Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


jednak nie. Twoje spojrzenie nie jest ostatecznym i tak jak powyżej wciąż widzi kobietę
wiele milionów ludzi. a skoro tak, obraz jest prawdziwy także w oderwaniu od innych.
nasza kultura czy religia nie są wykładnikami jedynie słusznej wizji i nie mogą być podstawą
do zaprzeczenia czegoś, co istnieje niezależnie od nich.
  • Odpowiedzi 47
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


jednak nie. Twoje spojrzenie nie jest ostatecznym i tak jak powyżej wciąż widzi kobietę
wiele milionów ludzi. a skoro tak, obraz jest prawdziwy także w oderwaniu od innych.
nasza kultura czy religia nie są wykładnikami jedynie słusznej wizji i nie mogą być podstawą
do zaprzeczenia czegoś, co istnieje niezależnie od nich.
zacytuję jeszcze może wiersz Tristana Corbiere (1845-1875) w którym podchodzi w sposób
karygodny nie tylko do kobiety ale i samej miłości. jak widać, pokazywanie czegoś w krzywym
zwierciadle jest zabiegiem starym, co nie przeszkodziło aby znalazł się w tomiku "wierszy o miłości":

Do mojej myszatej klaczy

Bez ostróg jedźmy i bez bata,
Prawda, moja kochanko myszata?
Można poganiać w ten sposób krowę,
Ale nie takie kochanki rasowe.

Wędzidła w żeby ci nie włożę:
Kocham cię! dość, że dotknę udem.
Bez siodła i strzemienia: może
Z lekka cię tylko szturchnę butem
W stalową, nerwową nogę.
Ja nie kawalerzysta... W drogę!

Hurra! pędzimy, aż się kurzy!
Twarz moja w grzywie się zanurzy,
Ręce me szyję ci oplotły.
Hurra! teraz przez żywopłoty!

Hurra! teraz przed tobą i mną
Bariera... i poniosłaś mnie znów!
Hurra!... już poza nami rów...
I przez głowę! Kobieto... no!!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


aby pokazać kobietę rozebraną do kości, bezduszną jak była za życia
więc nic nie wartą dla nikogo - bez jej duszy odejdzie nawet Diabeł bo nigdy jej nie było.
aha, kobieta nie musi oznaczać wszystkich kobiet jakie kiedykolwiek istniały,
podobno jak słowo człowiek odmienia się w istocie na miliardy przypadków.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


aby pokazać kobietę rozebraną do kości, bezduszną jak była za życia
więc nic nie wartą dla nikogo - bez jej duszy odejdzie nawet Diabeł bo nigdy jej nie było.
aha, kobieta nie musi oznaczać wszystkich kobiet jakie kiedykolwiek istniały,
podobno jak słowo człowiek odmienia się w istocie na miliardy przypadków.

tak, on sie broni tylko w zbiorze w takim razie, wg nie, inaczej, jeśli stoi pojedynczo, staje się płaskim i jednostronnym wyznacznikiem widzenia. już nie przyłażę pod ten wiersz, Wstrentny, wiec zasyłam czułki, machadła i dzięku za łyżkę soku malinowego pośmiertnie ;))

kłaniam :))
ten wiersz nie miał wznosić na wyżyny. nieraz wiersze są bardziej odbiciem jakiegoś nastroju
niż samych myśli a co dopiero własnego poglądu na to co w wierszu.
dziękuję za wizytę i pozdrawiam soczyście pomalinowo :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nareszcie jakaś przychylna recenzja :) aż chce się znów żyć!
no to robię sobie przerwę w martwym - dla Ciebie:


Rozpowieść

Jak zwykle w maju wyjechałem nad nieznane jezioro.
Wieczorem rozebrałem się do naga i popłynąłem na drugi brzeg.
Nie ma tam nic, nie powinno być bo w takich wypadkach
zostawiam wyobraźnię razem z koszulką z żorżety i bermudami
do kolan na liściach zwiędłej, obdartej bez reszty ze mnie gałęzi ciała.

Podobno zawsze gdy dopływałem do drugiego brzegu
kochała się na nich para trawiastych duszków
ale tym razem w trzech czwartych zamiarów złapała mnie burza
i to nie moja głowa była dla niej najwyżej położonym punktem.

Była nim myśl o tobie. Zwinięte pięści
dzikiej elektryczności uderzały dookoła
i każda próbowała dosięgnąć moich policzków
aż wreszcie zawróciłem nie osiągnąwszy drugiej strony jeziora.


