Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W dzieciństwie wielokrotnie musiałem stoczyć wycieńczający bój z chorobą. Niemoc najczęściej nachodziła mnie latem, gdy rówieśnicy moi wyjeżdżali na wakacje lub po prostu biegali beztrosko po skąpanych w słońcu i obsypanych kwieciem łąkach, by w samo południe chronić się w cieniu płaczących wierzb i odwiecznych dębów - leżałem wtedy w łóżku, piżama przyklejała mi się do ciała, a upał potęgował tylko wyrazistość moich gorączkowych majaków.
Czułem się, jakbym stąpał po tafli lodu, pod którą płonął ogień i która z każdą chwilą - bardziej nawet pod wpływem temperatury moich stóp, niż pod wpływem temperatury ognia - stawała się coraz cieńsza. Szedłem z początku z szeroko rozłożonymi ramionami, potem padłem na czworaki, zacząłem niemal się skradać, jakbym przed samym sobą chciał się ukryć. Tafla lodu przemieniła się w zawieszoną w próżni kałużę; w końcu i te kałuża wyparowała i już nic nie odgradzało mnie od płomieni. Wtedy zaczął wiać potężny wiatr, który uniósł mnie do góry.
Podłoga mojego pokoju zatrzęsła się i zafalowała. Całym swoim wątłym ciałem parłem w kierunku wnętrza łóżka, choć i tak wiedziałem, że nie spadnę. Myliłem się.
Ręce wyjąłem na kołdrę; dłonie poczuły przyjemny chłód, który na chwilę przyniósł ukojenie. Usiłowałem cały wydostać się na powierzchnię, bezskutecznie. Kołdra mnie przytłaczała i dusiła. Chciałem przewrócić się na bok, ale uderzyłem biodrem w sufit. Wiał wiatr.
Za ścianą ktoś czytał “wstęp do psychoanalizy” Sigismunda Freuda. Po niemiecku. Pytał, co znaczy “anstossen”. “Espionage to znaczy szpiegostwo” - wyjaśniłem mu rzeczowo, ale nie słyszał mnie, bo mój głos utknął w łazience. Twarz miał szarą i cienistą. Czarny prochowiec. Zdjął kapelusz i wlosował z niego małą karteczkę, na której zapisał wcześniej współrzędne punktu G. Trzy na drugą. skrzywił się z dezaprobatą i nacisnął klawisz F5. Powoli zsunął się z dachu, rozłożył poły płaszcza. Był nagi.
Przez okno wszedł miły starszy pan. "Stolicą Kairu jest Wagadugu" - przywitałem go grzecznie. Miał czane lenonki i sumiaste wąsy pod czerwonym nosem, poza tym był zupełnie łysy. "Stan wody Warty na Bugu we Włodawie utrzymywał się" - odpowiedział znajomym głosem, zdejmując kapelusz. Miał biały lekarski kitel pobrudzony farbami. W ręku trzymał futerał na przyrządy do masturbacji.
Ja jestem jeszcze dzieckiem, proszę pana, i nie wiem, co to jest masturbacja, proszę mi wybaczyć. Nie umiem też grać w piłkę ani palić papierosów, ale mama mówi, że mam na to jeszcze czas.
Chodź, pokażę ci. To łatwe jak pisanie wierszy. Nie wiem, czy wiesz, ale za lasem są wielkie kominy, które produkują chmury. Wszystko staje się oczywiste, jeśli przyjmiesz punkt widzenia narratora wszechwiedzącego. To taki zawód, jak każdy inny.
Zobacz. Schowajmy się teraz razem w zakamarkach wanny. Nie musisz nikomu mówić, że wyjadłeś wszystkie ciasteczka z kredensu. Koty nie lubią ciastek. To takie niekocie.
Oni nie muszą o tym wiedzieć, ale ty wiesz. Albo i nie. W każdym razie rzuciłeś palenie i tęsknota nie daje ci żyć, żółwie łażą ci po podłodze i gżą się jak koty. Odkreśl to wszystko grubą kreską.
Wiesz, Jean Michel Jarre używa na koncertach harfy elektronicznej. Musi smarować dłonie specjalnym kremem ochronnym, inaczej laser wypaliłby mu kości. To dlatego tak młodo wygląda. I dlatego, że nie pali. Dunhill to mercedes wśród fajek, ale fajki szkodzą, dlatego Jean Michel Jarre ich nie pali, inaczej harfa elektroniczna wypaliłaby mu kości.
A teraz chodź, razem opierdolimy coś na ciepło i życie będzie jeszcze łatwiejsze niż w “Modzie na sukces”. Żebra kaloryfera są ciepłe jak żebra Jezusa. O wszystkim pomyślałem. Oto siądziesz i napiszesz powieść, a tytuł jej będzie “Moja ostatnia powieść” albo “Times New Roman” albo “Kto zamordował hrabinę”, albo jeszcze inaczej, choć oboje wiemy, że to niemądre. I zostaniesz poetą. To prostsze, niż się wydaje, chociaż oni nie muszą o tym wiedzieć. Nie mów im.
