarek owszem, lecz takiej jak ty, jeszcze nigdy — rzekłem, zatapiając w niej wzrok. — Nie wysilaj się na tanie komplementy. — Nie prawię ci żadnych komplementów, tylko stwierdzam fakty — odciąłem, udając obojętny ton. Jakoś rozmowa się nie kleiła. W końcu Grzesiek postanowił rozładować napięcie: — Czego się napijecie? — My tylko to — odezwała się blondynka, pokazując na dwa puste kieliszki. Miały długą, cienką nóżkę, czaszę jak do białego wina, lecz u samej góry szeroki brzeżek. Wyglądało to, jak efektowna fontanna z kaskadą. — A co to takiego? — Mandarynkowa Margarita. Grzesiek skinął taktownie na przechodzącego obok kelnera i uprzejmym tonem poprosił: — Dwie marga… — Margarity — podpowiedziała blondynka. — A dla panów? — spytał kelner. — To co zwykle. Podano alkohol. Dziewczyny sączyły przez słomkę, my wypiliśmy szybko, jednym wrzutem. Byliśmy gotowi zawołać znowu kelnera, ale woleliśmy zaczekać, bo jeszcze sobie pomyślą, że przyszliśmy tutaj pić. Trunek szybko krążył po ciele i zrobiło się nieco przyjemniej. Orkiestra zagrała, solista w czarnych okularach, choć światła były przyciemnione, zaintonował nieco zachrypniętym, lecz interesującym głosem: Jolka, Jolka, pamiętasz lato ze snu, Gdy pisałaś: „tak mi źle…” Grzesiek spojrzał na blondynkę. Musiał uchwycić w jej twarzy coś zachęcającego, bo wstał i poprosił ją do tańca. Nie odmówiła. Zostaliśmy w trójkę. Krzysiek siedział bokiem, metr od stołu, z miną nieudacznika, którą mógł wystraszyć największego kaszalota. Nie miałem ochoty tańczyć z tą drugą; nie, żeby tak w ogóle, ale czułem się, jakbym przegrał walkę o pierwsze miejsce, a nagroda pocieszenia nie wchodziła w grę. Jednak nie wypadało jej nie poprosić. — Zatańczysz? — Nie tańczę. — Jak to, nie tańczysz? Masz złamaną nogę? — Po prostu, nie tańczę. Przyjrzałem się jej uważnie: miała niezbyt długie, brązowe włosy i tego samego koloru oczy, podkreślone dobrze dobraną kredką. Ubrana była w sukienkę, odcinaną w talii i związaną gustowną kokardą, u dołu załamującą się i bufiastą, zakrywającą kolana. Błękitno-liliowy kolor sukienki znakomicie harmonizował z jej karnacją. Na stopy włożyła lśniące, srebrzyste sandały na koturnie i niezbyt wysokim obcasie, zapięte paseczkiem wokół kostki. Styl i krój wskazywał, że całość musiała pochodzić z wykwintnego butiku. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat, wyglądała na przyzwoitą dziewczynę, to skąd ją stać na takie drogie ciuchy? Nie była brzydka, lecz nie miała jednak tego, co ostatecznie jest niekwestionowaną bronią kobiecą, przyciągającą mężczyzn jak magnes. A może tylko nie chciała tego pokazać. — Nie wierzę ci. W życiu nie spotkałem kobiety, która nie lubi tańczyć. Prędzej uwierzę, że nie jesteś kobietą. — A wierz sobie w co chcesz — odpowiedziała, jakby nie miała ochoty na rozmowę. Niezrażony, przysunąłem krzesło bliżej i zwróciłem jej uwagę na tańczących: — Popatrz tam, na swoją koleżankę, czy nie wygląda na zadowoloną? A ty, siedzisz na tym krześle chyba już od godziny… Jutro będziesz tak siedzieć w pracy cały dzień, i kolejny dzień, i jeszcze jeden dzień, aż nadejdzie dzień, kiedy zapytasz siebie: na co takiego czekałam? Taniec to jedyny sposób, aby być blisko siebie, nie tracąc wolności, nie robiąc niczego, czego byś żałowała. Nie odezwała się słowem, siedziała nieruchomo, a zamiast odpowiedzi posłała mi zdawkowe