na razie bez tytułu
-
Ostatnio w Warsztacie
-
hollow man 1 457
"Bo wszystkie są tym czym
Były zawsze i będą oczami
Głodne głodne
Zapamiętałe" w degustacji
Skrupulatnym badaniu
Drobnych skurczów twarzy
Gdy kubki smakowe
Wypełniają się
Ciekłym nugatem
0
-
-
Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach
-
Popularne aktualnie
-
- 18 odpowiedzi
- 166 wyświetleń
-
-
Zarejestruj się. To bardzo proste!
Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.
-
Ostatnio dodane
-
Ostatnie komentarze
-
Przez hollow man · Opublikowano
@KOBIETA Nie zapeszaj. Czekam na wynik badania poziomu testosteronu ;) -
Przez Andrzej_Wojnowski · Opublikowano
Pierwszy rok na Politechnice Gdańskiej - wydział chemii. Dlaczego zacząłem studiować chemię. Odpowiedź prosta tylko dla mnie i chyba dla mojej córki. One też zaczęła studiować kierunek którego nie rozumiała . Ona informatykę - systemy inteligentne. Ja chemię - bo jestem mało inteligentny. Początek był dobry. Semestr zaliczony - niby drobiazg, a jednak w tamtych czasach zaliczenie czegokolwiek miało smak przeżycia. Życie w Trójmieście mi odpowiadało. Miasto było większe niż ja, a ja byłem mniejszy niż moje wyobrażenia o sobie. W ciągu dnia: wykłady, zapach kredy i odczynników, bar studencki w piwnicach Gmachu Głównego gdzie konsumowałem szybką bułkę z serem, mortadela czy innym wynalazkiem PRL-u. Studencka codzienność i to nieustanne poczucie, że wreszcie jestem „gdzieś”. Wieczorami: rozmowy, alkohol, dym papierosów, dźwięk rozgłośni studenckiej, imprezy, nielegalne kasety z filmami z za żelaznej kurtyny – oglądaliśmy nie tylko pornograficzne filmy , ale również klasykę typu Czas Apokalipsy czy pierwsza ekranizacja „Diuny” ze Stingiem Davida Lyncha z 1984 roku. Klub „Orbial” w domu studenckim nr. 7 zapewniał również taki repertuar. Co prawda godziny seansów były późne, ale nikomu to nie przeszkadzało. Takie czasy. Każdy miał swój sposób na życie, swoją technikę oddychania w kraju, który oddychał pod nadzorem. Takie czasy. Wystarczyło spojrzeć na twarze w tramwaju, na ruchy dłoni w kiosku, na to, jak ludzie kupowali gazetę i jak ją czytali - szybko, pod kątem, jakby treść mogła zostawić ślad. Było w tym wszystkim coś z codziennej nauki ostrożności: nie wyróżniaj się, nie podskakuj, nie zadawaj pytań w niewłaściwych miejscach. A ja, świeżo zaliczony, świeżo przyjęty do miasta i jego rytmu, robiłem dokładnie odwrotnie. Oczywiście 13 grudnia poszedłem do kościoła św. Brygidy. Sam. Nie wiem do dziś, czy to była kwestia urodzenia, pochodzenia, charakteru, czy może jakaś osobna odmiana niepokoju - taka, która pcha człowieka w stronę wydarzeń, w których może dostać w twarz historią. Wtedy myślałem, że to odwaga. Dziś myślę, że to raczej mieszanka młodzieńczego głodu sensu i naiwnej potrzeby, żeby sprawdzić, czy jestem kimś więcej niż studentem z indeksową tabelką. Moi koledzy ze studiów byli odważni inaczej. Albo mądrzejsi ode mnie. Albo ostrożniejsi - co w tamtym kraju było niemal synonimem rozsądku. Mieli swoje argumenty: „Po co ci to?” „Chcesz kłopotów?” „Masz przyszłość, ucz się”. Ich przyszłość i moja przyszłość wyglądały podobnie: dyplom, praca, może rodzina, może ucieczka w prywatność. A jednak ja nie umiałem wtedy unikać okazji, które pachniały ryzykiem. To brzmi jak poza, ale w tamtym momencie czułem coś prostszego: adrenalinę i chęć wykrzyczenia nie. Tylko