Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Hanka, wirtualna pokusa z piegami

Właśnie leżę już w łóżku, trzymam laptopa tu, gdzie u Ciebie powinna być gumka(czekaj rozpustnico, ja chyba kupię Ci takie wielkie barchany wiązane pod szyją, bo gotowa jesteś męski ród puścić z torbami, dosłownie), boże, ani majtek ,ani gumki, a ja tu leżę jak pokurcz jakiś i na zmianę: mano destra i mano sinistra... mano...
Jezu, wykończę się chyba! Jak ty umiesz u mnie te motylki płoszyć! Napisze ni stąd ni zowąd, że chyba nie jest niedorżnięta i jak tu człowieku będziesz spokojny. Polucje, zmazy, rozmazy i inne takie podejrzane erupcje, i eksplozje, a efekt taki, że wstaję rano z prześcieradłem, i muszę pod prysznic wchodzić, żeby ten zmięty na sztywno gorset odmoczyć. Albo następny trick. Napisała, że "jeszcze może na nogach się rozkołysać"!? Co, do czorta, to oznacza? Na czym polega ta kołysanka, bo już mnie znowu to cholerne stado motyli obsiadło. Albo zaczyna mi się bawić "cięciwą Erosa". Proszę. Jeszcze trochę, a będziesz miała zaraz pełne ręce roboty. A jak ona umie to wszystko pięknie nazwać. To co tam dopiero w łóżku, podczas prawdziwej akcji...
No widzisz, staram się. Już chciałem słowo- akcji-w cudzysłów zawinąć.
Tak Cię prosiłem, mów prawdę, bo to serum naszego istnienia w cyberprzestrzeni. Nie, Ty ulegasz pewnym emocjom, typowym dla naszej sytuacji. Jak już prawie dochodzimy do orgazmu w naszym pisaniu, a ja wspomnę tylko o swojej miłości i wierności, bo mnie pytasz, u Ciebie zaraz podobnie. Dziki ogień, trzymanie za rączkę, strach przed utratą uczucia i takie tam: och jak mi dobrze, drżę ze strachu czy aby potrwa wiecznie. Taka Joasia d'Arc a nawet Matka Teresa. Nie, Ty jesteś mądrą wrażliwą, porządną kobietą, zupełnie normalną, masz swoje potrzeby i marzenia. Dojrzałą, młodą i o gigantycznym apetycie na życie w/g własnego pomysłu. Odpowiedz mi proszę, czy tylko jesteś tutaj ze względu na moje pisanie? (tak?) (nie?), niepotrzebne skreślić. Czy rzeczywiście wszystko jest tak idealnie u Ciebie w życiu, jak piszesz? Stawiasz mi za moją ocenę twojego id- 6plus, masz wrażenie, że żyjesz w trójkącie i tak naprawdę wcale Ci nie zależy, co robi Twój mąż, bo z Naturą nie będziesz walczyć. Co to oznacza wszystko? Odkrywasz wystarczająco dużo i masz tego świadomość, po to by dwa dni potem stwierdzić, że masz wszystko: czułość, dorżnięcie i takie tam. To po co piszesz mi o tym wszystkim? Umówiliśmy się na pisanie prawdy. Nie mogę Cię oszukać na temat moich stosunków z żoną, tylko dlatego, żeby Cię łudzić, a siebie opluć. Wszystko co piszę to prawda i jestem z tego dumny(z siebie).
Pytasz mnie, że skoro mam wszystko, to co ja tu szukam? Mężczyźni tacy są. Smykałka do przygód, adrenalina,
Nie zdradziłem żony i tego nie planuję, ale nie mogę zarzekać się jak żaba błota, bo to są emocje, namiętności i pewna gra, która może potoczyć się zupełnie nieznanym scenariuszem. A czy jak wchodzę do kasyna, to zakładam od razu, że wygram miliony? Nie, chociaż myśli się i o tym. A czy nie może być tak, że my tu napalamy się na siebie, a przy pierwszym spotkaniu od razu mizeria, obopólne rozczarowanie. W grze nieraz nie ważna jest pula na stole, lecz emocje, stres i niewiadoma, co trzyma w kartach przeciwnik. Proszę Cię nie ściemniaj. Nie jesteś już małą dziewczynką, tylko dojrzałą kobietą, która wie czego chce i ja wiem też. Nie chodzi tu o moralność, czy porządność, bo to mamy na normalnym poziomie, lecz coś, co nazywa się umiejętnością kosztowania drogocennego życia, które mamy tylko raz dane. Nie traktuj tego, jak propozycji seksualnej, chociaż tego do końca nie da się wykluczyć. To prawda o wierności, miłości, zdradzie i namiętnościach. A czasami działa jak lekarstwo i wraca się ochoczo do żony lub męża z nowym uwielbieniem, i pewnością wyboru.
No więc jak, będziesz już grzeczna i znowu zaczniesz pisać prawdę? Nie bądź białą bidulą, bo to masz już za sobą. Pokaż siebie drapieżną, wyuzdaną, ognistą, nieokiełznaną i... uległą. Takie kobiety spędzają sen z oczu wszystkim męskim napaleńcom. Zajrzyj w siebie, w duszę i wyjedź na prerię życia, jak dziki mustang, którego trzeba okiełznać. Prawdopodobnie masz w sobie coś, czego brakuje innym kobietom, a które nigdy nie zaznają szaleństwa, tylko z tego względu, że nikt tego w nich nie odkryje. Ty zaś odkrywasz to w sobie bez potrzeby użycia tropiciela. Powiedz mi, że bredzę, a obiecuję Ci, że więcej do tego tematu nie wrócę.