spojrzenie — to typowe spojrzenie smutnej i samotnej osoby, która nie potrafi się przebić przez jakąś niewidzialną barierę. Grzesiek z blondynką zakończyli udaną serię i gdy tylko usiedli wiedziałem, że torpeda nie chybiła: jeszcze tej nocy pójdzie na dno jedna fregata, i to jaka! Zamówiliśmy następną kolejkę, lecz zanim podano, Grzesiek pociągnął swoją partnerkę na parkiet. Odprowadziłem ich wzrokiem: dobrana z nich para, a ja, co tutaj robię? Starałem się uzbroić w cierpliwość, żeby przetrwać ten nieudany wieczór, gdy wówczas powoli, ociągając się, wstała od stołu. Zareagowałem natychmiast i poprowadziłem ją za rękę środkiem sali, między tańczące pary, gdzie było jeszcze trochę wolnego miejsca. Orkiestra aranżowała piosenkę będącą kiedyś wielkim przebojem: szybki rytm na dwa; drugie uderzenie z ledwie wyczuwalnym opóźnieniem, pozwalającym na subtelne kołysanie bioder; pierwsze wystarczająco mocne, żeby zamaskować nieśmiałość jej kroków. Nie tańczyła źle, była tylko trochę spięta i po kilkunastu taktach poruszała się swobodnie. Nagle sala zniknęła, wszystko dookoła również: byliśmy tylko my, cudowną magią rytmu i melodii przeniesieni w inny świat. W każdym ruchu naszych ciał więcej było słów, niż zdążyliśmy sobie powiedzieć, a właściwie: chcieliśmy powiedzieć; z każdą chwilą jej kroki stawały się pewniejsze, ruchy silniejsze, jakby zamierzała dać mi znać: jestem gotowa prowadzić. Gdy muzyka ucichła, na jej twarzy pojawił się lekki żal, że piękny sen skończył się tak nagle. Orkiestra wykonała tusz, co było sygnałem do największej atrakcji programu: światła przygasły i na salę wbiegła striptizerka. Była dość korpulentna i nie pierwszej młodości; widocznie właściwościowi lokalu biznes szedł nie najlepiej. Miała na sobie czarny, obcisły kostium, odsłaniający nieomal całe piersi i pośladki, z tyłu fikuśny pomponik, na głowie sterczące uszy króliczka. Długie, tlenione na blond włosy, proste u góry, opadały falami na nagie ramiona. Tancerka wykonywała namiętnie egzotyczną sekwencję flamenco, przerywaną co chwilę głośnym akcentem perkusji, po którym zrzucała część ubioru, dramatycznym gestem, przy akompaniamencie niekrytych zachwytów męskiej części publiczności. Za każdą odsłoną natężenie światła malało o kilka luksów. W chwili kiedy miała zdjąć ostatni fragment ubioru, na co wszyscy czekali w napięciu, światło zgasło i sala pogrążyła się w ciemności. Rozległy się gwizdy i pomruki niezadowolenia, a gdy światła rozbłysły ponownie, tancerki już nie było. Utkwiła we mnie duże, piwne oczy, nie bez odrobiny przyjemności z mojej strony. — Powiedz, co cię skłoniło do wybrania pracy na morzu? — spytała już bez cienia wcześniejszej obojętności. Odczekałem chwilę, aż wrzawa na sali ucichnie. — Kiedyś przeczytałem taką książkę o marynarzu, co zakochał się w dziewczynie. — To brzmi dość banalnie. — Tak, tylko, że on był ubogi i niewykształcony, ona pochodziła z wyższych sfer. — To już trochę lepiej, a dalej? — Zaprosiła go do domu, w którym miała bibliotekę: na czterech ścianach półki, wypełnione na całej długości mnóstwem książek. Patrząc na tytuły pomyślał, że gdyby przeczytał wszystkie, to mógłby się nauczyć mówić językiem osoby wykształconej i dorównać jej poziomem. — To miał ambitny cel. Czy go osiągnął? — zapytała rozglądając się po sali, jakby ta historia zbytnio jej nie wciągała. — Tak, ale