Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

kasiaballou - ale ja mogę wytłumaczyć, dlaczego akurat jestem na nie i to na podstawie tekstu. Nie podoba mi się to, że podmiot liryczny dość szablonowo, typowo ocenia tamte czasy jako te lepsze (używając do tego skomplikowanego, ale za to autorytarnego pojęcia "luneta Arystotelesa", który winien ściąć z nóg odbiorce), mimo iż wątpię, że kiedyś ludzie byli wybitnie mądrzejsi niż są teraz. Podmiot jest zachwycony czarem łąki, ma prawo - ale dla mnie to nie jest żaden argument, też się czasem zachwycam. I teraz mamy kolejny standardowy model poety, który potrafi docenić piękno symbolicznej łąki, gdy cały świat jest zapatrzony w rzeczy bez wartości (bo to jest duża hiperbolizacja, w dodatku okrutnie trywialna). Drugą rzeczą, która jest dla mnie niezrozumiała - dlaczego metafory zagłuszają prawdę? To czym winna być poezja wg podmiotu - poezją agitacyjną? Zapewne podmiotowi chodzi o wydumane i sztuczne metafory, od jakich rzeczywiście gęsto, jednak sam popada w tą skrajność (ciekawa animizacja - metafora porównana do drapieżnika, a także to biblijnego kłamcy, która oplata wiersz.) Barbaryzmy mnie też rażą - nie wiem o jakie "everymany" tutaj chodzi, nie jest to częste zjawisko w poezji. A na koniec mam wrażenie, że podmiot cierpi za miliardy przez to, iż pojawia się tyle a tyle wierszy, chociaż paradoksalnie sam dokłada do tego stosu. Nicki, które nie są osobami też są intrygujące - jest tutaj samookreślenie się i szczerość - autor odważnie sam podpowiada, jakiej jakości jest utwór.

A co do poezji, bo cały czas jesteśmy w tym temacie - jedyne niebezpieczeństwo to to, że mając odpowiednią kwotę można takie wiersze wydawać i mamy kolejny absurd wynikający z tego utworu - że w internecie pojawiają się potwory poezji. Potwory poezji pojawiają się wtedy, jak chłopiec/dziewczyna nabazgrze kilka wierszyków, ciocia puści bączka z zachwytu, koleżanki pootwierają jamochłony, a tatuś wyciągnie z konta 2000 i to g... poetyckie wyda, a potem takie g... leży na półkach bibliotek.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Jestem nieco zakłopotana, ale cóż - muszę to Panu powiedzieć; po uważnym przestudiowaniu interpretacji dochodzę do wniosku, że pominął Pan frazę kluczową wiersza, która jednoznacznie określa postawę podmiotu lirycznego.
Po prostu pomylił Pan Arystotelesa z Platonem ...;)

Jednak cieszy mnie niezmiernie, że pochylił się Pan mimo wszystko i chociaż popróbował, zamiast zbyć wiersz lakonicznym i nieprzystającym terminem "bełkot".
A swoją drogą; ciekawi mnie, kto kryje się pod tym nickiem, bo na nowicjusz to mi to nie wygląda i czy Autor zechce odnieść się do naszych komentarzy.


Co do drugiego członu wypowiedzi; zgadzamy się tak bardzo, że nie rozumiem, dlaczego nie potrafimy się porozumieć?
:)
Opublikowano

Wypowiadam się w kwestii wiersza.
1. Luneta Arystotelesa to sposób na metaforę zaprezentowany w książce U. Eco. (nie czytało się panie Krzywak)
2. Łączka obrazuje działanie poety, który może rozbuchać swoją metaforę - działanie "Sztuka dla sztuki"
3. Łąka obrazuje sens istnienia - Łąka jest (jest to pojęcie filozoficzne) Trzeba więc pisać tak, by ważne było "być" a nie tylko tworzyć.
4. Świat to niestety większość ludzi nieobcujących ze sztuką wysoką - kto dzisiaj pisze poezję. Pisze się właśnie po to by się sprzedać - używając metafor zamiast prawdy.
5. Poeta jest strażnikiem słowa, których miliardy ludzi sobie lekceważy.
6. Internet powoduje, że używanie swoich danych jest niebezpieczne. Jaką postawę ma mieć poeta? Dać się zniszczyć w ogniu śmiechu tych, którym nie podoba się moja osoba, czy zataić siebie i walczyć o prawdę.
7. Traktat poetycki - jest to tytuł wiersza, jest więc częścią wiersza i jest metaforą.
Panie Krzywak to był mój ostatni wiersz zamieszczony w Internecie. Przykro mi, że musiałem tłumaczyć się ze swojej poezji. Wolę kiedy robią to czytelnicy. Pozdrawiam, życzę szczęścia na niwie i mimo wszystko dziękuję za komentarze!
P.S. Nie jestem bogaty. Swoje poezje wydawałem w antologiach za pieniądze przeznaczone na utrzymanie mojej rodziny.

Opublikowano

barocco
Eco akurat się czytało i to nawet kilka pozycji. Co do reszty, to jakby to napisać - tłumaczyć mi pan wiersza nie musi, ale mam wrażenie, że sam pan ten grzech popełnił, o którym pisze w wierszu. Może rzeczywiście z tym "bełkotem" przesadziłem (no ale bywa) i dopiera Kasia zmusiła do zajęcia bardziej konstruktywnej pozycji - ale tym samym wykazałem, co w tym utworze mnie boli - ta jedyna słuszna racja, z którą ja się całkowicie nie zgadzam. Świat nie jest częścią- sam pan teraz przyznaje, że chodzi o większość, a większość to nie całość.
Nick to jest tchórzostwo - jeżeli ja się nie boje, to dlaczego pan ma się bać? Jeżeli wiersz jest rzeczywiście dobry, to zniszczyłby mnie pan i reszta krytyków śmiechem - i tutaj pan jako autor przeczy temu, co sam wkleja. Dlatego teraz boi się pan internetu - nie za często chwalą, a to bolesne.
Jeżeli ma pan licencje na prawdę, to współczuje.

PS. - jak pan zauważył, pisałem o pewnej sytuacji środowiskowej, nie o panu. Przyznam, że środowisko literatów ma na swoich szczytach cały zestaw przeróżnej grafomanii, przy której nasze skromne wiersze z forum są dobrą poezją. Wystarczy sięgnąć po tomiki, czy pójść na jakieś wieczorki literacki, by łapać się za głowę. I tutaj mamy kolejny przykry temat dla współczesnej poezji, bo atmosfera w tym momencie robi się nieprzyjemna. Ale na szczęście to pan wydał ten protest song, wystąpił pan anonimowo, więc dyskusji nie będzie.
A reszty pana utworów nie czytałem - być może się mylę, ale ten wiersz, który pan dał do oceny uważam za beznadziejny. A sam chwyt wycinka jakiejś książki (owa luneta) nie jest najlepszą obroną.

Opublikowano

Dziękuję za Pana słowa, Panie Krzywak. Teraz wierzę, że te komentarze szanują mnie jako człowieka, choć nie zgadza się Pan z treściami mojego wiersza. I dobrze! Są ludzie na tym forum - H. Lecter- którzy nie szanują osoby. Trudno zaprzeczyć mu zresztą inteligencji i wiedzy, zachowuje się jednak jak Doda. Im więcej o mnie, tym lepiej. Nie znosi poza tym poezji, która nie jest w jego stylu. Ani ja ani, zapewne Pan nie chcemy być epigonami kogokolwiek z tego forum. Jeżeli nie chcemy być epigonami naszej epoki, musimy wypracować nie tylko formę i styl swoich wierszy, musimy być oryginalni. Proszę wierzyć, że i mnie nie brakuje wiedzy teoretycznoliterackiej. Denerwuje mnie nie to, że ktoś nie lubi mojej poezji, tylko niszczy mnie jako osobę. Nie chcę już tutaj publikować i ten wiersz uważam za stracony. Wzorem poetów mojego ulubionego baroku przechodzę do rękopiśmiennictwa, bądź, jak Bóg da do kolejnych wydań almanachów i antologii z moją twórczością podpisaną imieniem i nazwiskiem. Wolę być Norwidem swoich czasów niż Dodą. Życzę Panu wielu udanych dzieł i powodzenia na niwie. Dziękuję, że zechciał się Pan pochylić nad tym moim miejscami nieskromnym wierszem.
barocco

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




zaraz sobie napluję w michę, bo wtręt o Lecterze nie przystaje i jest małostkowy/płytki/tendencyjny do bólu
on ma inny problem, a Pan powinien przetrzeć "lupę" i proszę mnie boleśnie nie rozczarowywać, bo zacznę gryźć w obliczu ślinienia się w pozycji pochyłej do Krzywaka - żenada
-
podpisano
konia szczęka ;P
zdrowa
Opublikowano

Pani Kasiu! I po co się obrażać. Chwała Pani za to, że jako pierwsza próbowała znaleźć jakieś wartości w moim wierszu! Pani zaczęła poważną debatę na jego temat! Za to dziękuję! Cenię Pani talent i poezję i szanuję za charakter. Jestem, jak Pani zauważyła, nowy na tym forum. Do tej pory zdążyłem się zniechęcić postawą p. Lectera i stąd moje rozgoryczenie i ten wiersz. To jest część mojego programu poetyckiego i to Pani pierwsza odgadywała ukryte znaczenia zawarte w wierszu. Proszę mi wybaczyć tym bardziej, że już i tak nie opublikuję tu więcej ani jednego utworu. To moje rozczarowanie, że można przy okazji komentarzy wiersza tak nie szanować osoby autora.

Opublikowano

Wie Pan co, Panie Barocco?
Łudziłam się nadzieją, że całe to zamieszanie przyniesie jakiś wymierny, pozytywny skutek.
Że uświadomi coś każdemu z nas. Że dojdzie do jakiejś budującej metamorfozy postaw, nie poglądów, ale postaw i że ubogacimy się nawzajem.
Pomyliłam się.
Nie podoba mi się, jak potraktowano Pana wiersz, nie podoba mi się klimat w tym dziale, ale nie podoba też mi się, jak Pan potraktował komentatorów, skupiając swoją uwagę na "nazwisku" i tylko z "nazwiskiem"polemizując.
I nie o poklask, czy wychwalanie mojej niegodnej osoby chodziło i nie tego oczekiwałam i się nie domagałam, a teraz tak to wygląda.
To, jak Pan przyjął komenty i co one dały i co w tym względzie Pan postanowił - to jest śmieszne i smutne zarazem.
H.L. nie jest tu nikim szczególnym, a tak będzie, kiedy zaczniemy ulegać pozie i sztucznej iluminacji. Skupiajmy się na poezji, a nie na osobach.
Nie mam ani nastroju, ani ochoty rozwijać tej myśli i tym samym kończę temat, znowu przy głupiej nadziei, że może coś Panu jednak - po czasie - mimo wszystko - zaświta.


p.s.
i lubię Dodę, naprawdę :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...