Odnośnie tematu, dziecka. Wiem, że celnie ulokowałem to pytanie. Ponieważ mówimy sobie wszystko, bez względu na konsekwencje więc także i ten temat poruszyłem. Nie będę Ci robił wykładu kto to jest dziecko w domu, bo jest to dla Ciebie uczucie nieznane i możesz mnie nie zrozumieć. Znamy się krótko i w iście imponującym tempie poznajemy siebie. Tylko najlepszych rzeczy i wydarzeń Ci życzę. Mam od początku do Ciebie dużo sympatii. I powiem Ci krótko. Nie ma ważniejszego wydarzenia w życiu dwojga ludzi, jak ich wspólne dziecko. To miłość, na którą nie musisz czekać, która trwa wiecznie, która ma siłę lawiny górskiej i która przynosi Ci sens, i cel życia w prezencie, w malutkim zawiniątku, którego nie oddasz za wszystkie skarby świata. To twoja cząstka, którą zostawisz Naturze w podzięce za życie, które i Tobie było kiedyś dane.
Powiedz mi, nie brakuje Ci tego? To zmieni Ci cały dotychczasowy świat...


P.S. Ze zdjęciem, to jeszcze nie koniec. Ja chyba tam pojadę do Ciebie i zrobię Ci porządek w tej Twojej piwnicy. W dalszym ciągu czekam na fotkę BUZI, zrozumiano? A niech tam, może być nawet z piegami.
No i żeby "płuca" były widoczne. hihihi :)






Hanka pod namiotem


. Jezu, ale Ty mnie lubisz straszyć! Użyłaś kiedyś tego słowa „wtopa”, jak rozmawialiśmy o ciąży. Boże! Myślę, Hanka jest brzemienna(ze mną?!), trzeba szukać nowej Muzy. No, masz szczęście. Ale proszę Cię nie przesadzaj.
Raz dziennie to nie za dużo jak dla niewiasty po szkole zakonnej? Boże wybacz tej jawnogrzesznicy, bo nie wie co czyni.
Zostanie chociaż coś dla mnie? Proszę Cię skłam mu czasami, że masz migrenę albo biegunkę. Musisz tak codziennie?
Naprawdę. Pomyśl o mnie.

Cieszę się, że mnie tak szybko odmatoliłaś, ale nie wiedziałem, że stolica jest tak zamatolona.
Boże, prof. Miodek przeżegnałby się nogą, co ja z tym matołem wyprawiam.

Jak Ty musisz być zorganizowana, Ty, najbardziej szalona ze wszystkich kadrowych w stolicy, znajdujesz czas na pisanie do mnie maila i jeszcze świntuszysz w nim sprośnie. Ale te baby mają dobrze, po nich w ogóle nie widać, żadnych namiotów czy uwypukleń. No jedynie na mrożonkach w supermarkecie, widać te wielkie, ciekawskie świata, bożonarodzeniowe rodzynki, pod opiętymi T-shirtami. Chętnie dołączyłbym pomiędzy takie towarzystwo ze swoją struclą ma(r)kową... Jejciu, rodzynka z lewej, rodzynka z prawej, a pośrodku te niebieskie oczy, jak u Romy Schneider... Ducha można wyzionąć. Ach, biedna strucla.

Powiedz Hanko, czy Ty tak naprawdę szczerze o tym seksie w tych swoich mailach piszesz do mnie, czy tylko chcesz zrobić przyjemność staremu zboczeńcowi, a tak naprawdę to Cię zupełnie nie rajcuje.

