Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Śmiali się, że umarł boso porzucony
w piaskownicy. Znaki szczególne –
zawinięty jak ślimak paznokieć, brudne stopy,
rana po wycięciu ścięgna achillesa.
Jego buty leżały sparzone sznurówkami
kilka metrów dalej. Upstrzone kilometrami
próbowały uciec przed oczami gapiów.

Nie zdziwili się, że nikt nie przyjechał
pochować resztek z jego śniadania.
wygrzebywane, wciąż śladowo
współistnieją na palcach, przyciągając
coraz większą rzeszę smakoszy spod ziemi.

Przenoszenie jego „ja” trwało
kilka dni. Najłatwiej poszło z dłońmi. Ich
śladowa ilość została rozesłana pocztą
pantoflową, gdy przeszukiwano mu kieszenie
spodni. Problem stanowił korpus. Wciśnięty
między zamki z piasku prowokował
walkę grabi z łopatkami.

Śmiali się. W końcu umarł boso. Odziany
tylko ich spojrzeniami. Mimo wszystko
jego twarz trzymała fason. Opluwana ziemią
nie drgnęła nawet na moment.

Opublikowano

świetny wiersz, bardzo mi się podoba łączenie pewnych skojarzeń, pozornie dziwnych, nawet w zapisie - w jednorodną spójną całość. Przypomina trochę malowanie z improwizowaniem. Całość jednak spójna i ciekawa.
Jena literówka - po kropce "wygrzebywane", z małej.
Plus, pozdrawiam.

Opublikowano

Dokonujesz pewnego gwałtu na czytelniku, przymuszając go do uczestnictwa w " gapiostwie " - przeczytałem, chociaż z chęcią " odwróciłbym głowę ".
Jestem nieco zaskoczony malarsko - abstrakcyjnymi wrażeniami części czytających - ten wiersz jest konkretny i realistyczny, aż do bólu.
Nieźle.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Lecter... tak chyba muszę stwierdzić, że odczytałeś ten tekst w najlepszy z możliwych sposobów. Faktycznie, tak jak mi zazwyczaj mówi pewna poetka, że moje wiersze są jedynymi, które można namalować (zresztą o tym też tak powiedziała) tak ja sądzę, że lepiej tego nie robić. Właśnie dlatego, że każdy odwracałby głowę od tego obrazu.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


ja, ja mówiłem - o malowaniu z improwizowaniem...
poczułeś się zgwałcony? e tam, nie wierzę. :)

Hajku,to nie jest gra dziwnych skojarzeń, malarska wyobrażnia, improwizacyjna swoboda - to śmierć kloszarda " na żywo " - w tłumku gapiów, w dużych realistycznych zbliżeniach. Mam uczulenie na owo hipnotyczne, bezmyślne gapiostwo ( o tym jest mój " Malewicz od do " ) i rzeczywiście musiałem się przełamać...
On to, autor, uczynił czyli zgwałcił... : ))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


ja, ja mówiłem - o malowaniu z improwizowaniem...
poczułeś się zgwałcony? e tam, nie wierzę. :)

Hajku,to nie jest gra dziwnych skojarzeń, malarska wyobrażnia, improwizacyjna swoboda - to śmierć kloszarda " na żywo " - w tłumku gapiów, w dużych realistycznych zbliżeniach. Mam uczulenie na owo hipnotyczne, bezmyślne gapiostwo ( o tym jest mój " Malewicz od do " ) i rzeczywiście musiałem się przełamać...
On to, autor, uczynił czyli zgwałcił... : ))
Dobrze, to Twoja wizja, nie mam nic przeciwko. Ja to widzę inaczej. I mam do tego prawo, tak jak inni. Nie mówię o sytuacji, gdzie ktoś udaje, że widzi i chrzani zupełnie od rzeczy ;)
Nie zgadzam się tylko z tym, że jedna wizja jest tą "jedynie słuszną".
Odstępstwo może, ale nie musi, dotyczyć tylko Autora. Bywa przecież, że to, co się zakłada na początku, ginie gdzieś po drodze, albo tworzy się coś zupełnie innego i odchodzi od pierwotnej koncepcji. Jeśli efekt jest 100% - towym odzwierciedleniem pomysłu - wtedy jest właśnie ten jeden przypadek, gdzie to autor ma jedynie rację. A może i tu się mylę? Nie wiem.
Wiersz u mnie wyzwolił poczucie uczestnictwa w powstawaniu/oglądaniu świetnego obrazu, złożonego z przedziwnych kształtów:

(...)zawinięty jak ślimak paznokieć, brudne stopy,
rana po wycięciu ścięgna achillesa.
Jego buty leżały sparzone sznurówkami
kilka metrów dalej. Upstrzone kilometrami
próbowały uciec przed oczami gapiów.
(...)nikt nie przyjechał
pochować resztek z jego śniadania.
wygrzebywane, wciąż śladowo
współistnieją na palcach, przyciągając
coraz większą rzeszę smakoszy spod ziemi.
(...)Najłatwiej poszło z dłońmi. Ich
śladowa ilość została rozesłana pocztą
pantoflową, gdy przeszukiwano mu kieszenie
spodni. Problem stanowił korpus. Wciśnięty
między zamki z piasku prowokował
walkę grabi z łopatkami


Jest tu taki natłok szczegółów (zgoda, realistycznych, ale ja napisałem przecież też o "jednorodnej całości") że patrząc na wiersz, jak na obraz zaczynasz się cofać do tyłu, żeby to wszystko objąć wzrokiem. To jak oglądanie "Bitwy pod Grunwaldem". z bliska byłoby czystą głupotą, nie mówiąc o impresjonistach (no, chyba że ktoś chce koniecznie zobaczyć pociągnięcia pędzlem) - nawet szczegóły są wtedy tylko plamami. Efekt widać dopiero po ogarnięciu całości.

No cóż, jeśli Ty nie widzisz w tym obrazie "improwizacyjnej swobody" - tylko "śmierć kloszarda na żywo ", to już nie moja wina. A może i moja - w końcu czasem korzystam z okularów :)
Jeśli chodzi o wiersz mogę też powtórzyć, dokładnie to, co Ty - oczywiście, że On to uczynił, Autor. Ale żeby zaraz tam gwałt.
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Hajku,to nie jest gra dziwnych skojarzeń, malarska wyobrażnia, improwizacyjna swoboda - to śmierć kloszarda " na żywo " - w tłumku gapiów, w dużych realistycznych zbliżeniach. Mam uczulenie na owo hipnotyczne, bezmyślne gapiostwo ( o tym jest mój " Malewicz od do " ) i rzeczywiście musiałem się przełamać...
On to, autor, uczynił czyli zgwałcił... : ))
Dobrze, to Twoja wizja, nie mam nic przeciwko. Ja to widzę inaczej. I mam do tego prawo, tak jak inni. Nie mówię o sytuacji, gdzie ktoś udaje, że widzi i chrzani zupełnie od rzeczy ;)
Nie zgadzam się tylko z tym, że jedna wizja jest tą "jedynie słuszną".
Odstępstwo może, ale nie musi, dotyczyć tylko Autora. Bywa przecież, że to, co się zakłada na początku, ginie gdzieś po drodze, albo tworzy się coś zupełnie innego i odchodzi od pierwotnej koncepcji. Jeśli efekt jest 100% - towym odzwierciedleniem pomysłu - wtedy jest właśnie ten jeden przypadek, gdzie to autor ma jedynie rację. A może i tu się mylę? Nie wiem.
Wiersz u mnie wyzwolił poczucie uczestnictwa w powstawaniu/oglądaniu świetnego obrazu, złożonego z przedziwnych kształtów:

(...)zawinięty jak ślimak paznokieć, brudne stopy,
rana po wycięciu ścięgna achillesa.
Jego buty leżały sparzone sznurówkami
kilka metrów dalej. Upstrzone kilometrami
próbowały uciec przed oczami gapiów.
(...)nikt nie przyjechał
pochować resztek z jego śniadania.
wygrzebywane, wciąż śladowo
współistnieją na palcach, przyciągając
coraz większą rzeszę smakoszy spod ziemi.
(...)Najłatwiej poszło z dłońmi. Ich
śladowa ilość została rozesłana pocztą
pantoflową, gdy przeszukiwano mu kieszenie
spodni. Problem stanowił korpus. Wciśnięty
między zamki z piasku prowokował
walkę grabi z łopatkami


Jest tu taki natłok szczegółów (zgoda, realistycznych, ale ja napisałem przecież też o "jednorodnej całości") że patrząc na wiersz, jak na obraz zaczynasz się cofać do tyłu, żeby to wszystko objąć wzrokiem. To jak oglądanie "Bitwy pod Grunwaldem". z bliska byłoby czystą głupotą, nie mówiąc o impresjonistach (no, chyba że ktoś chce koniecznie zobaczyć pociągnięcia pędzlem) - nawet szczegóły są wtedy tylko plamami. Efekt widać dopiero po ogarnięciu całości.