nie było mu łatwo. Musiał zarabiać na utrzymanie, harując w pralni. Czytał w każdej wolnej chwili. Skonstruował w łóżku rodzaj ostrogi, która mu się wbijała w plecy gdy zasypiał. Wtedy się budził i czytał dalej. — To straszne, a ona, co na to? — Radziła mu, żeby poszukał regularnej posady, choć sama nigdy w życiu nie splamiła rąk pracą. — I czy posłuchał jej? — Nie, bo czuł w sobie siłę i talent, jakich nie mieli inni. Postanowił zostać pisarzem, bo tylko wtedy mógłby zapewnić jej życie jakiego pragnęła. Orkiestra zaczęła wygrywać głośno w rytmie polki. Przysunęła się blisko, żeby nie zgubić żadnego słowa. — A to dopiero… Czy mu się udało? — Nie od razu. Wszystko co napisał odsyłano z początku, że niby nie nadaje się do druku. Ale on się nie zrażał i pisał dalej. A oni dalej mu odsyłali, aż z tych maszynopisów uskładała się niezła sterta… Odczekałem chwilę widząc, że na jej twarzy maluje się autentyczne zaciekawienie. — W końcu nadszedł list, lecz nie w dużej, szerokiej kopercie, do której wkładano odrzucone maszynopisy, ale w podłużnej i cienkiej. Otworzył ją, a w środku był czek na ogromną sumę. Jednego dnia stał się bogaty i sławny. — A ona, czy wciąż myślała o nim? — Dowiedziała się o tym z gazet, bo był najlepiej zarabiającym pisarzem w Ameryce i postanowiła go odwiedzić. Tyle, że on już nie wynajmował ciasnej nory, ale mieszkał w luksusowym apartamencie, w najdroższym hotelu. Zatrzymałem się na chwilę, żeby zaostrzyć element dramatyczny. Zareagowała natychmiast: — Nie przerywaj. Chcę wiedzieć jak się skończyło. — A więc poszła do tego hotelu. Widząc go, rzuciła mu się w ramiona i zawołała skruszonym głosem: „Martin, kocham cię, zawsze ciebie kochałam!” A on patrzył na nią zamglonymi, nic nie widzącymi oczami i odrzekł: „Ruth, nie kochasz mnie. Kochasz moje pieniądze, kochasz moją sławę”. Popatrzyłem na nią z odrobiną współczucia, bo na jej twarzy zauważyłem lekki wyrzut, jakby czuła się współwinna i odpowiedzialna za słabość i brak wiary tamtej, o której jej opowiadałem. „W końcu też jest kobietą” — pomyślałem. — I tak książka się kończy? — spytała niepocieszona. — Właściwie tak, bo już więcej jej nie zobaczył, a przez to jego życie utraciło sens. Gdy to zrozumiał, wybrał się w podróż ekskluzywnym liniowcem, żeby zapomnieć tam o niej. — Czy można wymazać z pamięci kogoś, kogo naprawdę się kocha? — zamyśliła się, lecz kiedy nic nie powiedziałem, dodała: — Ale przerwałam ci, przepraszam. Mów dalej. — Żeby przestać o niej myśleć, spał całymi dniami na pokładzie, później wracał do kabiny i tam też spał, aż w końcu nie mógł spać, bo spanie męczyło go bardziej niż życie. Jednej nocy otworzył okienko w kajucie i skoczył do morza. — Utopił się? — Wpierw musiał oszukać instynkt życia: zaczerpnął powietrza, ile płuca mogły pomieścić i zanurkował na samo dno, zbyt głęboko, żeby mógł wypłynąć stamtąd żywy. Zapadło milczenie. Orkiestra skończyła grać i ta nagła cisza miała w sobie coś przygnębiającego. — Nie rozumiem, jak taka smutna historia mogła cię zainspirować? — Bo ja wiem… Dokonać rzeczy niemożliwej: to mnie pociągało. Był silny, honorowy… Nawet gdy przegrał, wolał zginąć, niż się poddać. — Ale żeby do tego stopnia się wczuć w książkę, która przecież jest fikcją? To okropnie nieracjonalne. — Możliwe, ale ja brałem ją za najszczerszą prawdę. Uwierzyłem, że jak on, będę