Kiedyś pracowałem w dużym zakładzie w... (6 tys. osób). Gdzie? Milczenie jest złotem. Kadrowa mnie zaczepiła w toalecie i pyta dlaczego się spóźniam ciągle do pracy. Odpowiedziałem, że to przez kobiety, bo się nie wysypiam. Hanko! Reżyser filmu "listonosz dzwoni dwa razy", to mógłby się jeszcze dużo nauczyć. Miała swój pokój. Niedaleko gabinetu dyrektora. Kobieta 30 lat, zamężna. Już w tej toalecie zajrzałem jej głęboko w oczy, tak, że pięty jej prawie zobaczyłem. Ujrzałem tam jeszcze żądzę, bezkresny ocean lubieżnego bagna i rozpusty. Pierwsza zaczęła mnie obmacywać. W obawie, że ktoś przyjdzie poszliśmy niezauważeni do jej pokoju. Cicho przekręciła klucz w zamku i wyjęła go. Przytomna była. Hanka, ja, 21 letni pazera na baby, łaps tę panią kadrową i wtaszczyłem ją na biurko. Ułatwiła mi, bo ręce miała już na mojej szyi. Nie napiszę Ci co dalej się działo. Sodomia i gomoria, jak zwykła mawiać babcia Martyna. Byliśmy względnie cicho; bo było niebezpiecznie, cholernie! Nie zapomnę tylko, jak te papiery fruwały z biurka. Jak latawce, bezgłośnie i rytmicznie. To wszystko nie trwało długo. Nie spotkałem nigdy potem kobiety, która tak szybko doprowadziła się do gotowości i finału. Ekspres - Intercity. Nie gniewaj się, że Ci to wszystko piszę. Ot historia. Dlaczego sobie przypomniałem?
Z trzech powodów. Miała niebieskie oczy, była kadrową i miała na imię jak Ty.( o ile Ty, to Hanka?)
Co to za przypadek. Trudno w to uwierzyć, ale to święta prawda.

Hanko, mam niekiedy wrażenie, że piszecie we dwie te maile do mnie. Z koleżanką? Czy jaźń?
Czasami jesteś cicha jak myszka trzymająca w pyszczku kawałeczek serka, która boi się ząbkiem zgrzytnąć, a czasami jak mi wypalisz w swoim stylu parę zdań, to fotel mi odjeżdża od biurka i nie mogę dojechać z powrotem do komputera...

Hanko, jaki Twój znak zodiaku? Napisałem horoskop, w którym cechy zwierząt przypisuje ludziom. No, żeby tylko nie wypadło na Ciebie, żeś spod Meduzy.

Hanko, nie chrzań mi tu, że nie znasz się na poezji. Jesteś grzeczna i taktowna, jak zwykle. Dobrze ułożona panienka w zakonnym stylu. Czuję teraz, że moja poezja, to chała, a Ty wolisz milczeć. Nawet nie napisałaś, czy coś Ci się chociaż trochę spodobało. Czytałaś na pewno Hanko? Oj biada mi (jak piszesz czasami) z tą moją poezją.

Hanko, a jak Ty jesteś z jakiegoś biura detektywistycznego, trudniącego się udowodnieniem zdrady przy pomocy niesamowitych agentek, które nawiązują romans z gościem a wszystko finansuje jego żona, bo chce zalegalizować w imię prawa nowego oblubieńca. Boże, czyżby to robota mojej małżonki? Być nie może... Robią zdradziecką randkę w hotelu, a kiedy on za chwilę już ryknie z rozkoszy, wpadają agenci z szybkostrzelnymi aparatami i w parę sekund mają dowody na cyfrowych nośnikach, a ta męska, roznegliżowana sierota, stoi zdumiona z dymiącą fujarką na środku pokoju, i nie wie co się dzieje. Panienka wrzuca na siebie służbowe ciuchy i mówi do niego:
”nie ciesz się, orgazm był służbowy i udawany. Wcale nie jesteś taki dobry jak myślisz. Twoja żona ma rację, że chce się ciebie pozbyć. Ślinisz się za bardzo frajerze, musiałam wziąć 2 aviomariny, bo myślałam, że będę rzygać. Wkładaj majtki i zakryj tego mizernego padalca. Adios amigos”.
Szefie, poproszę następne zlecenie...

