Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

witaj, nie uwierzysz miałam właśnie napisać w kom. odnośnie schizofrenii i traktowania/niezrozumienia przez ludzi osób na nią chorych a tu już Ty odp. Lady C ; )
pozostaje mi dodać że jest to najbardziej "bolesna choroba duszy" osoby te zwykle bardzo wrażliwe i inteligentne postrzegają świat zbyt intensywnie, boleśnie, prawdziwie...pamiętasz "Jestem Bogiem"? Właśnie przez twój wiersz powróciły mi wspomnienia i pewne przemyślenia i na prawdę wiem jak to jest ciężko zrozumieć osobę chorą a jeszcze trudniej życ z tą chorobą ...
Choć w przeszłości dawnej trafiłaby na stos a jeszcze wcześniej byłaby traktowana jako święta...i słuchano by tego z zainteresowaniem co mówi jako przekazy od bóstw... Cóż teraz żyjemy w takim świecie że ludzie nie rozumieją że te osoby są "niegrożnie" dla otoczenia jedynie dla samych siebie...gdyż mają tendencję do samobójstwa i skończenia cierpień które strasznie dotkliwie przeżywaja w swoich wnetrzach...po prostu potrzebują sie wyzwolić jak Magik bo obraz ich rzeczywistości jest tak silnie przejaskrawiony że nie mają w pewnej chwili siły by żyć.

Dobrze że poruszyłeś ten temat SZACUN : )

Opublikowano

Schizofrenia jest chorobą, która dotyka wiele osób, a niestety jest mała wiedza w społeczeństwie o jej objawach itd. (Polecam film Piękny umysł). Dotykała ludzi od zawsze, ze względu na urojenia i halucynacje i tworzone wizje rzeczywistości można sobie wyobrazić że znajdujemy się w świecie równoległym, innym...ale tak samo prawdziwym dla nas jak ten rzeczywisty i tutaj często nastepuje tworzenie całego systemu, koncepcji w spójną całość przez chorego, słyszy głosy które coś mu przekazują a on w to wierzy, tak realnie jakby to było zwykłą rozmową ).
Czyli żyje jakby w kilku rzeczywistościach...

Było wielu znanych schizofreników ; artystów, malarzy, muzyków, filozofów,choćby Hegel, Kant, Swedenborg-uczony, mistyk który na swoich wizjach oparł swój system;Van gogh, Niżyński. Wszyscy naznaczeni geniuszem, wrażliwością, wnikliwością ...dlatego nie bójmy sie tej choroby a szczególnie osób na nia cierpiących ...

Oni potrzebują pomocy, nie odtrącenia!

Schizofrenicy mogą mieć normalny dom i życie i ( często je mają).

Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

najlepiej nazwać jest chorobą prostą inność polegającą na wrażliwości po doświadczeniach, i do tego schizofremią, bravo!
i co jeszcze co komu przeszkadza (Hitlerowi przeszkadzał sobie on sam nie ma się co dziwić zresztą, za komuny przeszkadzało w.uzdolnionym podobni... ) mnie naprawdę jeżeli już przeszkadzają to upośledzone przez wódę itp. i prostactwo, natury,
które pije wódę itp. , jak się coś nie udo ... a baba ma pić z nim albo bat

o chorych nie mówię - im współczuję

Opublikowano

Fly Eliko, jeśli do mnie piszesz że nazwałam to zaburzenie chorobą to niestety tak jest klasyfikowana jako choroba o ile dobrze pamietam.
Zgadzam się z Tobą że leczyć powinno się raczej chamstwo.... ponieważ twórczość "schizofreników" na prawdę jest wartościowa i wiele te osoby wniosły do nauki i kultury...

A odnośnie pisowni schizofrenia pisze się przez "N" nie "m" jak wiele osób uważa.

Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

tak, owszem schizofrenia a nie schizofremia, mam problem z kilkoma wyrazami zaledwie i ich ortografią (spółgłosek miękkich 'n' np. firmament a nie firnament)
wynika to nie z dyslekcji tylko raczej rzadkiego ich używania

Opublikowano

Witaj Sfinksie
u Ciebie jak zwykle zagadkowo
podjąłeś ciężki temat gratuluję i podziwiam
podobnie jak bolek uważam że lepiej w 3.os bo peel będąc schizofrenikiem raczej nie byłby w stanie sam dojść do takich przemyśleń (chociaż bohater filmu opartego na faktach "Piękny umysł" o którym wcześniej wspomniała Teresa był rzeczywiście wyjątkiem)

wielki szaun

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



ja i TY dzięki za tak obszerny komentarz i zrozumienie przesłąnie nie bęðę się wywodził odnośnie ,, psyche"
gdyż to temat rzeka i właśnie może schizofrenicy są zdrowi, a reszta to rzesza chora i tu powstaje pytanie od czasów przeszłych wieków do dzisiaj może oni potrafią zobaczyć i usłyszeć co z ruchem ręki zmienia ją w inną rzeczywistość :):)::)

serdecznie i ciepło

13
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Jednak czy on nie widzi prawdy chory schizofrenik?może on jest zdrowy, tego nauki nie uczą, gdyż w ilu% zbadany jest móżg. Jak mówią nic nie dzieje się bez przyczyny nawet śmierć, gdyż zostawia miejsce dla nowego pokolenia

dzięki za komentarz tak wnikliwy odnośnie tej niby choroby?

serdecznie i ciepło

13
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Fly ładnie to napisałaś i już dawno mówiłem ze masz dobre serce, tylko alkoholik ma wybór, ale schizofrenik nie ma na to wpływu, a 50% tej choroby bierze się od alkoholu tak na marginesie

dziękuję za koment , tylko może ci chorzy to wybrańcy Boga albo cywilizacja innej galaktyki, która nie może istnieć w naszym świecie, ale na Syriuszu pewnie to my bylibyśmy chorzy.

buzka

13
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Szanowne kobietki proszę się nie kłócić , gdyż życie ma sens tylko z uśmiechem

serdecznie i bez zwad i miłego lipca życzę jak i słonecznego

13
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Witaj Pablo jednak tutaj mamy inny pogląd, gdyż właśnie więcej ludzi chorych lub pod wpływem np środków odurzajacych wprowadziło we wszystkie nauki 70% wiedzy. Zobacz polski przykład Richard Riedel na musztardzie Dzem nie powstał tylko na heroinie innych naukowców można mnożyć jak i ludzi sukcesów artystycznych, coś za coś w tym życiu niestety
Za cięzki temat dzięki i ,, podziwiam" wiesz Pablo ja piszę prosto i ba lecz nie każdy potrafii zrozumieć , ale to poezja XXII wieku, ty to czaisz

serdecznie i szacun

13 co do 3 osoby to ładniejsze tło:):):):):)
Opublikowano

Zawsze mi z Wami miło i zawsze można na Was polegać i się czegoś nauczyć jednak wszystkich przepraszam za brak czasu, a to wpływ Ra sorki iż nie mogę skomentować obecnie Waszych wierszy
myślę, że każdy mój przyjaciel wybaczy mi to

serdecznie i ciepło

życzę wszystkim słonecznego i bez stresów lata a z nim natchnienia w poezji

13

Opublikowano

Uff. Wreszcie ktoś widzi rzeczywistość ludzkimi, mądrymi i wrażliwymi oczami i ma odwagę o tym powiedzieć, wszystko co napisałeś jest 100% prawdą ... mam nadzieję, że w XXI wieku
ludzie, którzy widzą podobnie i ludzie wiedzący nie będą tego chować tylko w poezję, książki czy po rodzinnych kątach, ale przyznają się do braku odpowiedzialności za poniesione chociaż błędy i wygodę postrzegania schizofrenii, ...a nauka stanie się mniej martwa :))
za to Ci chwała Sfinksie

Ogromna bużka
;)

Opublikowano

FLY jednak w Tobie mądrość drzemie aż mnie zatkało, a żem chart dusza to nic nie pozostaje , tylko
słodka.czuła, szalona skromna buzia, tylko co najważniejsze niech ten buziak trwa wiecznie:):):):):)

serdecznie i ciepło

13

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...