Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Siedzi zabka na kamyku
na kamyku przy strumyku.
Co czas jakis w wode wskoczy
by zaczerpnac ciut wilgoci.
Wszyscy o tym dobrze wiedza,
ze bociany zaby jedza
lecz ta zabka wbrew naturze,
choc to wielce nieslychane
zakochala sie w bocianie.
Mysli o nim w dzien i w nocy
~Moj kochany ,moj najdrozszy.
I choc bardzo go kochala
wzajemnosci nie doznala.
Od tygodnia nic nie jadla
a jej waga wielce spadla.
Nie rechocze i nie skacze
nic nie robi tylko placze.
Przyszly do niej inne zaby
by pomowic o tej sprawie.
Przyszedl nawet rak ciekawy
by posluchac smutnej zaby.
Godzin wiele z nia spedzili
tlumaczyli i radzili,
lecz rad zadnych zabka mala
nie sluchala,bo nie chciala.
I by wszystkim udowodnic
ze i bociam ja pokocha
zapomniala o przestrogach..
mowiac
~ W sercu milosc mam,nie trwoge
Rak i zaby przerazone
poszly kazde w swoja strone
zostawiajac zabke sama
z ta miloscia jej bociania.
No a ona rozmarzona
na brzeg drugi poplynela,
lecz nim z wody sie wynurzy
mysli sobie
Jaki duzy...jest ten bociek.
Jak uslyszy me wyznania
skoro jestem taka mala?
Ledwie siegam mu do kostek,
to nie bedzie takie proste.
Podplynala blizej brzegu
i na kamyk,hop wskoczyla
rozgladajac sie wokolo
swego bocka zobaczyla.
Ani chwili nie czekajc
podskakujac i tancujac
do bociana sie zblizyla
rechotajac oswiadczyla.
~Chcialam panu cos powiedziec...
Niemozliwe,nie zdazyla.
Jak to ,ale co sie stalo?
Bociek polknal zabke mala.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...