Hanka, namiot rozbity został przez Ciebie i dla Ciebie. Co ja teraz z tym masztem zrobię? Przykryje go wiaderkiem. Albo nie, najlepiej obłożę go lodem, bo ręce mnie już bolą od tych finałów.
Jak rośnie ciasto, zależy już tylko od gospodyni i od piekarnika! ha,ha,ha.
Hanko, nie musisz wyskakiwać z obcasów, bo nie mam kompleksów wzrostu. Lubię duże kobiety. Moja żona ma prawie 180 cm wzrostu i jest nieźle. Mój rekord z kawalerskich czasów(marzenie jednej nocy-pasażerka mojej taksówki, miała 185 cm. Miałem kłopoty ze złożeniem jej w samochodzie... hahaha, ale zbereźnik! Faceci, to świnie... święte słowa.
Hanko, marketing, reklama, to podstawa sukcesów. Myślę, że "wciągłaś" mnie podstępnie w te rozgrywki. Czyżbyśmy szykowali się na jakieś poza cybernetyczne spotkanie?

Jak Cię czytam, nie mogę zrozumieć skąd u Ciebie tyle erotyzmu w Twoich mailach?
Piszesz, że wszystko masz i na dodatek jesteś dorżnięta... Nie piszesz tego wszystkiego pode mnie? Taka utalentowana literatka jest w stanie bez zbędnych emocji napisać każdy tekst. Coś mi się tu nie zgadza. Badasz mój intelekt, a już prawie jesteś pod namiotem.
Najlepiej by było, gdybyś była jednak niedorżnięta (boże, a cóż to za słowo! Mam wrażenie, że słyszę krajzegę do drewna z motorem 5KW), wtedy wszystko pasi i układa się w logiczną całość.
Hanko, modlę się za Tobą, może będzie Ci wybaczone. Wiem już teraz dlaczego kiedyś mi napisałaś, że straciłaś nadzieję na jakiekolwiek Niebo. Teraz Cię rozumiem, jak mało kto.



Hanko, będzie zdjęcie. Nie byłem jeszcze w Polszy. Bądź cierpliwa. Ujawnię też foto na portalu. Koniec z anonimowością. Tu nie mam nic.
A będzie Twoja buźka? Kiedy? Teraz tyle powodzi, żeby piwnicy Ci nie zalało, a mnie krew! Jesteś chyba jedna taka Hanka w Polsce, która nie ma zdjęć. To się po prostu w pale nie mieści, ale Ty mnie kręcisz!

Hanka, proszę Cię przyłóż się do pisania i pisz do mnie więcej, leniu jeden, bo Cię wymiśkuje, jak Cię tylko dopadnę!
m