komu? Systemowi? Dorosłości? Samemu sobie? Do dziś nie wiem. Kościół św. Brygidy był wtedy czymś więcej niż kościołem. Był znakiem. Miejscem, które system próbował oswoić, a nie potrafił. Symboliczną twierdzą „Solidarności”, schronieniem i sceną zarazem. Tego typu miejsca mają swoją temperaturę: wchodzisz i czujesz, że ludzie oddychają inaczej, że powietrze jest gęstsze od zwykłych modlitw. Na zewnątrz Gdańsk, jak zawsze - latarnie, bruk, zimno, tramwaje. W środku - suma wielu oddechów i spojrzeń. Msza za Ojczyznę. Niby zwykłe słowa, a jednak w tamtych latach to brzmiało jak deklaracja. Ludzie przychodzili nie tylko po pocieszenie. Przychodzili, żeby się policzyć, żeby się zobaczyć, żeby powiedzieć sobie bez słów: „jeszcze Polska nie zginęła”. Było w tym coś z rytuału i coś z mechaniki oporu. Zbierali się ci, którzy nie chcieli zapomnieć, i ci, którzy nie mogli zapomnieć. Nie pamiętam wszystkiego. Pamiętam raczej fragmenty, jak zdjęcia wywołane w pośpiechu. Zimne powietrze na twarzy po wyjściu. Ktoś obok, kogo nie znałem, a z kim łączyło mnie to, że staliśmy w tym samym miejscu w tym samym czasie. Szeptane rozmowy. Ściszone głosy. Czasem krótkie, nerwowe śmiechy - jakby ludzie na moment chcieli oszukać własny strach. A potem to, co zwykle przychodziło po mszy. Plac przed kościołem. Kilkaset osób - mniej niż w poprzednich latach, ale wciąż znacząca grupa. Zgromadzenie, które samo w sobie było już komunikatem: Pamiętamy. 13 grudnia - rocznica stanu wojennego - był wtedy jednym z najważniejszych dni oporu. Rocznice mają w sobie moc: potrafią przywrócić gniew, porządkować wspomnienia, otwierać stare rany. A w kraju, gdzie rany były codziennością, rocznice stawały się punktami zapalnymi. Ktoś zaczął skandować. Najpierw cicho, jakby sprawdzając, czy gardło się nie przestraszy własnego głosu. Potem mocniej. „Solidarność!” -proste słowo, a brzmiało jak cały program. „Precz z komuną!” - hasło bardziej surowe, bardziej wprost. „Uwolnić więźniów politycznych!” - to miało w sobie ten rodzaj konkretu, od którego system dostaje wysypki. W tamtym czasie konkret był niebezpieczny. Pojawiła się próba przemarszu. Ludzie chcieli ruszyć w stronę Huciska, dalej w kierunku Śródmieścia. Jak zwykle w takich sytuacjach było w tym trochę spontaniczności i trochę marzenia. Marzenia o tym, że jeśli pójdziemy razem, to ulica na chwilę przestanie należeć do nich. Że miasto zobaczy. Że ktoś usłyszy. Ale miasto miało też swoje drugie ucho. ZOMO. To słowo do dziś ma ciężar. Kiedy je wypowiadasz, czujesz metal w zębach. Pamiętam ich ruch jak mechanizm: szybki, pewny, z góry zaplanowany. Wchodzili w tłum, rozbijali go, cięli go na mniejsze kawałki, tak jak się rozcina wstążkę - bez emocji, bez wahania, bez rozmowy. Mundury, pałki, tarcze. Hałas, krzyk, ucieczka. Zimno, które nagle przestaje być najważniejsze. Też wtedy dostałem. Pałą. Nie z bohaterstwa. Z prostego faktu: byłem w tłumie. W złym miejscu. W dobrym miejscu, zależy jak patrzeć. Pamiętam bardziej zdziwienie niż ból. Jakby organizm nie nadążał za tym, że dzieje się coś „na serio”. I pamiętam, że tłumaczyłem: „za wolną Polskę”. Jakby słowa mogły zatrzymać kij. Jakby ktoś tam, po drugiej stronie tarczy, chciał rozmawiać. Nikt nie chciał. Wróciłem. Sam. Żywy. Trochę pogubiony. Trochę dumny. Trochę wściekły. Nie wiem, które uczucie było większe. Tak czy inaczej - nigdy nie