Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dzisiaj w poczekalni pojawił się nowy demon. Jest jakiś dziwny. Po pierwsze jest śmiertelnie poważny. Następnie odmówił wypicia z nami Zapoznawczego, co wprawiło nas w zupełne osłupienie. Po pierwszym zdziwieniu chłopaki zaczęli mu się naprzykrzać, ja jednakże stanąłem po jego stronie. Znałem dawno temu osobę, wspaniałą kobietę, która nigdy nie piła, narażając się na kpiny i szydercze uśmiechy. Nie zważając na nic wciąż trzymała się obranej drogi – nie zawsze słusznie, nie zawsze mądrze, ale trzeba to przyznać, bezmiernie konsekwentnie. Pogratulować.
Zaproponowałem mu zatem by przysiadł się do nas, gdyż przypadkiem jesteśmy właśnie w trakcie rozgrywania partyjki pokera.
- Jaka stawka? – zapytał.
- Niewielka. Kto przegrywa wypija karniaka! – rzucił szybko jeden z tych przeklętych, najbardziej niesforny, uśmiechając się przy tym iście demonicznie.
Przybysz skrzywił się okrutnie. Jednak czy to pod wpływem wrodzonej odwagi (w co wątpię), czy szeroko rozumianej wyższości istot trzeźwych nad pijanymi, oczywiście w ich mniemaniu (z czym jestem w stanie się zgodzić), zaakceptował. Ktoś zaproponował by „nowy” rozdał karty, lecz po kilku sekundach było jasne, że przybysz obok abstynencji od wodnego roztworu etanolu, stroni najwyraźniej od wszelkich gier karcianych. Gdy za trzecim razem karty wyleciały z jego niezgrabnych rąk na podłogę, słysząc już stłumione chichoty, coraz bardziej odważniejsze, zlitowałem się nad biedakiem i zaproponowałem, że ja potasuję. Z wyraźną wdzięcznością i ulgą podawał mi talię.
- Gramy w teksański klincz. Znasz? – zapytałem.
Po jego minie wiedziałem, że nie ma chłopak zielonego pojęcia.
- To nic. Wiesz, to bardzo proste. Każdy dostaję po dwie karty. I tu zaczyna się licytacja. Jeśli masz super karty, praktycznie rozgrywka może się skończyć na tym etapie. Ale tak naprawdę prawie nigdy się to nie zdarza. Jeśli już wszyscy weszli albo stawka jest sprawdzająca, to rozdający wykłada trzy karty na stół – wspólne dla wszystkich. I tu dopiero zaczyna się jazda. Rozumiesz?
- Mniej więcej.
Chociaż z jego miny wynikało, że gówno zrozumiał, kontynuowałem:
- I teraz jeśli wciąż pozostają zawodnicy, którzy się licytują i wyrównują, dostawiana jest czwarta karta. Jeżeli sytuacja się powtarza, to wtedy na stół trafia piąta karta. I już teraz to jest prawdziwa bitwa, dopóki ktoś nie sprawdzi, albo ktoś zablefuje na tyle przekonująco, że reszta wymięknie i powie pas. Okej?
Pokiwał co prawda głową, ale wiedziałem, że koleś nie rozumie ni w ząb o co tutaj chodzi. Oczywiście przegrał pierwszą partię. Musiał wypić. Niewątpliwie doszłoby do rękoczynów, gdyż nasz gość ponad wszelką wątpliwość nigdy nie pił i nie chciał tego zrobić. Wziąłem go na stronę. Wypił. Chyba coś mu zaszumiało, bo nagle zapałał chęcią rewanżu. Chłopaki oczywiście przyjęli to z nieukrywaną radością. Przegrał. Przegrał partię drugą, i trzecią, także czwartą i następne pięć, i kiedy już naprawdę zrobiło się nudno, ktoś zapytał:
- A ty stary, co ty w ogóle tu robisz?
- Ano, wiesz – zaczął, chociaż podejrzewam, że jego poziom promili oscylował wokół magicznej liczby dwa - jestem bo, chciałem, eee, co ja to chciałem? Aha. Nic no, w sumie to już nieważne, ale mam przepustkę na opuszczenie poczekalni dla niego – pokazał mnie palcem – ale to już chyba nieistotne, prawda? Prawda? Hej, stary polej-że, bo coś się opuszczasz.
Polałem. Wszystko było w porządku. Z powrotem. To już kolejny raz. Chociaż tym razem, gdy zgasły światła w poczekalni, a sen ogarnął większość moich demonów, wyrażający się poprzez ich rzęsiste chrapanie, wspomagane zapachem trawionego alkoholu, miałem rozterkę. Coś czego nie czułem od bardzo dawna. Nie pierwszy to demon, który dołącza do mnie. Nie, nie pierwszy. Wiem, że są te złe, te dobre i te średnie. Jednak nigdy nie stało się to co dzisiaj. Zapiłem dobrego.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...