A ty czekałaś. A ty stałaś na brzegu z czarnym aparatem
i po raz pierwszy na twoich zdjęciach wyszedłem wyraźnie
- wyszedłem aby już nigdy nie wrócić.

Opublikowano

ja po tylu komentarzach napisze tylko ,że ciekawie byłoby zobaczyc Cię deklamujacego ten wiersz;):):)...i dodam ze przed płcia piekna z Krakowa nie byłoby zbyt łatwo;)szanowny Panie Wstretny przyjmujesz Wasc wyzwanie?;):)pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


dla Ciebie wszystko :) a jako żem nie żyw proszę aby płeć niewieścia przyniosła
ze sobą porcelanowe talerzyki z naklejonymi nań literkami alfabetu prócz litery L bo
mnie przerosła za życia. resztę będę układał po zgaszeniu świateł bom bardziej nieśmiały,
niż martwy i deklamując nawet pośmiertnie bisował:



L

Moje ciało jak wahadło
a to w tę to w tamtą stronę
kiwało się nim upadło
rozdzierając nocy zasłonę.

I co? - i nie ma Boga!
angelologii jest żal
i ciebie moja droga
co wierzyłaś w teo Baj.

Tutaj proboszcz Ambroży
ten co umarł przed rokiem
przechadza się na obroży
z nisko spuszczonym wzrokiem.

Bo co? Bo nie ma Boga!
angelologii jest żal
i ciebie moja droga
co wierzyłaś w teo Baj.

Tu twój nieboszczyk tato
żarliwy chrześcijanin
jest porą roku jak lato
a lato jest tu do bani.

Bo jak to? - nie ma Boga!
angelologii jest żal
i ciebie moja droga
co wierzyłaś w teo Baj.

Tu nawet rzygać się nie chce
choć spiłem wszystkie wina
i strasznie szkoda mi cię
że się bez przerwy modliłaś.

Bo co? - bo nie ma Boga!
angelologii jest żal
i ciebie moja droga
co wierzyłaś w teo Baj.


Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nareszcie jakaś przychylna recenzja :) aż chce się znów żyć!
no to robię sobie przerwę w martwym - dla Ciebie:


Rozpowieść

Jak zwykle w maju wyjechałem nad nieznane jezioro.
Wieczorem rozebrałem się do naga i popłynąłem na drugi brzeg.
Nie ma tam nic, nie powinno być bo w takich wypadkach
zostawiam wyobraźnię razem z koszulką z żorżety i bermudami
do kolan na liściach zwiędłej, obdartej bez reszty ze mnie gałęzi ciała.

Podobno zawsze gdy dopływałem do drugiego brzegu
kochała się na nich para trawiastych duszków
ale tym razem w trzech czwartych zamiarów złapała mnie burza
i to nie moja głowa była dla niej najwyżej położonym punktem.

Była nim myśl o tobie. Zwinięte pięści
dzikiej elektryczności uderzały dookoła
i każda próbowała dosięgnąć moich policzków
aż wreszcie zawróciłem nie osiągnąwszy drugiej strony jeziora.


A ty czekałaś. A ty stałaś na brzegu z czarnym aparatem
i po raz pierwszy na twoich zdjęciach wyszedłem wyraźnie
- wyszedłem aby już nigdy nie wrócić.



:))
a pamiętasz, jak wiało ???

nie ma cię wśród fal
na zdjęciach
nie ma cię "wyraźnie",
choć aparat wysokiej klasy-automatic!!
:(
wyszedłeś definitywnie !
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


raczej wszedłem. ale pamiętam jak było na zewnątrz, czułem jak upływa czas
i cieszyłem się co dzień że zostało mi o dzień mniej życia...




Łąki kwitnące a sady pełne drzew;
przed domem kwiaty jednostronnie piękne,
to znaczy takie - co cieszą poetę,
i słońce, ponieważ zimą słońca pragnie -
pisze, i lekką ręką zamyka wiersz.

Zamyka wiersz, a w wierszu leje się krew
i o przetrwanie ze zwierzem walczy zwierz
głodny - Poeta zapomniał dać mu jeść:
krew! (jedenaście razy: krew!).

Las cofnął się pod naporem stalówki
i tam, gdzie mogły rosnąć zwykłe sosny
kwitnie łąka, na łące mleczne krówki...
życie po myśli! Poeta? - radosny
(bo: krew? krew? krew? i trzy razy: krew?)
a ponad jego wymyślonym domkiem
chciałby się w księżyc wbić siarczysty sopel -
tymczasem świeci wciąż majowe słońce
i mój ty boże... literacki boże:
on też nie może, nie może, nie może...
i bez jest jak krew (i sześć razy: krew).