On może już teraz wyjść spod łóżka i zacząć krzyczeć, albo śpiewać Marsyliankę po niemiecku; może też napisać “z pod” zamiast “spod”, to i tak nikogo za bardzo nie obchodzi. On, czyli ja. W sumie nie muszę w to wszystko wierzyć, ale chcę.
W pewnych warunkach trochę łatwiej się skupić, niż w innych. W kuchni matka gniecie ciasto, zostawia odciski palców. Formuje niemowlęta. Po włożeniu do pieca rosną, aż wyrastają na porządnych ludzi, heteroseksualnych antysemitów. Grają na trąbkach w Nowym Orleanie, czarni jak pasta do butów, dmą tak, że aż oczy wypadają im z orbit i turlają się po wykładzinie. Nieładnie, wstyd, panie, wstyd.
Nie muszę w to wszystko wierzyć, nie wiem, ale się domyślam. Białego kitla ubrudzonego farbami, czerwonego nosa, czarnych lenonek i sumiastych wąsów. I futerału. I masturbacji.
Wyprostuj się, jesteś przecież Polakiem! Idź wyprostowany, kiedy inni klęczą! Polska leży na wschód od Greenwich, ale o tym sza, o tym wcale nie trzeba głośno mówić, tego wcale nie trzeba tak manifestować. Ty to wiesz i ja to wiem, a oni? Ich sprawa. Byleby nie zajmowali naszej wanny. Chyba, że są owczarkami alzackimi, wtedy co innego. Oboje lubimy owczarki alzackie, chociaż właściwie jesteśmy kotami, które lubią ciastka. Mamy siwe wąsy.
Siwe włosy, chciałem powiedzieć, otóż siwe włosy są jak światłowody. Transportują złe myśli do głowy. Jeszcze nie wymyślili takich, które by działały odwrotnie, ale to się na pewno uda, to się na pewno uda, to tylko kwestia czasu. Współczesna medycyna potrafi działać cuda. W cudach mamy zresztą niemałe doświadczenie, cud jest to nasza specjalność narodowa.
On jest zawodowym magikiem, hochsztaplerem, szarlatanem i cudotwórcą, choć znany jest zupełnie z czego innego. W futerale nosi ogromny potencjał. Kilkudziesięciocentymetrowy, bez mała. Przestańmy już rozmawiać o kobietach. Nie przesadzajmy, wszystko ma swoje granice. Lepiej jedźmy do Kairu, do Wagadugu, zanim poziom wody Warty na Bugu we Włodawie podniesie się niebezpiecznie. Zaraz powiedzą o tym w radiu, ale przecież wiemy dobrze – i ty wiesz, i ja wiem – że wtedy już będzie za późno. Postmodernizm na dobre się skończy i zostanie tylko – no właśnie, nie wiadomo, co zostanie, ale słowo daję, że nie chciałbyś tego widzieć.
Dajmy już sobie spokój z tą poezją. To jeszcze bardziej męczące niż granie w piłkę. Urządźmy sobie zawody w pływaniu w blaszanych miskach, a potem wejdźmy na c:/system/my documents/thoughts/suicidal, skopiujmy całą zawartość do zlewu i patrzmy, jak czas ucieka.
Zalej się, zanim oni zaleją ciebie. Zalej ich potokiem słów, zrób im prawdziwy blitzkrieg. Skrzyżuj Madonnę z Madonną i niech sami się zastanawiają, co z tego wyniknie. Mów na zmianę o seksie i o Jezusie. Oni to lubią, chociaż oburzyliby się, gdyby ktoś otwarcie tak stwierdził. Machnij ręką, ale nie za mocno. Jesteś dobrem narodowym, nie możesz się nadwerężać.
Mów im o księżach, gangsterach i prostytutkach, a fikusa podlewaj raz w tygodniu lekko stężonym roztworem nawozu azotowego. Nie ryzykuj, na to jeszcze przyjdzie czas. Naucz się jeździć rowerem po linie. Napisz poradnik, przewodnik albo streszczenie. Na dobry początek weź dwadzieścia pięć lat wolnego. Nie pierdol. Nie mów za dużo o kobietach, których nie miałeś i nigdy nie będziesz miał, a przede wszystkim nie przesadzaj z narracją pierwszoosobową. Jeśli nie stać cię jeszcze na trzecioosobową, spróbuj drugoosobowej. To tylko kwestia zaimków i form czasownika. Odważ się na to wpaść. Bez odwagi ani rusz.