pływać na okrętach, później to opiszę, a kiedy zdobędę sławę i nie będę wiedział co zrobić z pieniędzmi, strzelę sobie w łeb. — Głuptas z ciebie. Patrzyliśmy sobie w oczy, zupełnie inaczej niż jeszcze kilka chwil temu: ona śmiała się entuzjastycznie, a ja siedziałem z lekko opuszczoną głową, skupiony i poważny. Czyżby dostrzegła we mnie coś, o czym ja sam nie wiedziałem? Było już po dziesiątej i lokal zaczął się wyludniać. Należało się naradzić, co robić dalej. Przypomniałem sobie, że kobiety na każdej randce, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, udają się do toalety i to zawsze razem. Pewnie jak my, żeby się naradzić. Wystarczyło tylko poczekać na ten moment. — Krzychu, zamów no jeszcze jedną kolejkę — nalegał Grzesiek. — Tam przy barze, bo nim podejdą do stolika, będzie już po imprezie. — Ale za te ich koktajle płaćcie sami — odrzekł Krzysiek rozdrażniony. Cały wieczór siedział bez słowa, jak niemowa i teraz musiał wyładować złość. — Już i tak niemal całą kasę wydałem… Jeszcze zabraknie mi na bilet. — Nie bądź sknera. Takich dziewczyn nie uświadczysz na swojej wsi. Gdy tylko się oddalił, siadłem koło Grześka, żeby nie przekrzykiwać muzyki, puszczanej z taśmy, ponieważ zespół występy już zakończył. Było nas o jednego za dużo: o Krzyśka oczywiście. — Ale dlaczego? On ma potworną ochotę na tę, z którą gadałeś tyle czasu. — Ja gadałem, ja się nią zajmę. — Ale on płacił. — To co z tego. Płacić można mewkom, a to są porządne dziewczyny. Nim zdążyliśmy dojść do porozumienia, wrócił Krzysiek niosąc na tacy dwie Margarity oraz to co zwykle. Po chwili nadeszły dziewczyny. Nie usiadły, a blondynka popatrzyła na nas, jakby całe to zdarzenie było pomyłką. — Wybaczcie, ale musimy już iść. Dziękujemy za towarzystwo, miło było. — Jak to, czemu uciekacie tak nagle? Usiądźcie i napijmy się, a potem odprowadzimy was na dworzec, chyba, że mieszkacie gdzieś w pobliżu. Ostatni autobus odjechał pół godziny temu. — Wykluczone, weźmiemy taksówkę. Popatrzyłem na jej koleżankę. Wyglądała na zaniepokojoną, jeśli nie przestraszoną. Odciągnąłem ją na bok i zapytałem, co się stało. — I tak nic nie zrozumiesz… Mówiąc to opadła na krzesło i zakryła twarz rękami, jakby się bała, żebym czegoś nie zauważył. Usiadłem blisko niej i rozmyślałem, jak mógłbym jej pomóc. Milczała, kryjąc z trudem jakiś dziwny lęk w oczach. Dopiero po wielu naleganiach odezwała się z iskierką nadziei w głosie: — Właściwie może mógłbyś… — Jak? — Powiem, tylko nie tutaj… Oni zaraz mogą tu być. — Jacy „oni”? — Dowiesz się, pójdźmy już, żeby nie było za późno. Widząc, że zbieramy się do wyjścia, Krzysiek zaczepił przechodzącego obok kelnera: — Proszę pana, ja to przed chwileczką zamówiłem, ale musimy już iść. Czy mógłby mi pan zwrócić należność? Kelner zmrużył oko. — Przecież jeszcze nie zamykamy, niech pan siada i dokończy. Krzysiek walczył ze sobą przez chwilę, po czym schwycił kieliszek, wychylił go jednym łykiem i pobiegł za nami. Wyszliśmy na dwór. Od morza ciągnęła chłodnawa bryza. Żałowałem, że nie zabrałem marynarki. Nie miałem pojęcia, co ją dręczy, lecz przynajmniej mógłbym okryć jej drobne ramiona, kulące się od zimna. Szliśmy jakiś czas, nie odzywając się słowem. Nagle znieruchomiała, jak gazela wietrząca w powietrzu czyhające niebezpieczeństwo. — Już tam są. Musimy skręcić w prawo, ulicą do placu, na postój