Poeci są bez serc, bez ducha - szkieletem swych wymyślonych ludów...
Napisze taki wiersz o księżycu i kropka, koniec (przeciwieństwo
koniec, kropka). A przecież w wierszu księżyc był w pełni
i takim już pozostał na zawsze. Poeta powinien z czasem wrócić
do swojego wiersza i zmienić księżyc w pełni na półksiężyc.
W tym samym wierszu zakochana dziewczyna z Krakowa wzdycha nocą
tęskniąc za swoim ukochanym marynarzem z Piotrkowa Trybunalskiego
przebywającym obecnie na Morzu Karaibskim.
I co z tego? - Autor skończył wiersz, księżyc pozostał cały czas w pełni
a ona do końca wierszowanego świata wzdycha do chłopca.
Nie dostaje okresu bo nie ma księżyca i w końcu myśli,
że jest z marynarzem w ciąży. Poszłaby do ginekologa
ale oczywiście Autor go nie przewidział i nie napisał
choćby w postscriptum, więc jest coraz bardziej zaniepokojona.
Mija miesiąc, drugi i trzeci, mijają lata a ona nie ma okresu
ani nie rodzi. Mija wieczność a jej chłopiec wciąż nie wraca
z Karaibów choć w wierszu obiecał, że za pół roku do niej wróci
z pękiem świeżych bananów. Może znalazł sobie inną?
Zapomniał o niej bo od stu lat już do niej nie pisze
w tym wierszu na po.ółkłej k.rtce gdzieś na dnie szuflady?
Dziewczyna umiera z niepokoju i tęsknoty ale przecież
nie może umrzeć bo Autor nawet i o tym nie pomyślał,
że podmiot liryczny chciałby kiedyś umrzeć tak samo
jak i on sam umarł już wiele lat temu.
A skoro jego czas się zatrzymał, tym bardziej nic tu już
więcej się nie wydarzy, nic nie zmieni więc i ona chce
w końcu odebrać sobie życie. Ba.. sobie - jak, skoro jest
własnością Poety a ten już od dawna nie żyje?

Ech, dziewczyno z wiersza, gdyby cię tak wcześniej przeczytał -
zmieniłbym zakończenie, uśmiercił marynarza z Piotrkowa Trybunalskiego
lub przynajmniej wniósł w twój świat motyla, świeży powiew
wiatru, zakorkowaną butelkę znalezioną o świcie na plaży z karteczką
której już nie dasz rady odczytać, ale będziesz wiedziała, że to ode mnie...
Tylko ja piłbym tanie wina na Morzu Karaibskim, tylko ja,
mimo tego że strasznie cię kocham w tym wierszu byłem
kiedyś na jego zewnątrz.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


dla Ciebie wszystko :) a jako żem nie żyw proszę aby płeć niewieścia przyniosła
ze sobą porcelanowe talerzyki z naklejonymi nań literkami alfabetu prócz litery L bo
mnie przerosła za życia. resztę będę układał po zgaszeniu świateł bom bardziej nieśmiały,
niż martwy i deklamując nawet pośmiertnie bisował:



L

Moje ciało jak wahadło
a to w tę to w tamtą stronę
kiwało się nim upadło
rozdzierając nocy zasłonę.

I co? - i nie ma Boga!
angelologii jest żal
i ciebie moja droga
co wierzyłaś w teo Baj.

Tutaj proboszcz Ambroży
ten co umarł przed rokiem
przechadza się na obroży
z nisko spuszczonym wzrokiem.

Bo co? Bo nie ma Boga!
angelologii jest żal
i ciebie moja droga
co wierzyłaś w teo Baj.

Tu twój nieboszczyk tato
żarliwy chrześcijanin
jest porą roku jak lato
a lato jest tu do bani.

Bo jak to? - nie ma Boga!
angelologii jest żal
i ciebie moja droga
co wierzyłaś w teo Baj.

Tu nawet rzygać się nie chce
choć spiłem wszystkie wina
i strasznie szkoda mi cię
że się bez przerwy modliłaś.

Bo co? - bo nie ma Boga!
angelologii jest żal
i ciebie moja droga
co wierzyłaś w teo Baj.



wspaniałomyslnie sie godzę na deklamowanie po ciemku;)moze nawet w ducha uwierze:)pod warunkim ze bedzie sypał takimi wierszami z rękawa;)tylko czy aby on ubrany sie zjawi??:):)
Opublikowano

"Ech, dziewczyno z wiersza, gdyby cię tak wcześniej przeczytał -
zmieniłbym zakończenie, uśmiercił marynarza z Piotrkowa Trybunalskiego
lub przynajmniej wniósł w twój świat motyla, świeży powiew
wiatru, zakorkowaną butelkę znalezioną o świcie na plaży z karteczką
której już nie dasz rady odczytać, ale będziesz wiedziała, że to ode mnie...
Tylko ja piłbym tanie wina na Morzu Karaibskim, tylko ja,
mimo tego że strasznie cię kocham w tym wierszu byłem
kiedyś na jego zewnątrz"

:))
nie wychodź na zewnątrz, Poeto
bądź w wierszach,
a "dziewczyna z wiersza" w końcu uwierzy,
że "zewnątrz".... nie ma.
:))
płyń, płyń, nie ustawaj
:))

Opublikowano

Ja mam inny problem - nie widzę powodu do gniewu - wiersz jak wiersz. Tekst przekazuje pewną myśl, i od tego on jest - czy taki, czy siaki, jakoś się dostosować doń trzeba. A czy on ubliża kobiecie? Nie sądzę, ponieważ raczej widzę tutaj żal peela (mężczyzny), a żal jak żal - może być i wulgarny. Wiersz na pewno dobrze jest napisany i to jest zaleta, ale nie widzę też tutaj zbytniej, przesadzonej agresji. Gdzieś tam penis pojawia się, żeby zaniknąć i tyle...
;)

Opublikowano

Długo myslałem co napisac. Bo sonet jest rzeczywiście obrzydliwy. Początkowo też mnie zdziwiło to rozszerzenie tematu, że autor się nie patyczkował i użył ogólnego słowa kobieta, zamaist uszczególnić. To uogólnienie jest na pewno nieeleganckie, ohydne...i I właśnie wtedy doszełem do wniosku że o to chodzi. To ma być sonet zwierzęcy! :D Kobieta rozebrana do kości, człowiek rozebrany do swej zwierzęcości, którą skrywa pięknymi słówkami. Oto jest rentgen sonetów szekspira! Obdarte z płochej otoczki duchowej ukazują to co nią zasłaniamy... bo oto cała prawda o obydwuy płciach, nasza prawdzuiwa natura zakrzywiona pewnym rozwojem mózgu, wynalezieniem przez ewolucję osobowości. To ma być paskudne... czy może wcale nei jest... bo taka jest zwierzęcość która nas stworzyła?

pozdr

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


otóż to! tu nie ma agresji, a jeśli to rodzi się ona dopiero w niektórych Czytelniczkach :)
np. podobne zgorszenie wywołał swojego czasu ten obraz Maneta:

h ttp://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Edouard_Manet_024.jpg

gdzie kobieta również została potraktowana drugorzędnie, zupełnie jakby nie była kobietą
a rzeczą, przedmiotem, tematem do suchych rozważań podczas sjesty.
Manet rozebrał swoją kobietę z ciuszków, ja rozebrałem swoją z kości.
i wcale nie jest powiedziane,że Peelem jest mężczyzna czy w ogóle człowiek.
pięknie dziękuję i pozdrawiam :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


jednak wyszczególniłem bo np. dla zakochanego człowieka, ale chyba i dla wszystkich innych,
słowo kobieta ma zawsze jakieś swoje: Imię. nie ma czegoś takiego w męskiej psychice
jak "kobieta" tylko zawsze kojarzy mu się ona się z kimś, kto wywarł wpływ na jego życie.
czy w każdym przypadku musi to być chodzący ideał? pustynia, piach, kości, czyli coś
co dzieje się po latach i powiedzmy patrzący na to mężczyzna już teraz sucho (jak piasek),
rzeczowo podsumowujący tą, którą tak kiedyś kochał.
a skoro jego miłość odeszła tak jak i jej dusza do pana Boga
czy też zabrał ją Szatan - równie bezdusznie podlicza to wszystko za co właściwie ją kochał.
i co się okazuje? że tak naprawdę za nic, a skoro kochał NIC to i sam śmieje się dziś z siebie ironicznie.
masz rację, że to takie podsumowanie sonetów Szekspira. czy tak naprawdę nie chodzi
w nich tylko o jedno? gdyby rozebrać ich treść do kości to zostanie nam... miednica ;)
z jadowitym skorpionem w środku, gotowym jeszcze ukąsić po śmierci tej która kiedyś kochaliśmy. jak wspomnienia o niej.
dziękuję Ci pięknie Adolfie i pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...