Chłopiec dużo chorował, leżał w łóżku, obserwował swoje białe od gorączki dłonie, potem wstał, wygrał wyścig metrem, zaczął tworzyć awangardową literaturę i naprawdę mało brakowało, żeby został najwybitniejszym poetą w swoim kraju, ale którejś nocy zapisał twardym ołówkiem na kratkowanej kartce słowo-wytrych, potem śniło mu się brutalne morderstwo, a potem nigdy już nie znalazł ani słowa, ani kartki. Prawdopodobnie sfrunęła niepostrzeżenie z szafki nocnej i wpełzła w szpary w podłodze. Chłopiec już teraz ma nadzieję, że odnajdzie ją kiedyś jako list w butelce. Oprócz nadziei ma też niepokojące wrażenie, że to wszystko jest jedną wielką mistyfikacją – zaczyna znaczyć wydawane banknoty i przekonuje się, że wracają do niego znacznie później, niżby to wynikało z racjonalnych obliczeń; kiedy wystarczająco długo i intensywnie wpatruje się w ściany budynków, ma wrażenie, że widzi, jak prześwieca przez nie światło, ale nigdy do końca w to nie uwierzył. Szkoda, bo miał szansę. Nie tę jedną zmarnował. Wiatr wdziera się do jego pokoju przez szeroko otwarte okno, porywa notatki na kratkowanym papierze, nuty, szkice i młodzieńcze wyznania, ale on też nie może znaleźć słowa-wytrycha.
Człowiek z czerwonym nosem i w czarnych lenonkach wychodzi spod kaloryfera i głośno wyraża przypuszczenie, że nie wynaleziono jeszcze języka, do którego miałoby należeć słowo-wytrych, ale obiecuje, że dołoży wszelkich starań, że osobiście zadba o to, by szybko naprawić to rażące niedopatrzenie. Otwiera futerał i zabiera się do pracy.
W tych rzadkich przebłyskach samoświadomości rodzi się moja tożsamość płciowa, artystyczna, narodowa, rodzą się wszystkie możliwe tożsamości, a potem razem z moim Id idą na parę głębszych. Matka zamyka okno, ma ciasto pod paznokciami, ciepłe jeszcze. Literaturoznawcy wszystkich krajów są zachwyceni tym gestem, piszą o nim esej za esejem, jeden mądrzejszy od drugiego, a wszystkie oklaskiwane. Literaturoznawcy są szczęśliwi, czują się potrzebni, mają przeświadczenie, że odnaleźli słowo-wytrych.
Wcale nie twierdzę, że to objaw postępującej zbiorowej afazji. W ogóle nic nie twierdzę, w gorączce zupełnie postradałem zdolność formułowania twierdzeń. Owszem, nadal mam swoje poglądy na tę czy tamtą kwestię. Weźmy chociaż te hordy niebieskich motyli nad łóżkiem. Nie przejmują się moją chorobą nic a nic, są pochłonięte budowaniem społeczeństwa egalitarnego; żyją zbyt krótko by móc dowiedzieć się, do czego to prowadzi.
Przychodzi ojciec ubrany w czarny mundur, krzywi się z dezaprobatą, kręci głową. Wezwali go do mnie prosto z dorocznego balu u senatora. Otwiera okno. Zbity z tropu oferuje, że poczyta mi “Naszą Szkapę”. Nie może wiedzieć, że doskonale znam “Naszą Szkapę”, bo jestem narratorem wszechwiedzącym. Nie mówiłem mu o tym, nie byłby zadowolony, nie taką umyślił sobie przyszłość dla swojego pierworodnego.
Matka zamyka okno i kładzie mi na oczach chłodne kamelie, żeby odwrócić moją uwagę od istoty rzeczy. Mówi, że jestem jeszcze na to za młody i pewnie ma rację. Zaniepokojona rosnącą gorączką, postanowiła wezwać Księdza Dobrodzieja. Jego szpakowata, szeroka jak łopata broda sprowadza mnie na powrót do rzeczywistości.
-Istnieje dwojaka śmiałość – szepce mi do ucha, łaskocząc mnie brodą w szyję – śmiałość płynąca z wyższości i śmiałość zrodzona z ciasnoty umysłu.
Chwilę jeszcze trwa tak nachylony nade mną tak nisko, że aż wstydzę się otworzyć oczy.
-Ma przebłyski – mówi wreszcie do matki. - Ma przebłyski, a to pozwala nam żywić nadzieję. Wiele zależy od poziomu wody Warty na Bugu we Włodawie. Musimy czekać, ale możemy być dobrej myśli.
-Co robić? - pyta zatroskana matka. - Co robić? Zamknąć okno, czy otworzyć?
-Tego nie wie nikt spośród żyjących. Proszę tylko uważać, żeby nie mówić przy nim wierszem, może na to bardzo źle reagować.
Zapadło milczenie. Wiał wiatr. Ksiądz Dobrodziej wyciągnął zza pazuchy święty obrazek i podał go matce:
-Proszę to włożyć w szparę w podłodze. I trzy zdrowaśki w jego intencji co osiem godzin.
-To pomoże? - w głosie matki słychać było powątpiewanie pomieszane z nadzieją.
Ksiądz Dobrodziej długo zwlekał z odpowiedzią:
-Czy pomoże... - powiedział w końcu. - Czy pomoże, tego nie wiadomo. Ale nie powinno zaszkodzić.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Mnie też się podobało, ale były fragmenty wymagające ogromnej koncentracji. Sprawiły to biegnące w wielu kierunkach myśli autora( i jest ok) ale również czasem zbyt długie zdania.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...