taksówek. Prędko! W odległości kilkudziesięciu metrów ujrzałem trójkę żołnierzy w czarnych mundurach i niebieskich hełmach, zapiętych paskami pod brodą. — Przecież to tylko żółwie, a my po cywilnemu. Co oni mogą nam zrobić? — Wam, nic. Popatrzyłem jeszcze raz w ich kierunku. Ten na czele jakby coś zauważył, zatrzymał się i wydawał polecenia idącym za nim. Patrol żandarmerii marynarki pod Różą Wiatrów o tej porze wyglądał dość podejrzanie, dlatego nie namyślając się wiele, przyspieszyłem kroku. Na placu czekała tylko jedna taksówka. Otworzyłem tylne drzwi i puściłem dziewczyny do środka. Grzesiek usiadł z drugiej strony. Krzyśkowi zostało miejsce obok kierowcy, więc kurs był na niego. — Dokąd? — spytał taryfiarz. — Tam gdzie są akademiki studenckie na Grabówku… Pan wie, takie wielopiętrowe bloki… — Ja bym nie wiedział? Mieszkam tu od czterdziestu lat. Ja to miasto… — Dobra, niech pan tyle nie gada, tylko rusza — przerwałem — ale spokojnie, żeby się nie rzucać w oczy. Wyjechaliśmy z placu i odetchnąłem z ulgą. Na tylnym siedzeniu było ciasnawo, więc przytuliła się do mnie. — Zaraz będziemy na miejscu, weźmiesz gorącą kąpiel, rozgrzejesz się — szepnąłem jej do ucha. Nic nie powiedziała, tylko przywarła do mnie mocniej, aż poczułem jak drży. Spojrzałem na jej twarz, oświetloną blaskiem mijanych latarni: była blada jak marmur, oczy pełne rezygnacji. Przed nami drogę zagradzał milicyjny radiowóz, pośrodku pasa stał oficer z latarką w ręku i dawał sygnały taksówce, żeby zjechała na pobocze. Taksówkarz zatrzymał samochód i uchylił szybę w oknie. — Co jest, panie władzo? Jechałem przepisowo. — Państwo wysiądą — rozkazał milicjant. — Pan niech zostanie — zwrócił się do kierowcy. Cofnęliśmy się na chodnik. Stała przy mnie, wciąż tuląc się, ze spuszczoną głową i bezradna, jakby brała udział w znajomej scenie, odgrywanej wiele razy. Oficer podszedł do niej i zdecydowanym, lecz pełnym taktu ruchem, zaprowadził ją do radiowozu. Blondynkę eskortował inny milicjant. Nim zatrzaśnięto drzwi, odwróciła się i rzuciła mi spojrzenie, jakiego się nie zapomina do końca życia. „Jak się nazywasz, gdzie mieszkasz?” — miałem zamiar wykrzyknąć, lecz byli już zbyt daleko. — Panowie, to co, jedziemy na ten Grabówek? — A niech pan jedzie, gdzie pan chce. Nam już nigdzie się nie śpieszy. Podszedłem do taksówki, żeby zapłacić kierowcy za fatygę. — Co pan? Niech pan to schowa. Przecież widziałem wszystko, a na takich jak wy, nie zarabiam. Cześć! Dodał gazu i rozpłynął się w ciemnościach, jak na amerykańskim filmie. Ruszyliśmy w kierunku dworca, skąd do akademika piechotą było tylko kilkanaście minut. Nie miałem ochoty na rozmowę, oni również, więc szliśmy w milczeniu, aż do kolejowego wiaduktu. W myślach zobaczyłem jej twarz, szczęśliwą, taką kiedy tańczyliśmy. Popatrzyłem na gwiazdy gasnące w łunie jutrzenki i nagle poczułem się najsamotniejszą istotą w świecie. — Nie martw się, znajdziemy ją. Wiesz jak miała na imię? Nawet jej nie zapytałem, byłem tak pochłonięty czarowaniem na swój temat. A blondynka, czy zostawiła swój adres? — A co mi tam blondynka — roześmiał się Grzesiek. — Dziś ta, jutro inna. Ale widzę, że ty nieźle się zabujałeś. To jak, nie powiedziała ci? — Ruth — wyszeptałem. — Ruth? — zdumiał się Grzesiek — to tak jakoś po niemiecku… Mijaliśmy przystanek trolejbusowy po drugiej stronie dworca. Torem