Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sensacje XIX i XX wieku, czyli niesamowite opowieści z pokładowego raptularza Złotej Rybki

Miałem dziwny sen. Śniła mi się Złota Rybka. Słowo daję, prawdziwa. Siadła na tym swoim złotym ogonie i patrzy się na mnie tymi dużymi, rybimi oczami. Łypie tak na mnie jednym okiem, jak wigilijny karp świeżo wyjęty z wody na dwie godziny przed uroczystą wieczerzą. Wzrok pełen nadziei na ułaskawienie od wyroku, a pyszczkiem łapczywie wciąga powietrze jak Breżniew na trybunie podczas defilady pierwszomajowej w Moskwie. No więc pytam się jej grzecznie:
- Co ty tutaj robisz? - A ona na to, że chciała ze mną porozmawiać. Widzę, że się męczy, więc zaproponowałem jej szklaneczkę wody.
- Nie denerwuj mnie! - wydęła złośliwie te śmieszne rybie wargi do przodu.
- To normalny objaw jak przechodzę na powietrze - westchnęła głęboko i zatrzepotała długimi, mokrymi rzęsami.
- Czy to prawda, że spełniasz wszystkie życzenia - zacząłem nieśmiało.
- Nie do końca prawda. Tylko trzy - sapnęła i widać było, że doszła już do siebie.
- Trzy, to i tak dużo. A jakie dostajesz najczęściej do spełnienia? - robiłem wrażenie znudzonego, ale uszy nadstawiałem jak zając w kapuście.
- Jak pewnie wiesz, złote rybki żyją tak długo, dopóki spełniają wszystkie życzenia. Czasami kilkaset lat - rozsiadła się wygodnie i widać było, że chce coś interesującego opowiedzieć.
- To był rok 1804. Obsługiwałam samego Napoleona i tego, jak mu tam, no... tego mnicha z Rosji, Putina.
- Chyba Rasputina - wtrąciłem rzeczowo.
- Może. Widziałam go tylko raz, to niech mu będzie i Razputin.
- Ale to łajdak - łypnęła rybimi białkami w stronę sufitu i szybko przeżegnała się lewą płetwą.
- Dlaczego to robisz lewą płetwą - nie ukrywałem zdziwienia.
- To mi zostało z Rosji - wykrztusiła wciągając powietrze przez zaciśnięte skrzela. Widać było, że przeżywała to wszystko na nowo.
- Ledwie uszłam z życiem - mruknęła wyraźnie niezadowolona, rozglądając się ze strachem dookoła.
- Wracając zaś do Napoleona - kontynuowała - pojmali mnie w sieci królewskiej fregaty, koło Marsylii. Wrzucili mnie zaraz do wiadra z wodą i zanieśli do kajuty Napoleona.
- Przybywasz w samą porę, ale jak chcesz odzyskać wolność musisz spełnić moje trzy życzenia - zaczął bez ogródek.
Patrzę na niego i myślę... co to za bikiniarz z takim wielkim naleśnikiem na głowie? Smierdiakowszczina - pomyślałam złośliwie, a on do mnie wprost:
- po pierwsze, chcę zostać cesarzem Francji i to jak najszybciej.
Założył z tyłu ręce i chodził tak jakiś czas po kajucie.
- Tak czułam. Wiedziałam, że żądza władzy jest gwałtowniejsza od wszystkich innych namiętności. Ta cholerna megalomania Francuzów.
- Przewróciłam się na bok w tym wiaderku i udaję, że się topię. Jeden z oficerów wyciągnął mnie na stół.
- Ocucić! - rozkazał Napoleon
- Jaśnie Panie, ale jak? Rybę, wodą!? - panikował oficer pokładowy.
-Jak nie wodą, to prądem, ty,ty...gamoniu! - ryknął przyszły cesarz i doskoczył do stołu.
- No, jak ja usłyszałam o prądzie, to prawie zaczęłam fruwać i szybko sama wskoczyłam z powrotem do wiaderka z wodą.
- Drugie moje życzenie - mówił Napoleon nie spuszczając ze mnie wzroku-
- kiedy będę już umierał, to... chciałbym umrzeć na kobiecie.
- No nie! - myślę - ty stary satyrze. I prawie wiem jakie będzie trzecie życzenie.
- Wstrzymałam oddech...
- Po trzecie, to chciałbym mieć penisa do... do samej ziemi - wykrztusił jednym tchem.
- Chyba do samej podłogi, Panie Generale - zatrwożył się jeden z oficerów.
- No tak, do podłogi - przyznał Napoleon spuściwszy wzrok na pokład, jakby chciał ocenić czy to mu wystarczy.
- Wreszcie cię mam! - pomyślałam, puszczając triumfalnie serię perlistych baniek powietrza na ścianki wiaderka.
- Zaraz tu zrobię z ciebie francuskiego Pigmeja - dyszałam zemstą nurkując z radością na dno. Wynurzyłam się niespodzianie.
- Dobrze - odparłam, patrząc mu w oczy. Wiedziałam, że drugie i trzecie życzenie sformułowane jest nielogicznie i daje szansę na dowolną interpretację.
- Nabrałam powietrza w skrzela i mówię: cesarzem zostaniesz w ciągu czterech dni. Umrzesz tak jak chciałeś, na Helenie, a kiedy zdjął spodnie i zobaczyłam tę miernotę, zatarłam z radością płetwy.
- Ja ci zaraz dam do samej podłogi - pomyślałam jadowicie.
- A teraz - odparłam głośno - penisem dostaniesz do podłogi -syknęłam złowieszczo.
Ten francuski Sylen oblizał lubieżnie te swoje obleśne, mściwe, wąskie usta... Czekali w napięciu i nagle... Napoleon poczuł, że nogi mu się kurczą!
Wszyscy wpadli w panikę, a jeden z oficerów przytomnie złapał wiadro i wyrzucił mnie przez burtę. Moc przestała działać. To go uratowało, ale na dwadzieścia centymetrów " ciachnęłam" go w nogach.
Złota Rybka zamknęła pyszczek i spojrzała mi w oczy...
- To niesamowite! - wykrztusiłem zdumiony i patrzyłem na Rybkę z respektem.
- I tak Wielka Francja dostała Wielkiego Kurdupla - z dumą dodała Złota Rybka
- To znaczy, że wszyscy mężczyźni z krótkimi nogami mają takie kompleksy, jak Napoleon? - wysnułem logiczny wniosek.
- Nie popadajmy w uogólnienia - przerwała moje wywody.
- Jest ich jednak dużo. Ci co czekali do końca na spełnienie życzenia, pracują teraz w cyrkach i rozśmieszają ludzi, ale nie jest ich wielu.
Parsknąłem śmiechem - ale ty jesteś sprytna - nie kryłem podziwu, kręcąc głową.
Zatrzepotała znowu tymi ogromnymi rzęsami, wyraźnie zadowolona z siebie.
- Tak, 17 lat potem Napoleon zmarł na świętej Helenie - odparłem, chcąc popisać się znajomością faktów.
- A widzisz, my złote rybki zawsze dotrzymujemy słowa!
Zamyśliła się na moment.
- Swięta Helena, powiadasz, wydawało mi się, że ta Walewska inaczej miała na imię, ale dobrze, że chociaż ją beatyfikowali. Musiała się kobiecina nacierpieć z tym Napoleonem.
- Chciałem zaprzeczyć. Przecież to nie tak było. Ale ona mówiła już dalej;
Spoważniała nagle. Z tym Rasputinem, to nie było tak łatwo. Ten łajdak chciał mieć takiego długiego penisa, żeby podczas erekcji mogło usiąść na mim trzynaście wróbli, jeden obok drugiego.
- O boże! - wstrzymałem oddech. - I co? I co zrobiłaś?!
- Były kłopoty - odpowiedziała - Jak skrzyknęłam czarami 13 wróbli, to zdębiałam
z wrażenia. U nich, w Rosji, wróble większe jak u nas wrony.
Przykryłem się kołdrą z wrażenia, aż po oczy, jak to mówiła.
- Wytężałam wszystkie siły, ale jak siadł ten trzynasty, to ciągle mu jedna nóżka spadała. Rasputin był wyraźnie rozczarowany. Padałam ze zmęczenia.
Taki seans, wbrew pozorom, kosztuje dużo wysiłku. Patrzę na niego błagalnie
i mówię: bądź rozsądny, przecież nie masz krzywdy...
Pomyślał chwilę, machnął ręką i rzekł: na, charaszo, idi k' czortu!
- Po chwili mnie puścili na wolność. Jak dałam dyla przez Władywostok, to się
dopiero w Zatoce Gdańskiej zatrzymałam.
- Ale dlaczego? - spytałem zdumiony.
- Nie znasz Rosji przyjacielu. Jak się wszyscy dowiedzieli o mnie, to woda aż się gotowała od poszukiwaczy Złotej Rybki. Wędki, drgawice, widły. Co kto miał.
W Kijowie, to nawet jeden chciał mnie prądem porazić, ale na szczęście dynamo
mu się popsuło. Oj, gdyby oni mnie wtedy złapali, do dzisiaj musiałabym tam siedzieć i powiększać im te cholerne penisy - dokończyła z wyraźną ulgą.
- Myślę, że prędzej by wróbli zabrakło - pomyślałem głośno, szybko mnożąc męską populację razy trzynaście.
- Ach, Bóg z nimi, to piękny i zarazem straszny kraj - Złota Rybka przeżegnała się
szybko lewą płetwą.
- W 1959 pływałam sobie w Zalewie Zegrzyńskim i tam też jeden taki mnie złowił.
Do dziś nie wiem kto to był. Trochę było w tym mojej winy. Podpłynęłam do jego łódki i słyszę: - Władek, nie daj się, nawet jak przyjdą nocą i kolbami w drzwi załomocą.
- Wiem, wiem kto to był! - zawołałem z ożywieniem. To jeden z największych poetów rewolucyjnych ówczesnego proletariatu.
- Poeta, powiadasz? - Złota Rybka mówiąc to skrzywiła się, jakby cały dzień w occie pływała.
- Mnie to on wyglądał na kłusownika i takie miał przy tym oczy przekrwione -
- ciągnęła z ożywieniem. Przerwała nagle.
- Władek, a co to za imię? - popadła w zadumę. Przerwałem jej opowiadanie
mówiąc, że wtedy, to było bardzo popularne imię. To była epoka Władków,
Mietków, Józków i Cześków. Teraz jest już inaczej. Przyszła moda na Lechów,
Leszków, Olków i Romków. Chociaż jest jeden wyjątek. Mało, że ma Jan na pierwsze, to jeszcze mówią mu Maria.
- O Boże! - Złota Rybka złapała się płetwami za skrzela. To chyba jakaś hybryda, a może to hermafrodyta? - pytała się jakby sama siebie.
- To muszą być jakieś diabelskie sztuczki - dodała z niesmakiem.
- Tak, masz rację, sądząc po nazwisku, to diabeł musiał maczać w tym swoje włochate paluchy.
Otrzepało mnie na samą myśl o tych włochatych paluchach.
- Nigdy by mnie nie złapał na tę leszczynową wędkę - mówiła dalej.
- Ale drań miał drgawicę.
- Co, tak mu ręce latały? - przerwałem jej na moment.
- Widać, że nie masz pojęcia o łapaniu ryb - mówiąc to Rybka spojrzała na mnie
z politowaniem.
- Ale nie powiem, ręce też mu drżały - zawiesiła głos.
- Jak już mnie złapał, to powiedział: no, mam cię wreszcie suko.
- Bardzo się wtedy bałam.
- Pierwsze moje życzenie - powiedział - to, żeby cała ta woda w Zalewie w wódkę się zamieniła. - aż z oczu mu szły iskry, gdy to mówił.
- Rzucił mnie na dno łódki i łapczywie dłonią nabierał wódkę powstałą z wody.
Było mu jednak mało i niewygodnie, bo nagle powiedział : drugie moje życzenie,
to żebyś to wiosło zamieniła w chochlę.
- I stało się tak jak chciał.
- Jak zaczął pić tą chochlą, to tak łódkę rozkołysał, że morskiej choroby dostałam.
Przerwałam mu mówiąc: masz jeszcze ostatnie życzenie? Widziałam, że ma już dość. I wiesz, co on mi wtedy powiedział?
- No dobrze Złota Rybko, daj jeszcze pół litra stołowej i... spadaj!
- Coś podobnego! - wyszeptałem z trwogą.
- No tak, wtedy, aby walczyć skutecznie z proletariatem, wszyscy musieli być na gazie. To tak, jak Amerykanie, żeby wygrać z Indianami, najpierw nauczyli ich
pić wodę ognistą - dodałem, patrząc się w zamyśleniu przed siebie.
Z tego odrętwienia wyrwał mnie głos Złotej Rybki.
- A ty, czy zastanowiłeś się już nad swoim życzeniem?
Przyznam, że zaskoczyła mnie tym pytaniem.
- Jaa...- zacząłem nieśmiało.
- Tak, ty. Każdy ma przecież jakieś życzenia - przysunęła się do mnie i ciepło spojrzała na mnie tymi swoimi mokrymi oczami.
- Musiałbym pomyśleć - mówiąc to wiedziałem, że gram na czas.
- To pomyśl, niedługo się obudzisz. Nie mamy dużo czasu - nalegała.
- A więc - zacząłem - najpierw chciałbym być słuchawką...
- Coo oo o!! - widziałem, że Złotej Rybce na moment zabrakło powietrza.
- Czy ty przypadkiem nie pracujesz w telekomunikacji! - mówiąc to nie kryła zdumienia.
- Nie, nie taką jak myślisz. Słuchawką od prysznica, w prywatnej łazience, pewnej pół krwi Indianki.
- Tak? A jak się to cudo nazywa - przytupywała nerwowo płetwą po parkiecie mojego pokoju
- To śliczna, śpiewająca mieszanka indiańsko-kanadyjska, Shania Twain.
- Przykro mi, nie znam, ale dobra, to się da załatwić. Co dalej... drugie.
- Drugie moje życzenie, to chciałbym być siodełkiem w pewnym rowerze...
- No nie! Nie wytrzymam! - żachnęła się.
Zbliżyła się do mnie, przystawiając mi płetwę do czoła.
- Czy ty nie masz przypadkiem gorączki? - z troską w głosie badała mnie uważnie swoimi rybimi oczami.
- A po trzecie, to chciałbym być taki malutki jak krwinka czerwona lub leukocyt, a najlepiej taki mały, jak nanorobocik. Chciałbym znaleźć się w organizmie pewnej kobiety, którą muszę dokładnie poznać.
W tym momencie Złota Rybka fiknęła kozła i padła nieruchomo na podłogę.
Poleciałem szybko po wodę. Chlusnąłem na nią całą miednicę. Zaczęła prychać
i krztusić się powietrzem. Wreszcie siadła.
- Jak żyję, to nie słyszałam o takich życzeniach - mówiąc to oddychała, jak ciuchcia
jadąca pod górę.
- Do stu beczek zjełczałego tranu! - wrzasnęła na cały głos.
- I wszystko ma być takie malutkie!? Nic nie chcesz powiększyć! Ja muszę już chyba iść na emeryturę! - krzyczała bijąc ogonem o parkiet.
- Uspokój się. Proszę cię - błagałem, delikatnie polewając ją wodą.
Otrzepała się jak pies po wyjściu z rzeki.
- No dobrze, będzie tak, jak chcesz - sapnęła na koniec zmęczona
- Jeżeli mógłbym cię jeszcze o coś prosić, tak po znajomości - dodałem niepewnie-
- to chciałbym być tym wszystkim, o co prosiłem, tylko dwa dni w każdym tygodniu. Powiedzmy w soboty i niedziele. Wiesz, w poniedziałek muszę iść znowu do pracy. Zgoda?
- Zgoda, niech tak będzie - dodała i uśmiechnęła się życzliwie.
Kiedy możemy przystąpić do realizacji moich życzeń? - spytałem, bacznie patrząc na nią.
- Kiedy? - spojrzała figlarnie - Jak mnie złapiesz! I nagle... plusnęła gdzieś na bok znikając mi z oczu.
Rzuciłem się za nią w pośpiechu. Coś złapałem w dłoń... i wtedy, niestety, obudziłem się. Leżałem na podłodze trzymając dzwoniący budzik.
Spojrzałem mimochodem. Cholera...znowu się spóźnię. Ożesz, w... !!!

Opublikowano

Anno, jak sobie życzysz, ale muszę zamienić się u Ciebie w łazience w mydełko "fa" i przysięgam zniknę kiedyś, ale dopiero po tym, jak się wymydlę... hahaha
Albo w gąbeczkę szybkomknącą po rozpalonym... hahaha
Pozdrawiam Cię fantazjo nieokiełznana. W takiej Parze chyba się sparzę. :)

Opublikowano

dowcipny tekst i użytkowy, sytuacje są autentycznie zabawne, chociaż niektóre aż przedobrzone moim zdaniem. Jedna rzecz, że Rasputin nie żył w czasach napoleońskich, wprawdzie to nieistotne dla tego typu tekstu, ale skoro już wymienia się konkretny rok ;)

Opublikowano

Nie wiem dlaczego, ale mnie to rozśmieszyło ... Rasputina mogłeś odpuścić, chyba że z innego powodu...umieściłeś go dla kasi , to co innego. A poza tym to genialne, powiązania tajne.....widać działają i zachwycam się taką wspanialą wizją subwencjonalną, zwłaszcza przeż te mokre rybusie zimne z co siedzą w akwarium z kaktusem, nie mylić z tuskiem ani z krótko przegubowymi wypasionymi gęsiątkami... strasznie mi się rozpłynęły oczy w śmiechu ... i w formacji żywo poskręcanego moutanta ;)
:))))pozdrawiam , nieprawdoniemównie

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...