Hanka skarżanka


Waaaga! To my się pozabijamy dziewczyno! Bo ja też waga. Nigdy mnie nie wyczaisz, jak tego nie będę chciał sam - proszę Pani psycholog. Ale mi przyłożyłaś o tych obcasach. Co Cię tak grzmotnęło?! Co?
Powiedz mi, o co jesteś taka zła na mnie? Bo jesteś i bardzo się powstrzymujesz. Czuję to.
To co piszę w swoich, prawdziwych zresztą historiach erotycznych, w ogóle się Ciebie nie tyczy, ani nie ma nic z Tobą wspólnego. Niczego nie sugeruję i daleki jestem od analogii, i obrazy. Poczułaś się obrażona?
Przeczytaj sobie jeszcze raz to zdanie co napisałaś w dialogach na cztery nogi. "W jaką bułkę! Całuj mnie wszędzie". Jak to odczytujesz, bo ja wiem od razu, że ta bułka, to jakiś niezrozumiały dla Ciebie wystrzał.
To nie jest bułka tzw. dziabana, mogąca się kojarzyć z innym dziabnięciem. Brakuje mi Twojego komentarza do tekstu - "niewinne zabawy z języczkiem". Wiem, że jak czytasz, to zawsze coś skrobniesz, żeby mi zrobić przyjemność, bo nie wszystkie teksty są takie dobre jak chciałby autor. Nie podejrzewasz mnie o taki spryt i przebiegłość, a ja celowo umieściłem tę bułkę, Bo sama twierdzisz, że nie możesz się doczekać następnych moich tekstów i właśnie to pisanie a nie ja, tak Cię rajcuje. Musiałabyś zapamiętać po przeczytaniu tego tekstu tę cholerną bułkę. Hanka, zrozum, ja się cieszę, że masz dla mnie czas i piszemy sobie nawzajem. Uwierz mi, że wcale nie wymagam od Ciebie czytania wszystkich tekstów. Cieszę się jak gdzieś się wpiszesz i Twoje komentarze są dla mnie najważniejsze. Sprawia mi to wielką przyjemność, ale proszę Cię nie mieszaj do tego Koszałka Opałka, bo on do tej ściemy zupełnie nie pasuje. Nie czytałaś i to wszystko. Nawet rzęsa mi nie zatrzepocze, bo piszemy sobie codziennie i dobrze nam z tym. I nie wracajmy do tego tematu. Proszę Cię.
Nazwijmy to delikatnie brakiem konsekwencji i mimowolnym przejściem z fascynacji moim intelektem do uwielbienia soczystą i zmysłową erotyką naszych zapisów. Jesteś nabuzowana gniewem i niedomówieniami jak mina przeciwpiechotna widząca buta maszerującego żołnierza. Powiedz co tam w serduszku się dzieje?
Nie zaczynasz się nudzić ze mną? Uważasz, że jestem kawał drania, bo co napiszę, to Ty masz wrażenie, że chcę Ci coś udowodnić i wmówić. Nic bardziej mylnego. Opowiadam Ci co mi ślina na język przyniesie. Często moje, jakieś tam, erotyczne farmazony. Jak piszę, że politurę z biurka wycierałem tyłkiem jakiejś kadrowej, Ty od razu nabzdyczona jesteś, jak jeż kolcami. Aha, kadrowa, niebieskie oczy, też Hanka, a więc od Bałtyku po Korbielów i Murzasichle, kadrowe to takie szmaty do wycierania kurzu z biurek.
Bzdura kosmiczna i uogólnienie. Teraz, jak będę walił w stół, to nożyczki schowam do szuflady, bo ciągle się odzywają. Może ta wtopa, to nie w tym kontekście. Zgoda. Ty zamiast zająć się tematem w zdaniu, które miało Cię rozbawić i zadumać, wytykasz mi błędne powiązanie "wtopy" z tematem i ucieka cały uśmiech ze zdania, a był dla Ciebie przecież. Nie wiem, Ty jak przeczytasz tylko słowa ciąża, tak pryska gdzieś wszystko, jak rtęć pod dywan z potłuczonego termometru. Boże, czy ja jestem taki pokręt, że nikt mnie już nie może zrozumieć? Nie mam już siły tak ciągle tłumaczyć, co autor miał na myśli. Zostaw tego matoła w spokoju, dziewczyno. Jak bym mógł chociaż przez chwilę kojarzyć to słowo z Twoją osobą? Spodobało mi się to, jak napisałaś o matołach z metropolii, czym chciałaś mnie, z tzw. prowincji, skomplementować, co Ci się znakomicie udało.
Jak napisałem "odmatoliłaś", to miałem ten komplement na myśli. Jak napisałem jest zamatolona, to cieszyłem się jak dziecko na kolejny neologizm mojego autorstwa. I zapamiętaj to sobie na ZAWSZE. Nigdy o Tobie zdania już nie zmienię, bo wiem kim jesteś. Jesteś nadzwyczajną, wrażliwą dziewczyną o nietuzinkowym poczucie humoru, subtelną, przetaktowną i dobrze ułożoną. Jestem z Ciebie dumny. Gdyby tak nie było, wcale bym z Tobą nie korespondował. Bo ja Cię w 100% rozpoznałem(Twoje pisanie) po kilku zdaniach komentarzy na portalu... (ciach!). Młoda Kobieta jest z pewnością smakowitym kąskiem dla mężczyzny, ale ja wchodzę najpierw do głowy, serca i duszy. Jak tam są puchy, to paruję szybko jak eter i już mnie nie ma. Jak jest przytulnie i zmysłowo, zagnieżdżam się na dobre i dopiero wtedy dobieram się do ciała, żeby posłuchać, jak wrażliwa dusza i świat zmysłów gra tę piękną symfonię rozkoszy. To mnie opętuje i miesza pod deklem.
Wiesz? Nie mam naprawdę kompleksów na punkcie męskich rozmiarów, wręcz same sukcesy w dziedzinie męskich podbojów miłosnych. Chciałem Cię trochę wytestować, a Ty zachowałaś się szlachetnie i taktownie, chociaż wyłożyłem się na grzbiecie jak mały słodki kundelek, pachnący wiatrem i swoją mamą.
Myślałem, biorąc Twoją waleczność i przekorę pod uwagę, że tak zareagujesz:
"Panie Grabicz, to jakieś kosmiczne nieporozumienie! Pisze Pan takie materiały na portalu... (ciach!) o kobietach, które, jak Pan wspomina, lgną do Pana jak znaczek do koperty, a tu okazuje się, że straszny z pana cienias.
Swoją drogą, to gratulujemy Panu fantazji, mistrzowskiego słowolejstwa i szybkostrzelnej wiedzy teoretycznej.
My, kobiety, chętnie damy się posadzić na każdym mężczyźnie, który wypełni nas "obfitością i odpowiednim zasięgiem". Pan niech tworzy dalej, Panie Emilu. Pan wypełnia nam duszę wystarczająco obficie.
Ciało proszę zostawić dla innych. Bo widzi Pan, ci co piszą o seksie, to tylko piszą, a ci co nie piszą, to seks uprawiają. Decyzja należy do nas, kobiet. Subtelna różnica, prawda? Zapewniam Pana, że ta różnica, to jest to, co Panu brakuje. Ile to wyniesie w cm, to proszę to obliczyć w/g wzoru i odjąć od tego co pan ma.

Rok urodzenia
---------------------------------- × współ. wznosu = penis
wzrost plus nr buta

współczynnik wznosu dla tej kategorii wieku 2,1 i to cała tajemnica męskiego kompleksu...

A teraz do tego spotkania. Zmieniasz buty, boisz się siebie, a potem piszesz, że "przecież się nie spotkamy"
Już sam nie wiem, czy nie wystarczy Ci ten "piękny umysł"? A jak ja jestem dzwonnikiem z katedry Notre-Dame? To co, umysł już nie będzie taki piękny?
Nie wierzysz, że jestem nad jeziorem Bodeńskim? Nie skłamałem Cię jeszcze pisząc do Ciebie, ale chyba zacznę, bo i tak mi nie wierzysz. Ostatni raz byłem na święta Wielkanocne. Muszę tu siedzieć, bo potrzebna mi jest kasa. Dziwi Cię to? Całe życie wydawałem więcej niż zarabiałem. Gdybym Ci powiedział ile tu zarabiam, to bałabyś się wchodzić z powrotem na to krzesło, bo zaraz byś znowu spadła. Ciągle jest mało. Co mam Ci więcej napisać? Ze jestem niewolnikiem egzystencji? Galernikiem jak Jan Valjean, ojciec Kozety? Ze jestem tu po to, żeby wszystko, co mam, miało też wszystko? Dlatego tu jestem.
Przestań układać te puzzle, bo to mi przypomina wróżenie z fusów i lanie wosku. Zobaczymy się na skype. Obiecuję Ci to. Nie ma żadnych przeciwwskazań, poza technicznymi. I żadnych poza tym, że możemy wsiąknąć w siebie jak angielska mgła w Tamizę. Dlatego się nie spieszę. No chyba, że widząc mnie powiesz: "phi, to ten specjalista od damskich tyłków? To jakieś nieporozumienie... " Wtedy wyjmę wtyczkę ze ściany.
Jak mam to rozumieć, że boisz się o siebie? Co autor miał na myśli? Dopiero jak Cię capnę w moje lubieżne, obleśne łapska, to powiem: "cześć Hanko, więc jednak żyjesz? I pójdziemy na spacer nakarmić łabędzie. I ręce będą nam drżały, a głosy więzły gdzieś w krtani... A co potem? Dalibóg nie wiem. Ja nie miałem spotkań z kobietą, przy świecach i czytaniem poezji Baczyńskiego. To wszystko i tak ma swój koniec w łóżku, bo tak przekazują sobie uczucia dorośli ludzie. Kobieta i mężczyzna. Spodoba Ci się ten konik, Ty dopieszczona Amazonko... Ciężko Ci będzie z niego zejść!, bo takie są koniki.
Prześlesz mi w końcu to obiecane swoje zdjęcie w bikini?
Tylko nie, jak siedzisz po szyję w wodzie. Nie daj się prosić.
Chcesz, żebym Ci wyśpiewał, co ze mną jest? Seks jest ze mną. Ot co. Pasi? Ale to przecież nie dla Ciebie, bo Ty masz wszystko i nie narzekasz. Skoro tam u Ciebie nie da się nic poprawić, to nic tam po mnie. Ja nie mogę zagrać Ci na gitarze i pić z Tobą czerwone wino a potem zachwycić Cię moją niezłą kolekcją znaczków pocztowych. Musiałbym Cię przytulić. Pytanie tylko po co? Po to, żeby doprowadzić Cię do znanego Ci stanu z twojej alkowy? Ja nie mogę nawalić ani nic popsuć, a jeżeli nie mogę tego zrobić lepiej, wyciągam wtyczkę ze ściany i idę spać. Niech robią to inni. Może nawet lepiej. Kto to wie? Pomyśl o naszym spotkaniu, ale najpierw skype, a potem...hulaj dusza piekła nie ma. Przyglądaj mi się na skype dobrze, żeby potem nie było że "gały nie widziały".
Hanka możesz pisać jeden raz dziennie, jak dotąd, ale więcej dziecko, więcej! Czy ja napisałem, że częściej!!!
Ten początek maila odnosił się do rżnięcia Hanko! Żeby coś zostało dla mnie! Boże, ale pokręt ze mnie! Co autor miał na myśli? Hankę, Hankę i jeszcze raz HANKĘ!!! Czy Ty naprawdę masz tego męża?
Jak można było tego nie zrozumieć. Tak, mnie pogięło o Ciebie.
I powiedz mi naprawdę dlaczego Ty jesteś ze mną, tutaj w internecie? I proszę Cię popłyń, bo się stęskniłem.
Tylko nie bierz gotowych tekstów ze swoich zbiorów lub czegoś, co pisałaś dla tego KOLOSA!!!
Napisz coś dla mnie. Ten ostatni Twój erotyczek dla mnie czytam codziennie:

”Kiedy cię czytam, czuję jak wspinam się tymi słowami leniwie i nachylam się cała nad tobą.
Splatamy ręce a każde z tych słów próbujemy wyszeptać sobie do ucha.
Przywieram do ciebie i mam wrażenie, że jesteśmy tak blisko, że każdy szept zamieni się za chwilę w krzyk.
Więc spadają nam te słowa ze spierzchniętych od braku tchu ust wprost do naszych rąk
i prowadzą je po całym ciele w miejsca, gdzie chcemy, żeby dotykały nas najbardziej... „

A ja tak dopisałem:

”Są czułe jak pocałunki kochanków, wnikają w nas jak promień ciepłego słońca i grzeją pieszczotliwie, muskając nasze zmysły i pragnienia.
Zamknięte w słowa wyznania gorące, sklecone naprędce i byle jak, przetrwają wieczność w bolesnej niemocy wyzwolenia się z milczącego kręgu szeptów, westchnięć i dotknięć, na próżno szukających dźwięku.
Nieme wyznania zaklęte w milczący szereg zwyczajnych słów.

Jak Ci się podoba, ten milczący szelest słów?
Twój fragment jest o niebo lepszy, ale starałem się jak mogłem.
Wiem, że możesz nie mieć czasu. Nie jest ważne, czy starasz się pisać do mnie lecz czy chcesz.
Gdybyś się nie wyrabiała ze wszystkim, to zrób sobie mały urlopik ode mnie. Nie chciałbym, żebyś to traktowała w charakterze obowiązków codziennych. Będzie mi smutno, ale nie chcę abyś dostała zadyszki od "stołecznego tempa".
Chcesz, to przyjadę do Ciebie do biura. Nieznany i niezapowiedziany. Jak petent. Ciekawe czy zorientujesz się, że to ja. Taka sytuacja byłyby niezmiernie ciekawa. Dobrze, niech będzie u Ciebie w pokoju, na tych rombach. Ha,ha,ha
Nikt Cię tam w biurze nie podrywa. Opowiedz dziecko, czy miałaś już jakież propozycje flircików?
Opowiedz. Proszę! Proszę!
I nie bądź już taka zołza. Ale byłaś niedobra w ostatnim mailu. Poczekaj, ja Ci pokażę!
Zobacz jak się kogoś lubi ile się pisze...
I o której...
m.

Opublikowano

Emilu, to się dobrze nie skończy.... albo rozwodem albo ślubem, na jedno wychodzi. Mnie osobiście interesuje, dlaczego w Wielkopolsce lekarze za przebadanie kobiety wystawiają wyższe rachunki niż za mężczyznę, oto fragment:....Policja wysłała ich na obowiązkowe badania przed komisją lekarską. Za przebadanie każdego z nich zapłaciła ponad 550 zł (w przypadku mężczyzn - 553 zł i 50 gr, w przypadku kobiet - 584 zł i 50 gr).
31 zł drożej. Co takiego kobiety w sobie mają, że dla lekarza orzecznika jest warte ponad trzy dychy więcej niż u mnie, na ten przykład? I dlaczego 31, a nie 32 zł? Oczywiście, nie dopuszczam nawet takich wyjaśnień: bo mają rozum, myślą, są inteligentniejsze, dłużej się rozbierają w gabinecie albo po badaniu nie mogą znaleźć bielizny, a roboczogodzina pana doktora kosztuje.Ponownie zapytam więc. Mamy lekarza na poezji.org? Jeśli tak, proszę o sensowną odpowiedź. Bo te głupie znam, j/w.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



:D
:D

zapytam, jestem z lekarskiej klasy !
:)))))))))))))
Magdo, to jest autentyczny fragment z policyjnego forum, gdzie działam pod nickiem Zomowiec. Spytaj proszę, nie mogę się doczekać, bo jak to tak? Jestem trzy dychy mniej warty niż za przeproszeniem jakaś tam psitka?
Opublikowano

Pan, Panie Grabicz, świńtuch jesteś...i uwodziciel! Oj...Ależ ta Hanka Pana inspiruje! Mam mieszane uczucia i opinię o tekście! Znalazłam też (niestety) kilka błędów interpunkcyjnych. A w wierszach Pana jest tak czyściutko i romantycznie. Ale przeczytałam jednym tchem (chacha) Pozdrawiam po dłuższej przerwie:) Para

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dżem dobryyyyyyyy: "Giuseppe Casanova któremu tak zazdrościsz nie był wcale bardzo bogaty ani bardzo silny, a jego epoka znała mężczyzn równie pięknych jak on lub piękniejszych od niego, ale był grzeczny, tkliwy, rycerski i zawsze zdobywał, chociaż czasem mógłby bez tego dopiąć celu, więc o ile chcesz tak jak on, zdobywaj serca kobiet i nie zrażaj się trudnościami. Zacznij od własnej żony" - myśl Andrzeja Bursy. Pan, Panie Grabicz nie jesteś świnia ni uwodziciel, jesteś Pan zdobywca przez " Z" i dla mnie/ z kolegami/ wzór do naśladowania, podziwiania i uwieczniania.
Opublikowano

Po pierwsze- nie użyłabym słowa "świnia" wobec Grabicza, którego teksty sobie bardzo cenię, a faceta prywatnie nie znam, ani wobec nikogo innego na tym forum! Po drugie- nie mogę zazdrościć Autorowi lubieżnych tekstów, bo sam takie piszę! Ojej, wydało się! Jestem chłopczykiem! :) Anna. Ps. Panie Marcinie- nie recenzowałem pańskiego tekstu, ale pozdrawiam!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Anno P. Jesteś zapewne piękną, inteligentną i do tego zgrabną kobietą, bo innych nie ma. Jako prawdziwy mężczyzna / foto pod moim nickiem/ chciałem jedynie zwrócić uwagę, że wszystkie musicie się golić i myć, a nie lizać i iskać, bo byłybyście mężczyznami....
Opublikowano

Magdo, dziękuję Ci bardzo za odwiedziny i cieszę się, że podobały Ci się kolejne przygody z Hanką. Pozdrawiam serdecznie :)


Marcinie, nie wiedziałeś, że niektóre damy przychodzą do ginekologa tylko po to żeby ktoś wreszcie "pogrzebał" do woli? Za taką dodatkową usługę, zacne damy zostawiają parę złotych więcej... a może kiedyś położy na samolocie i zbada grzechostroskopem, odlatując w krainę westchnień, przy których usta zasychają w błogim grymasie? Kto to wie...?
Pozdrawiam Cię Marcinie i kolegów-samouków... hahaha
Marcinie, to nie skończy się rozwodem, bo w miłości najważniejsze jest zaufanie. Są granice, których nigdy nie przekraczam, może właśnie dlatego, że są tak łatwe do przejścia... :)

Anno Paro, powiedz, że to nieprawda, że jesteś chłopczykiem. Jestem absolutnym hetero i nigdy nie śpiewałem w chórze Stuligrosza, ani nie byłem ministrantem.
Dla Ciebie specjalnie:

O ministrancie po denominacji

Mszalne wino i kadzidło
dosyć dawno mu już zbrzydło
lecz gdy dorwał się do tacy
proboszcz zdzielił go po glacy.
Za tę skłonność do bilonu
musi szarpać "sznur" od dzwonu.

Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam portalową hermafrodytę. Popraw mienia, jeśli się mylę... hahaha :) Prywatnie możesz mnie poznać, ale tylko po zmianie płci na żenszczyńską... hihihi

Opublikowano

Emil, fajne te świńskie teksty dla Hanki. To ma oficjalną nazwę - bodaj: seks wirtualny czy coś tam takiego. Nowa pozycja. Modna.
Tylko czy Hance by się podobało, że ten wasz seks upubliczniasz? Może tak... Upodobania są różne na wirtualii.

Masz kilka błędów gramatycznych i interpunkcyjnych. Ale tekst za długi, żebym teraz je wyłuskiwała. Albo sam poprawisz, albo zostaną już na wieczność.

Bardzo mi się też podobają komenty M. Erlina. Są z pazurem i przytupem. ;-DDD

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...