wzdłuż ulicy, lokomotywa ciągnęła powoli skład wagonów podstawianych do odjazdu. Jednego nie rozumiałem: czemu pozwolili nam odejść? Grzesiek myślał podobnie. — A widziałeś jak ten oficer rozmawiał z nią? Jeszcze nigdy nie byłem świadkiem takich manier u milicjanta. — Słuchajcie, a może to córunia jakiegoś ważniaka? — włączył się Krzysiek. Stanąłem, bo nagle myśl jak błyskawica przeszyła mi umysł. — Ty, czy dowódca marynarki nie ma przypadkiem córki? — Ma, ale ona mogłaby być twoją mamusią. Przecież on jest w stanie spoczynku. — Umarł już, kiedy? — zdziwił się Krzysiek. — Głupi jesteś. Nie umarł, tylko przeszedł na emeryturę. Przecież stopnia mu nie odbiorą… — Nie o tamtego mi chodzi — przerwałem zniecierpliwiony. — To wiceadmirał, a ja mam na myśli starszego na redzie, kontradmirała. Grzesiek wzruszył ramionami, a widząc, że żal mnie nie opuszcza, rzekł przyjacielskim tonem: — Kto wie, gdyby nie milicja, może byłbyś za kilkanaście lat dowódcą floty.1 punkt
-
1 punkt
-
Serce się raduje, dusza trochę smuci, że zima za oknem tak szybko nie wróci. Przez lata szarość drzew w grudniowe poranki. Nareszcie gałęzie ubrane w firanki. Haftowane mrozem szyby na altanie. Ten piękny krajobraz długo nie zostanie. Płatki śniegu w tańcu wirują radośnie. Któż chciałby w tej chwili myśleć już o wiośnie! Sikorki w karmniku szczebiocą wesoło: - Wreszcie pierwszy grudnia! Zima, zima wkoło!1 punkt
-
utraciłem drogę do ciebie znaki straciły sens nawigować nie potrafię ale pamięć utrwaliła twoją topografię nauczyłaś mnie1 punkt
-
Z bajki o muchach morał jest taki, że są zjadane chętnie przez ptaki, Wie o tym motyl, i boża krówka, że muchy łapie też muchołówka. Pewnie nikogo tym nie zachwycę; "dzbanki," rosiczki, i kapturnice... Traszki, ropuchy, tudzież kumaki, szerszenie... jedzą je bez poklaki. I żadnej muszce nick nie zabroni, upstrzyć na róży, bzie, i lewkonii. Chociaż riposta jest nazbyt jawna, tak brzmi podana "ta druga prawda"1 punkt
-
I dobrze, że tak pisałaś :-) Ja zawsze zakładam, że mogę się mylić :-) To, że coś mnie nie pasuje nie oznacza, że jest złe. Rozumiem zdanie i przekaz. I niech tak będzie :-)1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Być może jestem trochę tępawy lecz piszę wierszyki tylko dla zabawy urazić nikogo nie chciałem sylaby jak zliczyć nie znałem poprawię się, nie ma sprawy.1 punkt
-
Walka nigdy się nie skończy, zawiedzeni są naiwni. Głowy we śnie nie myśl złożyć, wszystko wszystkim wszyscy winni. A gdy ciepło się rozlewa, niczym krew z rany na mrozie, smakuj krwii i się delektuj, niech niszczeje od niej odzież. I litości nie oczekuj i nie dawaj jej najbliższym, miałeś życia pełen przekrój, wszystko jest uczuciem niższym. Poczuj ciosy na swej twarzy, wtedy jest bliskości moment, niechaj nikt Cię nie opatrzy, troska mostem jest zwodzonym.1 punkt
-
No cóż, córeczki dygnitarzy i wysokich urzędników mają ciężkie życie, a ich partnerzy są również często narażeni na różnego rodzaju kłopoty i niewygody. Żona, której ojciec jest dowódcą floty? Ależ przed taką trzeba stawać na baczność! 😊1 punkt
-
1 punkt
-
@Alicja_Wysocka dzięki za uwagę B) @GrumpyElf trochę to zajmie, ale przynajmniej mam co w życiu robić jak "ciasno" z tymi zaimkami jeśli można zapytać? i dzięki za ocenę @Giorgio Alani również pozdrawiam cieplutko @Kapistrat Niewiadomski relatable.1 punkt
-