No cóż, jeśli Ty nie widzisz w tym obrazie "improwizacyjnej swobody" - tylko "śmierć kloszarda na żywo ", to już nie moja wina. A może i moja - w końcu czasem korzystam z okularów :)
Jeśli chodzi o wiersz mogę też powtórzyć, dokładnie to, co Ty - oczywiście, że On to uczynił, Autor. Ale żeby zaraz tam gwałt.
Pozdrawiam.

Ani mi w głowie podważanie twojej wizji, tym bardziej, że przedstawiasz ją w sposób sensowny i klarowny ale też, nie rezygnuję ze swojej... : )
Kiedy piszę, że jestem nieco zaskoczony wrażeniami innych, to nie jest to negacja tych wrażeń, tylko autentyczne zdziwienie takim " rozrzutem " interpretacyjnym.
Tak z ciekawości spytam, mówisz o powstawaniu świetnego obrazu - co na nim widzisz, kiedy oddalisz się na dystans pozwalający na ogarnięcie całości ?
Co do gwałtu, decydujące zdanie należy do " ofiary "... : ))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dobrze, to Twoja wizja, nie mam nic przeciwko. Ja to widzę inaczej. I mam do tego prawo, tak jak inni. Nie mówię o sytuacji, gdzie ktoś udaje, że widzi i chrzani zupełnie od rzeczy ;)
Nie zgadzam się tylko z tym, że jedna wizja jest tą "jedynie słuszną".
Odstępstwo może, ale nie musi, dotyczyć tylko Autora. Bywa przecież, że to, co się zakłada na początku, ginie gdzieś po drodze, albo tworzy się coś zupełnie innego i odchodzi od pierwotnej koncepcji. Jeśli efekt jest 100% - towym odzwierciedleniem pomysłu - wtedy jest właśnie ten jeden przypadek, gdzie to autor ma jedynie rację. A może i tu się mylę? Nie wiem.
Wiersz u mnie wyzwolił poczucie uczestnictwa w powstawaniu/oglądaniu świetnego obrazu, złożonego z przedziwnych kształtów:

(...)zawinięty jak ślimak paznokieć, brudne stopy,
rana po wycięciu ścięgna achillesa.
Jego buty leżały sparzone sznurówkami
kilka metrów dalej. Upstrzone kilometrami
próbowały uciec przed oczami gapiów.
(...)nikt nie przyjechał
pochować resztek z jego śniadania.
wygrzebywane, wciąż śladowo
współistnieją na palcach, przyciągając
coraz większą rzeszę smakoszy spod ziemi.
(...)Najłatwiej poszło z dłońmi. Ich
śladowa ilość została rozesłana pocztą
pantoflową, gdy przeszukiwano mu kieszenie
spodni. Problem stanowił korpus. Wciśnięty
między zamki z piasku prowokował
walkę grabi z łopatkami


Jest tu taki natłok szczegółów (zgoda, realistycznych, ale ja napisałem przecież też o "jednorodnej całości") że patrząc na wiersz, jak na obraz zaczynasz się cofać do tyłu, żeby to wszystko objąć wzrokiem. To jak oglądanie "Bitwy pod Grunwaldem". z bliska byłoby czystą głupotą, nie mówiąc o impresjonistach (no, chyba że ktoś chce koniecznie zobaczyć pociągnięcia pędzlem) - nawet szczegóły są wtedy tylko plamami. Efekt widać dopiero po ogarnięciu całości.

No cóż, jeśli Ty nie widzisz w tym obrazie "improwizacyjnej swobody" - tylko "śmierć kloszarda na żywo ", to już nie moja wina. A może i moja - w końcu czasem korzystam z okularów :)
Jeśli chodzi o wiersz mogę też powtórzyć, dokładnie to, co Ty - oczywiście, że On to uczynił, Autor. Ale żeby zaraz tam gwałt.
Pozdrawiam.

Ani mi w głowie podważanie twojej wizji, tym bardziej, że przedstawiasz ją w sposób sensowny i klarowny ale też, nie rezygnuję ze swojej... : )
Kiedy piszę, że jestem nieco zaskoczony wrażeniami innych, to nie jest to negacja tych wrażeń, tylko autentyczne zdziwienie takim " rozrzutem " interpretacyjnym.
Tak z ciekawości spytam, mówisz o powstawaniu świetnego obrazu - co na nim widzisz, kiedy oddalisz się na dystans pozwalający na ogarnięcie całości ?
Co do gwałtu, decydujące zdanie należy do " ofiary "... : ))
A malowałeś kiedykolwiek jakiś obraz Lecterze? Mogę się założyć, że tak. Nie za bardzo rozumiem to pytanie i do czego jest Ci potrzebna moja odpowiedź, bo rzecz o którą pytasz, nie jest chyba dla nikogo żadną tajemnicą. Wystarczy zaobserwować rysujące/malujące dziecko.

Co jakiś czas wyprostowuje się na krześle i ogląda swoje dzieło. Ale to nie wszystko - przekręca głowę to w jedną, to w drugą stronę, od czasu do czasu zmruży oczy... i zasuwa dalej. :)
To, co w tym momencie wpadło mu do głowy, zaczyna nabierać kształtów. Tak je to wciąga, że zaczyna w pewnym momencie wystawiać z buzi język, gdy nagle słyszy:
- Joasiuuu... i wyprostuj się, dobrze?
- Oj mamooooo...
... i dalej, z naburmuszoną miną, z błyskiem w oczach (język już schowany) wypracowuje jakiś drobny szczególik, koloruje misiowi futerko... i już. Skończyła. Podbiega do mamy i podkładając jej swój rysunek, 10 centymetrów od twarzy, pyta:
- Ładnie? (i co robi mama?)
- Ładnie - mówi, a potem oddala rysunek na odpowiednią odległość i podziwia...
Ale to nie wszystko. W pewnym momencie stawia rysunek przy ścianie odchodzi krok, potem dwa, trzy kroki do tyłu i stwierdza:
- Ale mam zdolną córeczkę!
:)
Ot i cała tajemnica. Podobnie wygląda to u mnie, z jedną różnicą - nikt mnie już tak ładnie nie chwali, nie podziwia świetnie zachowanych proporcji, światłocieni, gry kolorów, skrótów i przeno - śni, różnorodności faktur... itede, itepe. Jednak, niemal wszyscy - drepczą. To w tył, to w przód, mrużą oczy, Tych, co przekręcają do góry... rogami, wypraszam - ignoranci ;p
Do miłego.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ani mi w głowie podważanie twojej wizji, tym bardziej, że przedstawiasz ją w sposób sensowny i klarowny ale też, nie rezygnuję ze swojej... : )
Kiedy piszę, że jestem nieco zaskoczony wrażeniami innych, to nie jest to negacja tych wrażeń, tylko autentyczne zdziwienie takim " rozrzutem " interpretacyjnym.
Tak z ciekawości spytam, mówisz o powstawaniu świetnego obrazu - co na nim widzisz, kiedy oddalisz się na dystans pozwalający na ogarnięcie całości ?
Co do gwałtu, decydujące zdanie należy do " ofiary "... : ))
A malowałeś kiedykolwiek jakiś obraz Lecterze? Mogę się założyć, że tak. Nie za bardzo rozumiem to pytanie i do czego jest Ci potrzebna moja odpowiedź, bo rzecz o którą pytasz, nie jest chyba dla nikogo żadną tajemnicą. Wystarczy zaobserwować rysujące/malujące dziecko.

Co jakiś czas wyprostowuje się na krześle i ogląda swoje dzieło. Ale to nie wszystko - przekręca głowę to w jedną, to w drugą stronę, od czasu do czasu zmruży oczy... i zasuwa dalej. :)
To, co w tym momencie wpadło mu do głowy, zaczyna nabierać kształtów. Tak je to wciąga, że zaczyna w pewnym momencie wystawiać z buzi język, gdy nagle słyszy:
- Joasiuuu... i wyprostuj się, dobrze?
- Oj mamooooo...
... i dalej, z naburmuszoną miną, z błyskiem w oczach (język już schowany) wypracowuje jakiś drobny szczególik, koloruje misiowi futerko... i już. Skończyła. Podbiega do mamy i podkładając jej swój rysunek, 10 centymetrów od twarzy, pyta:
- Ładnie? (i co robi mama?)
- Ładnie - mówi, a potem oddala rysunek na odpowiednią odległość i podziwia...
Ale to nie wszystko. W pewnym momencie stawia rysunek przy ścianie odchodzi krok, potem dwa, trzy kroki do tyłu i stwierdza:
- Ale mam zdolną córeczkę!
:)
Ot i cała tajemnica. Podobnie wygląda to u mnie, z jedną różnicą - nikt mnie już tak ładnie nie chwali, nie podziwia świetnie zachowanych proporcji, światłocieni, gry kolorów, skrótów i przeno - śni, różnorodności faktur... itede, itepe. Jednak, niemal wszyscy - drepczą. To w tył, to w przód, mrużą oczy, Tych, co przekręcają do góry... rogami, wypraszam - ignoranci ;p
Do miłego.

Odpowiedziałeś trochę " obok " mojego pytania - " obraz złożony z przedziwnych kształtów ", to jednak nie to samo co " jednorodna spójna całość " - nie wiem czy to jest misio i jakiego koloru ma futerko... : )
No dobra już cię nie męczę - do miłego, Hajku.
: )
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A malowałeś kiedykolwiek jakiś obraz Lecterze? Mogę się założyć, że tak. Nie za bardzo rozumiem to pytanie i do czego jest Ci potrzebna moja odpowiedź, bo rzecz o którą pytasz, nie jest chyba dla nikogo żadną tajemnicą. Wystarczy zaobserwować rysujące/malujące dziecko.

Co jakiś czas wyprostowuje się na krześle i ogląda swoje dzieło. Ale to nie wszystko - przekręca głowę to w jedną, to w drugą stronę, od czasu do czasu zmruży oczy... i zasuwa dalej. :)
To, co w tym momencie wpadło mu do głowy, zaczyna nabierać kształtów. Tak je to wciąga, że zaczyna w pewnym momencie wystawiać z buzi język, gdy nagle słyszy:
- Joasiuuu... i wyprostuj się, dobrze?
- Oj mamooooo...
... i dalej, z naburmuszoną miną, z błyskiem w oczach (język już schowany) wypracowuje jakiś drobny szczególik, koloruje misiowi futerko... i już. Skończyła. Podbiega do mamy i podkładając jej swój rysunek, 10 centymetrów od twarzy, pyta:
- Ładnie? (i co robi mama?)
- Ładnie - mówi, a potem oddala rysunek na odpowiednią odległość i podziwia...
Ale to nie wszystko. W pewnym momencie stawia rysunek przy ścianie odchodzi krok, potem dwa, trzy kroki do tyłu i stwierdza:
- Ale mam zdolną córeczkę!
:)
Ot i cała tajemnica. Podobnie wygląda to u mnie, z jedną różnicą - nikt mnie już tak ładnie nie chwali, nie podziwia świetnie zachowanych proporcji, światłocieni, gry kolorów, skrótów i przeno - śni, różnorodności faktur... itede, itepe. Jednak, niemal wszyscy - drepczą. To w tył, to w przód, mrużą oczy, Tych, co przekręcają do góry... rogami, wypraszam - ignoranci ;p
Do miłego.

Odpowiedziałeś trochę " obok " mojego pytania - " obraz złożony z przedziwnych kształtów ", to jednak nie to samo co " jednorodna spójna całość " - nie wiem czy to jest misio i jakiego koloru ma futerko... : )
No dobra już cię nie męczę - do miłego, Hajku.
: )
A co tam, odpowiem Ci na to. Przedziwne kształty, to "parzące się sznurówki", "zawinięty jak ślimak paznokieć" i choćby te niesamowite "buty, upstrzone kilometrami". To są dla mnie "przedziwne kształty" Lecterze. Przedziwne z "winy" Autora oczywiście, który tak fajnie je "ubrał".
I z tych właśnie szczegółów wydobywa się owa "jednorodna, spójna całość" w postaci obrazu śmierci - równie dziwnej i niesamowitej, bo w szczegółach "jednorodnie" współgrającej z resztą: - "korpus. Wciśnięty między zamki z piasku prowokował
walkę grabi z łopatkami."

Hey.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
    • @Charismafilos  wiersz nie jest o tym:)) .Zaskakujące skojarzenie ;) Dziękuję  @Marek.zak1

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Dziękuję, nie znałam tego. Sprawdziłam i rozumiem aluzję . Spokojnej nocki;))  @Mel666 Bardzo trafne odczytanie.  Serdecznie dziękuję.  Uściski.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @wiedźma nie wiem czy się nie mylę, ale dla mnie jest to wiersz o przemocy. Psychicznej, fizycznej....ale ukrytej. Tak o nim mysle po pierwszym czytaniu. Jest świetny!
    • ?trwałość pamięci*   upłynnij wymowę cz chupa chups w kwiatek czy chmurkę   od lat podnosi  poziom serotoniny staś dla nel zdobyłby chupsa zamiast chininy    logo zbyt  późno powstało avida słodycz salvadora dolar   galowe logo którego nie czupiają się zegary co zostało  osiemdziesiąt dziewięć    przełom zabrał malarza cukierek poszedł do kosza  papierek pozostał  w dłoni   * Nawiązanie do tytułu jednego z obrazów S.Dalego.
    • @Poet Ka i dziękuję za wszystkie lajki i komentarze. Wiele dla mnie znacza
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...