żałowałem . Dziś, gdy patrzę na to z dystansu, widzę w tym wieczorze jednocześnie dziecinność i coś bardzo czystego: potrzebę postawienia granicy. Nawet jeśli ta granica była tylko w mojej głowie. Czasem myślę o tamtym „nie” i porównuję je z dzisiejszym „nie”. Dziś system też potrafi mnie wkurzać. Też jestem na nie. Tylko że dzisiaj częściej nie mam z kim wyjść na ulice. Ludzie są obok, ale rozproszeni. Każdy w swoim ekranie, w swoim zmęczeniu, w swoim „to nic nie da”. I jeśli już ktoś krzyczy, to często robi to tak, że odbiera krzykowi sens. Współczesne protesty mają swoich liderów, a ja mam w sobie alergię na liderów, którzy robią z ludzi narzędzie albo dekorację. Nie mam ochoty oddawać własnego gniewu w cudze ręce. Zresztą - im jestem starszy, tym częściej widzę, jak łatwo jest krzyczeć, a jak trudno budować. W latach 80. był jakiś Wałęsa. Wtedy nie udzielał takich wywiadów jak dziś. Wtedy był symbolem. A symbole mają to do siebie, że łatwo im wybaczyć, bo symbole nie muszą być mądre - muszą być wyraźne. Generalnie podobno ludzie z wiekiem mądrzeją. Jak widać, nie wszyscy. Czas potrafi dopisać człowiekowi zmarszczki, ale nie dopisuje automatycznie rozsądku. Czasem dopisuje pychę. Czasem gorycz. Czasem teatr. Ja w tamtym czasie nie analizowałem. Nie rozliczałem. Nie miałem skomplikowanych ocen. Byłem studentem, który wyszedł z mszy i wszedł w historię tak, jak się wchodzi w zimną wodę: gwałtownie, bez zastanowienia, z oddechem wstrzymanym z szoku. I to był dopiero początek. Bo 13 grudnia 1984 nie zamknął mi tematu ulicy. On mi go otworzył. Pokazał, że miasto ma swoje podziemne nerwy, że w tłumie człowiek przestaje być samotny, choćby na chwilę. Pokazał, jak szybko euforia zamienia się w strach i jak szybko strach zamienia się w wściekłość. Pokazał, że można wrócić do akademika i jednocześnie nie wrócić do siebie sprzed kilku godzin. A potem przyszła wiosna. Zaliczenia, rozmowy, plotki, wytarte schody na wydziale, zapachy laboratoriów i ta dziwna dwoistość życia: z jednej strony normalność, z drugiej coś, co czai się pod skórą. Wiosna w tamtym kraju nie była tylko porą roku. Była obietnicą, że coś się znowu wydarzy. I wydarzyło się. Pierwszego maja 1985 roku Gdańsk znów miał swoje święto - to oficjalne, sztandarowe, kontrolowane. I swoje drugie, nieoficjalne, prawdziwe - takie, w którym człowiek idzie nie po to, żeby wypełnić obowiązek, ale po to, żeby sprawdzić, czy jego „nie” nadal ma głos. Tamten 13 grudnia był jak pierwszy akord. Taki, który brzmi w uszach jeszcze długo po tym, jak ucichnie muzyka. Pierwszy maja 1985 był już całą piosenką. I o tej piosence chcę napisać dalej. Przez lata miałem swoją prywatną, szkolną metodę na pierwszomajowe pochody. Metodę starą jak PRL, sprawdzoną jak ściąga pod ławką: iść do szkoły, odstać swoje przy zbiórce, policzyć twarze kolegów, a potem - kiedy tylko da się zniknąć bez świadków -rozpłynąć się w mieście. W podstawówce znikało się na lody. W ogólniaku znikało się na piwo. Ten dzień, który miał być obowiązkową radością, był dla mnie obowiązkową ucieczką. Ucieczką od tłumu niesionego na pałeczce propagandy, od sztandarów, które nie należały do mnie, od sztucznego „hurra” w mieście, które na co dzień mówiło szeptem. Ale w 1985 roku pojawiła się nowa możliwość. Drugi wybór, drugi rytm, drugi pochód. I ta wersja pasowała mi bardziej. Może dlatego, że była ryzykiem. Może dlatego, że nie udawała. Może dlatego, że po 13 grudnia 1984 w św. Brygidzie miałem w sobie już ten rodzaj napięcia, którego nie da się rozbroić spokojem akademika. Tamten grudniowy wieczór nauczył mnie, że ulica ma temperaturę, a tłum ma sumienie. Że można dostać pałą i wrócić - nie jako bohater, raczej jako ktoś, komu się na chwilę udało dotknąć prawdy. Wiosna 1985 przyszła więc nie tylko z zielenią. Przyszła z prądem. Pierwszego maja o dziewiątej pojawiłem się na Końskim Targu, gdzie zbierał się pochód antyrządowy. Tłum nie był imponujący. Dziś powiedziałbym: „poniżej tysiąca osób”, wtedy oceniłem to bardziej instynktem niż miarą. Sami młodzi. Ulica wyglądała jak zbiórka przed meczem, tylko bez kibicowskich barw. Było w tym coś wesołego, prawie niewinne poczucie wspólnoty: „idziemy”. Ktoś miał głos do okrzyków, ktoś przyniósł coś, co miało być transparentem, ktoś żartował, że w razie czego „to my tylko spacer”. Było wesoło. Tak jak wesoło potrafi być w kraju, w którym wesołość jest formą nieposłuszeństwa. Ruszyliśmy Końskim Traktem. I to jest ważne: my szliśmy swoją trasą, a tam, na Alejach - Aleją Zwycięstwa - szła oficjalna, „prorządowa” rzeka. Jedna rzeka miała sztandary, trybunę honorową, orkiestrę i uśmiech do kamery. Druga rzeka miała młodość, okrzyki i tę specyficzną mieszankę brawury z improwizacją. W okolicach dzisiejszej Opery Bałtyckiej - wtedy to się mówiło „filharmonia” i ludzie nie musieli precyzować, bo każdy wiedział, że chodzi o ten gmach przy Alejach - połączyliśmy się z oficjalnym pochodem. I to było jak wejście w cudzą piosenkę, w której nagle zaczynasz śpiewać inną melodię. Plan był prosty, prosty jak młodość: „przed trybuną honorową damy czadu”. Prawie się udało. Zbliżyliśmy się do miejsca, gdzie oficjalny pochód zwalniał, prostował się i nabierał tej szczególnej dyscypliny tłumu, który ma być „dobrze widoczny”. Trybuna w PRL była jak scena w teatrze: tam stali oni, a tu maszerowali ci, którzy mieli udawać, że idą z radością. I kiedy podchodzisz do trybuny, czujesz się jak aktor, nawet jeśli wcale nie chcesz grać. My natomiast chcieliśmy zagrać inaczej. „Precz z komuną!” „Solidarność!” „Uwolnić więźniów politycznych!” - te hasła niosły się prosto, bez ornamentów. Atmosfera była jak na odpuście w Boże Ciało: tłum, ruch, poczucie, że to święto, tylko że tu nie było monstrancji, tylko zaciśnięte gardła. Przez chwilę wydawało się, że to działa. Że oficjalny pochód się miesza, że ludzie słyszą, że ktoś się uśmiecha, ktoś spuszcza wzrok, ktoś udaje, że nie słyszy, ale jednak słyszy. Prawie się udało. A potem, jak to w tej historii bywa, Imperium kontratakuje. Oddziały ZOMO wkroczyły w tłum. To nie było wejście na spokojnie, to była ingerencja w żywe ciało. Nagle zniknął śmiech, zniknęła „piosenka”, zniknął rytm pochodu, a pojawił się rytm pałki. Ten dźwięk pamięta się lepiej niż melodie: stuk, uderzenie, krzyk. Pacyfikacja. Czyli, mówiąc wprost: wpierdol. Założyłem rękawiczki i zacząłem uciekać. Dlaczego rękawiczki? To był mój pierwszy „kurs przetrwania”, wykład wygłoszony przez kolegów-ziomków z Braniewa, których w Gdańsku miałem kilku - kilku studentów i kilku pracowników stoczni. Lubili takie sporty ekstremalne. Oni traktowali to nie jak demonstrację, tylko jak dyscyplinę: trzeba wiedzieć, gdzie biec, jak oddychać, kiedy zniknąć. Mówili: „jak cię złapią, pierwsze: pokaż ręce”. Szukają śladów ziemi po rzucanych kamieniach i farby. Farby? Przed pierwszym maja zawsze było wiosenne malowanie płotków odgradzających tory tramwajowe na Alei Zwycięstwa. Przypadek czy mądrość władzy ludowej - do dziś nie wiem. Wiem tylko, że farba zostaje na rękach jak podpis. Jedynym kierunkiem, w którym mogłem uciekać, był kierunek zachodni – czyli na Oliwę. Przebiegłem skrzyżowanie za Operą i skręciłem w pierwszą ulicę w prawo. Nie biegłem sam - biegło nas kilku. Przez chwilę miałem wrażenie, że uciekamy jak dzieci po psikusie. Szybko przestałem mieć to wrażenie. Przed szkołą Conradinum trafiliśmy na pluton ZOMO. W tył zwrot - też ZOMO. Pat.! Ślepa uliczka w środku miasta. Dyskretnie zdjąłem rękawiczki ubrudzone farbą i ziemią. Wcześniej nie odmówiłem sobie rzutu rozbitym gruzem z płyty chodnikowej w funkcjonariusza - dlatego szybko pozbyłem się dowodów. Wtedy człowiek myśli krótkimi zdaniami. „Nie daj się złapać”. „Nie pokazuj brudnych rąk”. „Oddychaj”. „Biegnij”. Dostałem kilka uderzeń pałką. I usłyszałem: „Pokaż ręce”. Pokazałem. Czyste. Bez odcisków - nierobotnicze. Kapral orzekł: czyste, ale kurwa inteligencki, pierdolony student – do budy z nim . Dwóch zomowców już mnie wlecze do milicyjnego samochodu „Nysa”, a ja myślę: no to będę męczennikiem, będę miał swoją „historię”. Niestety – historii nie mam. Jakiś nadgorliwy szeregowiec krzyczy: - „Panie kapralu, mamy już tylko dwa wolne miejsca. - Puśćmy go, bo jest jeszcze kilku , co ma ujebane ręce”. Kapral powiedział „dobrze”. Dostałem kilka pał na drogę. Starali się bić po głowie, ale zasłaniałem się rękami. Sińce zostały, ale zawsze to lepsze niż pokiereszowana twarz. Pobiegłem dalej. Miałem jednak farta. Ci, którzy nie przeszli takiej „pozytywnej weryfikacji”, poszli dalej tzw. „ścieżką zdrowia” i wylądowali w Zakładzie Karnym na Przeróbce. Ja biegłem dalej. Do akademika miałem już blisko. Minąłem Dom Nauczyciela, poczułem ten rodzaj ulgi, który trwa trzy sekundy, bo zaraz przychodzi nowy kadr: pod wiaduktem na Miszewskiego kolejny pluton ZOMO. Jakby miasto było planszą, a oni figurami, które przesuwają się szybciej. Robię zwrot i próbuję bocznymi uliczkami koło konsulatu chińskiego dotrzeć do al. Grunwaldzkiej. Udało się. Dobiegam do apteki na skrzyżowaniu Grunwaldzka–Miszewskiego i widzę coś, czego w PRL prawie się nie widziało: Wiktorię. Milicja w odwrocie. Deszcz kamieni zmusza kolumnę samochodów milicyjnych do wycofania. Plutony rozbite - tak to wtedy widziałem. I pamiętam obraz jak z filmu, tylko że film był kręcony w mojej głowie i w moim oddechu. Trzech zomowców wbiega do bramy za byłą księgarnią na skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Miszewskiego, goniąc kilku nastolatków, którzy rzucali w nich kamieniami. Po minucie wybiega z bramy tylko dwóch, bez tarcz i bez kasków. Za nimi wybiega trzech młodych ludzi, dobrze zbudowanych, z ich milicyjnymi pałkami. I tych trzech „małolatów”, co wbiegło wcześniej - ale już w kaskach. A za nimi jakiś ośmiolatek, który ciągnął na sznurku tarczę zomowca, tak jakby ciągnął sanki zimą. To było absurdalne i piękne zarazem. Jakby na chwilę świat stanął na głowie i to była jedyna słuszna pozycja. Bardzo mi się to podobało. Widać było, że ktoś to organizuje. Kto? RSA – ci, o których historia zapomina RSA, Ruch Społeczeństwa Alternatywnego, był osobnym nerwem gdańskiej opozycji. Anarchizujący, kontrkulturowy, bez ambicji „wejścia do władzy”. Krytyczni wobec władz - oczywiście. Ale krytyczni też wobec części podziemnej „Solidarności”, bo nie chcieli „samoograniczającej się rewolucji”. To była mieszanka: bunt, kontrkultura, kabaret, punk, polityka i ideowy eksperyment. Dziś mało kto pamięta. Nie poszli w politykę. Walczyli o idee - o wolność. O takich historia zapomina łatwo, bo historia lubi tych, którzy kończą w gabinetach. Ja pamiętam, bo było mi do nich blisko. Pamiętam barykadę na wysokości restauracji „Pod Kominkiem”. Zamaskowanych młodych ludzi, ubranych na czarno. Napisy na ubraniach: RSA. Czułem się jakbym brał udział w powstaniu warszawskim - wiem, że to porównanie przesadzone, ale emocja była podobna: jest ostro, jesteśmy w natarciu, wygrywamy. Przez chwilę czujesz, że miasto należy do ludzi, nie do pałek. Było ostro. Dom przy al. Grunwaldzkiej 116a. Oddział ZOMO schował się tam przed nami. W tłumie padały różne propozycje. Część demonstrantów już spuszczała benzynę z okolicznych samochodów. I tu pojawia się granica: nawet najbardziej rozjuszony tłum potrafi mieć hamulec, kiedy w grę wchodzą mieszkańcy. „A jeśli są tam ludzie?” - to pytanie padło jak kubeł zimnej wody. Pewnie by podpalono, gdyby to był pusty budynek. Ale to nie był film. To było miasto. Padły strzały - tak pamiętam, choć uczciwie powiem: w tamtym chaosie równie dobrze mogły to być petardy albo huki, które w głowie brzmią jak broń. Ofiar nie było, ale tłum był rozjuszony i „koktajle Mołotowa” już się pojawiały jako idea, jako możliwość. I wtedy od strony dworca PKP nadciągnęły posiłki ZOMO. Do samosądu nie doszło. Miasto, które przez chwilę miało przewagę, zaczęło się cofać. Tłum powoli uległ rozproszeniu. Ja też. Już bez niespodzianek, ulicą Wajdeloty dotarłem do Domu Studenckiego nr 7 „Orbital” przy Leczkowa. Zawsze mnie uderzało, jak blisko akademika potrafi być historia - kilka ulic, kilka oddechów, kilka zakrętów. W akademiku świat wraca do swoich rytuałów: portiernia, tablica ogłoszeń, zapach korytarza. A ty wracasz z innym rytuałem: z rytmem pałki w kościach. Portierka Stasia, jak zobaczyła mnie i moje posiniaczone ręce, popukała się w głowę i zapytała: - Warto było? Odpowiedziałem krótko: - Warto. I to była odpowiedź młodości. Młodości, która wierzy, że warto, nawet jeśli nie umie jeszcze dokładnie powiedzieć dlaczego. Młodości, która ma w sobie „nie” bez programu, ale z serca. Dziś programy bywają głośniejsze, a serca cichsze. Wtedy było odwrotnie. Pierwszy maja 1985 był całą piosenką. W tej piosence były okrzyki, cisza, ból, śmiech, strach i ten nieprzyzwoicie piękny moment, kiedy ośmiolatek ciągnie tarczę ZOMO jak sanki, a miasto na sekundę robi się normalne. I o tej piosence będę pisał dalej — bo ona nie skończyła się na Grunwaldzkiej. Ona we mnie została. -
Przez Ewelina · Opublikowano
nie istnieje miłość między nami, tylko lęk i jeszcze coś - skrzydła połamane nie istnieje miłość tylko poraniona kora od drzewa oderwana, ona cierpi i drzewo też a może to miłość... -
Przez Berenika97 · Opublikowano
@Lenore Grey Śliczne obrazy, różne rodzaje milczenia. Figa za murem, piwonia w chusteczce, kry w rzece - wszystko tu jest albo ukryte, albo zawinięte, albo spowolnione. Pięknie niedopowiedziane.
-
-
Najczęściej komentowane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się