W imię boga i ojczyzny Można kochać swą ojczyznę, się udzielać, dla niej żyć, Czynić tylko co najlepsze, całym sercem przy niej być. Lecz unosić ją nad resztę, siać nienawiść, kłamstwa swąd, Rozdrapywać stare strupy, to szkodliwy, zważcie, błąd. Można szczerze wierzyć w boga – niech on w sercu twoim lśni – Modlić się, ba, krzyżem leżeć, aż do kresu swoich dni. Lecz udawać boską rękę? Słyszysz tam szatański śmiech? Samozwańczy sędzio niebios, oto twój śmiertelny grzech. Można nawet gdzieś w zaciszu, kajać się, bić głową w mur, Jeśli takie spodobanie pleść na gardło swoje sznur. Lecz pozostaw mi mój spokój, nie narzucaj, tyś nie bóg, A on dał mi wolną wolę, a doń wiedzie wiele dróg. Marek Thomanek 24.11.20221 punkt
-
@Radosław widzę, Radku zaczynasz mierzyć się z przymiotnikami. One zawsze w poezji są niczym granat. Najczęściej wybuchają i sieją spustoszenie. Doceniam -- i tutaj zawsze jesteś wyjątkowo wrażliwy i subtelny -- motyw człowieka za wszelką cenę (cenę poezji) poszukującego jakby to nazwać -- stanu absolutnie pozbawionego fałszu. Taki stan jest nadrzędnym nie tylko w poezji. Zresztą, to są jedynie ułamki. Twoją kulturę słowa w kontekście z obcowania z drugim człowiekiem, jak - co zrozumiałe- samym sobą można bez wątpienia nazwać poezją. Wartą uwagi poezją. Poezją nieprzypadkową - A to już jest wiele. Pozdrawiam.1 punkt
-
Ech, to kiedyś przecież było takie miłe. człowiek marzył, chciał od życia coraz więcej śpiewał, tańczył nie ustawał ni na chwilę losy swoje brał odważnie w młode ręce I choć bywam w tej kawiarni pod ukradkiem to nie często takie słowa dzisiaj słyszę stąd uczucie mam zachwytu dość dziś rzadkie gdy ktoś pięknie jak Ty Alu o tym pisze :)))1 punkt
-
Witaj Alu, wiersz trochę inny niż zwykle u Ciebie, bo z bardzo delikatnymi rymami, do tego nieregularnie wkomponowanymi, ale i tak w Twoim stylu, jak zwykle można się podelektować. Zresztą ilość wpisów mówi sama za siebie :) Muszę zgodzić się z uwagą @[email protected] w sprawie "zakłucia", bo to prawidłowe określenie. Word natomiast wcale nie jest taki mądry, jak by się zdawało, w każdym razie dzisiaj. Kiedyś nie było w nim aż tak wielu niejasnych 'podpowiedzi'. Jest jednak na to rada. Trudne wyrazy zawsze trzeba było w nim dopisywać (o co sam się na szczęście upomina - 'Dodaj do słownika'). To samo z innymi programami np. W LibreOffice Writer jest to samo. Poza tym, to nie jest program polski, więc nie wiadomo jaki tam „specjalista” grzebał/pisał/konsultował/tłumaczył pod względem wszystkich aspektów i zasad naszej pisowni i czy przyłożył się, czy tylko wziął kasę? To samo od jakiegoś czasu dzieje się w przeglądarkach. Wystarczy, że zamiast ‘może’ niechcący wpiszesz ‘moze’. W Firefoxie podkreśli na czerwono, ale prawidłowa podpowiedź będzie kompletnie nielogicznie podana, bo dopiero na trzecim miejscu po ‘możne’ i ‘morze’. Od moze do może różnica, to tylko kropka, w pozostałych, to już dość karkołomna droga. Tylko, czyto przypadek? Młodziesz w internecie skrzętnie z nich kożysta, na oguł, bes kąpleksuf. ;))) Serdecznie pozdrawiam PS @[email protected] przepraszam, ale to nie moja wina, że tak się wyświetla Twój nick. Coś mi na orgu zdaje się "zawęża" horyzont ;)) Cały ten tekst początkowo wyglądał tak :)1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+01:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne