Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 42
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


z mojego doświadczenia wynika, że nie.

bywam w szpitalach bardzo często, rzekłabym nawet - niezwykle regularnie od lat 20 (mam 22). mogłabym napisać wiele, opiszę tylko jedną sytuację:
PORANEK. bolą mnie nerki, to okrutny ból, związany z wrodzoną wadą. zwijam się, nie mogę (!) chodzić. jestem na uczelni. cudem przemieszczam się 200 metrów do przychodni studenckiej - nie chcą mnie przyjąć, leków żadnych nie podadzą, nie mogą. proponują no-spę - śmieję się im w twarz; potrzebuję Ketonalu! odsyłają do szpitala na Pradze: "Pani sobie pojedzie tramwajem".

na Pradze - nie ma akurat ostrego dyżuru nefrologicznego, odsyłają - donikąd. jestem zielona, roztrzęsiona, chodzę po ścianach. jadę na Bielany, do zwykłej przychodni pod moim blokiem - nefrolog jest. nie przyjmie - nie jestem zapisana, ale "Dwa kilometry stąd jest Szpital Bielański, przyjmą panią". autobusu, tramwaju z miejsca, w którym jestem, do szpitala - brak. idę na nogach, całą drogę płaczę, ludzie się na mnie gapią.

wchodzę do szpitala, nie wytrzymuję, z bólu kładę się na krzesełkach w poczekalni. mijają mnie lekarze, pielęgniarki - zero reakcji. leżę. jest troszkę lepiej, wstaję, idę do rejestracji, mówię co i jak, proszę o wizytę u lekarza (nie, właściwie już błagam jak pies!) - pani w okienku z uśmiechem mówi mi, że mogę zapisać się na sierpień (UWAGA! jest KWIECIEŃ). mówię, że chyba żartuje... niestety. jestem już tak wściekła, że ból nawet tak nie przeszkadza. wychodzę na zewnątrz, zapalam papierosa i wyję. obca kobieta, nie lekarz, nie pielęgniarka, tylko zwykła pacjentka jako jedyna zainteresowana pyta, co mi się stało. opowiadam. kobieta zdziwiona pyta: "nikt pani nie powiedział, że tu jest ostry dyżur? wystarczy przejść przez lasek! pomóc pani?". dziękuję i idę przez ten lasek.

jest. JEST ostry dyżur. kolejka zawija się ze dwa razy. staję, cierpliwie czekam. w końcu, w końcu moja kolej. pani w rejestracji zastanawia się, czy może przyjąć osobę ze śląska, idzie pytać koleżanek, wraca: "Dobrze, lekarz panią przyjmie". SUKCES. lekarz mnie ogląda, pyta co się dzieje, opowiadam co i jak, i że z bólu umieram. "Proszę iść do sali". idę do sali. pobierają mi krew, każą oddać mocz. no nie mogę, bo cały dzień nic nie piłam. ale ok, czekam. godzinę, dwie. w ciągu dwóch godzin nie przyszedł do mnie nikt, poza przesympatycznym studentem 4 roku medycyny, który jednak nie mógł nic sam zrobić i tylko sprawdzał co jakiś czas, jak się czuję. w końcu sama idę do lekarza. żądam kroplówki, tłumaczę lekarzowi jakiej potrzebuję, bo on nie wie. kroplówkę dostaję, leków przeciwbólowych - nadal NIE. wenflon założony tak "poprawnie", że zamiast podawać lek, krew idzie w górę - wiem, co trzeba zrobić w takich sytuacjach, więc radzę sobie, nie chcę "zawracać głowy" pielęgniarce, która na pewno ma poważniejsze sprawy. leków przeciwbólowych nadal brak. dochodzi do zatrzymania moczu, mój organizm zatruwa sam siebie. zero reakcji. kroplówka się kończy, sama proszę pielęgniarkę o drugą. nadal nie dostałam ketonalu. zbliża się 19, 20 - mam dość, siedzę już prawie 5 godzin!!! od 10 godzin mnie boli i nikt nie próbuje jakoś przeciwdziałać, mimo że byłam w CZTERECH szpitalach i doskonale wiedzą, co mi jest, bo wszystko powiedziałam, całą swoją historię medyczną, wyniki badań, zabiegi i podawane leki.

po 20 nie wytrzymuję, wyciągam sobie kroplówkę, wychodzę bez powiadomienia kogokolwiek, bez wypisu. nerka mnie już w zasadzie nie boli. sama sobie poradziłam. w domu biorę jakieś ibupromy i mam wszystkiego dosyć.

mam nadzieję, że to wystarczy...



ps. Emu Rouge, chcę napisać coś jeszcze, szczególnie dla Ciebie - w swoim życiu spotkałam masę lekarzy życzliwych i ludzkich, którzy obchodzą się z pacjentem jak z człowiekiem, a nie jak z taboretem. masz całkowitą rację, kiedy piszesz, że "lekarze są źli i dobrzy jak ogólnie ludzie" - święte słowa. niestety, zazwyczaj pamięta się tych, którzy potraktowali nas źle. ja tego opisanego wyżej dnia nie zapomnę chyba już nigdy:( ale z drugiej strony zawsze będę pamiętać też o tych, którzy tak bardzo mi pomogli, dzięki którym żyję. nie powiem nic odkrywczego, ale nie można generalizować, dlatego też nie lubię, kiedy mówi się "ta służba zdrowia, te darmozjady". lekarze, pielęgniarki też mają złe dni i mają do tego prawo, ale my też mamy prawo irytować się z powodu ich impertynenckiego czasem zachowania, kiedy umieramy z bólu (przecież wtedy nie panuje się nad emocjami) - jesteśmy tylko ludźmi i niestety każdy patrzy na innego człowieka z pozycji, w której się aktualnie znajduje:)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Tak, to prawda. Tylko dlaczego ten sam lekarz w przychodni na przykład, zachowuje się zupełnie inaczej niż w swoim prywatnym gabinecie, albo spółdzielni?
Opryskliwa jędza spytała mnie (było to dość niedawno) w pewnym. momencie o ubezpieczenie. Kiedy zobaczyła, że prowadzę własną firmę - zaczęła wypytywać (była widać zainteresowana) i to szczegółowo co i jak, niemal natychmiast zmieniając się w miłą do obrzydliwości kocicę.
Zaprosiła do prywatnego gabinetu, podając wizytówkę... i co - psińco, bo mnie zależało tylko na wypisaniu recepty.
Przyznam, że w swoim życiu spotkałem naprawdę niewielu prawdziwych, życzliwych i ludzkich lekarzy. Z tym, że większość z nich, to ci z prywatnych gabinetów. Więc porównanie wyjdzie raczej mizernie.
W swoim opisie z pobytu w szpitalu ograniczyłem się do kilkunastu godzin, a byłem tam jeszcze tydzień. Oj, byłoby o czym pisać. I to nie są opowieści do śmiechu.
Dlaczego akurat ten przypadek?
Bo akurat w tym - widać cały przekrój - od pielęgniarki po ordynatora. A więc, nie pojedynczy egzemplarz. To, że facet nie "zszedł" zawdzięcza tylko sobie i własnej trzeźwości umysłu, bo indolencja (przede wszystkim glukoza w kroplówce plus imieninki Krystynki, pijany lekarz, złośliwie zagięta igła) całej tej ekipy jednak jakiś obraz daje.
Inna sprawa, że ten gość też głupio zrobił, bo przed samym wyjściem podpisał jeszcze - panu ordynatorowi właśnie - oświadczenie (o dziwo, był to wydrukowany gotowiec) że wypisuje się na własne życzenie. Ordynator ponoć mu powiedział, że inaczej go nie wypuści. Ha ha - skandal.
Gdyby zrobił im porządną sprawę sądową, pewnie też bym mu pomógł.
Ludzie jednak się boją, bo lekarz w ich świadomości, to pan życia i śmierci.
Niestety.
Opublikowano

lekarze, których wspominam miło, to ci, którzy leczyli mnie w Centrum Zdrowia Dziecka - i faktycznie, chyba tylko o nich mogę powiedzieć, że traktowali mnie po ludzku.

reszta - chcę zapomnieć. a mogłabym napisać dziesiątki podobnych historii. również o mojej mamie, która przeszła takie upokorzenia, tak upokorzenia ze strony lekarzy, nie dlatego, że mieli zły dzień, nie potrafili pomóc, nie mogli - tylko brakowało im dobrej woli i skazali moją mamę na częściowy paraliż, który odpukać cofnął się, ale w każdej chwili może wrócić. mama nie wyleczy się już nigdy. lekarskie niedopatrzenia, błędy (np. podanie antybiotyku, który przy jej chorobie -bielactwie - jest zabroniony, bo powoduje, że skóra pali się żywym ogniem; dziwne, żeby lekarz o tym nie wiedział, bielactwo widać gołym okiem,nie musiał pytać, chociaż mama oczywiście mówiła, że to ma), zaniedbania są udokumentowane, sprawa w toku, mama walczy o odszkodowanie. ale nic nie wynagrodzi jej tego, co przeszła, tego że musiała błagać o recepty, skierowania, wizyty (oczywiście prywatnie). lekarze przyjmowali ją prywatnie w państwowych szpitalach, w państwowych gabinetach, w godzinach pracy!! nie, nie mogli przyjąć w ramach ubezpieczenia, bo nie było miejsc, ale jak tylko pytało się o prywatną praktykę, to wpuszczali do gabinetu od razu. nie mogę, kiedy przypominam sobie, co musiała znosić. ale co? miała unosić się dumą? no przecież ona chciała przeżyć! częstochowscy lekarze potraktowali ją jak szmatę, wmawiali, ze jest zdrowa, że sobie wymyśla choroby. batalia trwała ponad rok, choroba w tym czasie bardzo się rozwinęła, a gdyby zareagowano od razu, można ją było wyleczyć. kiedy po znajomości udało jej się dostać do bytomskiej kliniki i tamtejsza lekarka zobaczyła wyniki badań, jeszcze tego samego dnia położyła ją do szpitala i mama 21 dni leżała pod kroplówką z silnymi lekami. ale dla innych lekarzy była przecież okazem zdrowia! paraliż? no przecież pani przesadza! lekarka z Bytomia cały czas jest do dyspozycji mamy, o każdej porze dnia i nocy można do niej zadzwonić i poprosić o poradę. ale mama już nigdy nie będzie zdrowa - bo "przesadzała".

żałosne, żenujące, kiedy o tym myślę, bierze mnie najzwyczajniejszy na świecie wkurw!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie mam nic przeciwko temu, żeby sobie zarabiali Bazyl. Kelner też dużo zarabia, (jak umi) tylko na niektórych kelnerów mówią wykidajło - a wiesz dlaczego? Bo i w mordę można od takiego dostać.
Dlatego po knajpach lepiej latać w krawacie - bo podobnież, "klyjent w krawacie jest mniej awanturujący się" ;P

P.S.
Dlatego ja mam przesrane i w knajpach i w szpitalach już od samego progu - nie cierpię krawatów... i palantów. Dlatego "w TWARZ?" uderzyć się nie dam. No, chyba, że pawulonik mi się kiedyś trafi. To już amen.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ok, zamieńmy się, niech Ciebie napier***a i czekaj godzinę i pewnie nadal będziesz słoneczkiem radosnym i uśmiechniętym, ale ja nie i się wkurzam. Urodziłam dziecko, miałam skurcze 3 dni i nie płakałam, ze złamaną nogą - płakałam.

wiesz, wyobraź sobie że też pare razy coś mnie napierdalało a jakoś nie przyszło mi do głowy żeby komukolwiek wymyślać od złodziei.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



wiem, rozumiem, też bywam pacjentem, tez się irytuję. Przykro mi że coś takiego przeżyłaś, chociaż wcale mnie to nie dziwi, bo widziałam wielokrotnie osoby zwijające się w bólu w wielogodzinnej kolejce do jednego gabinetu lekarskiego. Przykro mi z powodu twojej mamy. Nikt nie jest nieomylny, do tego system jest beznadziejny. Ja pamiętam za to dobrze moją mamę, internistę, a od jakiegoś czasu kardiologa, która za każdym razem gdy z jakiegoś mniej lub bardziej zależnego od niej powodu nie udało jej się komuś wystarczająco pomóc, przepłakiwała przez pół nocy albo i dłużej. I zawsze mi powtarzała że każdy lekarz ma swoją alejkę na cmentarzu.
Dzięki za to co napisałaś:)
pozdr aga
Opublikowano

Emu R rozumiem że w swoich wypowiedziach bronisz swoją rodzinę, ale uwierz jest wieeelu lekarzy którzy odwalają takie szopki że to się w pale nie mieści.
Chodzilam do poradni, do chirurga który od zawsze ma wielu pacjentów, nie dlatego że jest dobry tylko dlatego że wielu ludzi potrzebuje (w zimie czy w lecie) pomocy chirurga. Jego stała śpiewa cokolwiek by się nie działo "masaże, ciepła-zimna woda, napinamy mięśnie, gipsik i za 3 tygodnie do kontroli" , przez taką głupią gadkę, moja żepka wypadła sobie 5 razy i mam zerwane przednie ścięgno krzyżowe. Cudo prawda ?
Znajomy który także był u tego lekarza i również dostał ten sam zestaw ćwiczeń został zapewniony że po 5-6 tygodniach bedzie mógł grac w piłkę (uraz kolana). Kolega wierząc lekarzowi zaczął grać w piłkę i ups, znowu doszło do kontuzji i musiał mieć operację , bo oczywiście lekarz nie skierował go na specjalistyczne badania, bo po co ?

Większość lekarzy to zakłamane świnie które chcą tylko zarabiać pieniądze na nieszczęściu ludzi. WSTYD !

Przychodnia znajduje sie w Gliwicach i zapewne Gliwiczanie dobrze wiedzą o kim mowa.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



nie wiem gdzie tu widzisz większość, skoro mowa o jednej osobie. Poza tym skoro wszyscy "wiedzą o kim mowa", to czemu ktokolwiek chodzi do tego chirurga. Wszędzie mozna się naciąc na niekompetencję, od fryzjera po prawnika. Nie uwierzę że jest jeden chirurg w Gliwicach, zwłaszcza że jest to bardzo blisko ośrodków akademickich, gdzie z pewnością ktoś zna się na urazach kolana. Po drugie, kolano już ma to do siebie, że jak się raz z nim coś stanie, to potem się lubi odnawiać. Nie mogę się wypowiadać nt tych sytaucji które podałaś bo raz nie jestem ortopedą, dwa - nie znam pacjenta. Sama miałam urazy obu kolan po nartach i snowboardzie i trafiłam do świetnego lekarza. Fakt, nadal czasem przy wchodzeniu po schodach czuję jedno albo drugie. I jestem całkowicie świadoma tego ze jeśli znowu narażę to kolano, to będę miała większy problem. Ale tak bywa, ludzie chorują, a lekarze leczą, co niekoniecznie oznacza pełne wyleczenie. Nie bronię nikogo, po prostu uważam że robi się nagonkę na lekarzy, opierając się na naciągniętych argumentach, ktore wynikają z nieznajomości sytuacji klinicznych i kompletnej niewiedzy nt medyczne lub co gorsza "pseudo wiedzy", która obecnie wszyscy ciagną z internetu i opowiadań znajomych. Ale ktos najwyraźniej musi być wynien twoich problemow z kolanem.

p.s. rzepka pisze sie przez "rz"...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



kolejna bajeczka dla dorosłych... chyba jeszcze większa niż "Na dobre i na złe"... ale sama jestem zakochana w "Ostrym dyzurze" i "Chirurgach", więc chyba nam potrzeba takich bajeczek;)))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Akurat te dwie sprawy są ze sobą zupełnie nie związane - nie oskarżam ich o to dlatego, że mnie bolało, mam inne powody.
Ale pokarało mnie już - spierdzieliłam się wczoraj ze schodów na tą samą nogę, i mój Boże, jak to pięknie chrupie....

a ja spaliłam sobie bluzkę żelazkiem i idę robic awanturę w sklepie
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



nie, ale z całej twojej wypowiedzi wynika że mniej więcej taki jest charakter twoich "ale" co do służby zdrowia. Ta dyskusja nie grozi konfliktem, przynajmniej z mojej strony. I nie ma nic wspólnego z lubieniem czy nie lubieniem, tylko z rzeczywistością, w której ktoś obrzuca kogoś błotem z powodu "negatywnego nastawienia". Ale oczywiście chetnie również skończe, bo nie jestem na tyle naiwna zeby liczyć na to ze zobaczysz "dwie strony medalu". Tyle że niefajnie jest jak ludzie nie zdają sobie sprawy z ograniczeń swojego punktu widzenia.
Rychłego powrotu do zdrowia dla nogi życzę, choć natura być może takiego cudu nie przewidziała:)
miłego dnia!!!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • @dwa123

       

       

      Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.

       

      Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.

       

      Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.

       

      Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.

       

      Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.

       

      Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses

      Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.

       

      Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię.

      @dwa123 opowiadanie jest świetne 

      Edytowane przez Poet Ka (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Poet Ka @Poet Ka @Poet Kadziękuję! Jak za smutne, to na odtrutkę;   Lata Miłości • 1962 Walc no. 104 (Paukenschlag) W pierwszej  wersji mego walca Jestem sam, lecz ty uśmiechasz się W tej perwersji tego walca Jesteś sama, lecz już dostrzegłem cię A Paryż sam nam rytm walca wybija  Paryż przygląda się i mierzy nam puls Paryż walcowi w takt bębenek podbija  Szepcze, szepcze mi obelg chlust, W ucha głąb, refren ten  jak z ust spust; To walc to trzy-takt Który wciąż sobie daje czas Który wciąż czas dla mas  Na boku lecz daje w gaz (fact!) By z drogi zboczyć ciut, Zebrać miłości miód,  Zboczyć z miłości w brud... I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i takt Gdy tańczyć go Abschmack Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć z niego Schmack  Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak  A potem walc, ten Pięcio-ksiąg, Który bynajmniej  nie powiem mnie wciągł I walc, co ma dwudziestki smak, Dziwny niepokoj w sobie ma,  Verfremdung oraz Angst, Ale o wiele lepiej życie zna  Niż walc Osi wszystkich państw  I czaru mu nie brak Posuwny cztero suw i szlak Gdy tańczyć go Abschmakt Choć tańczyć go trudno tak Ma świetny gust, choć schmuck Jest jak ów trojga pakt Ten walec z czterech-pak Walc, co na lat dwadzieścia brzmi Walc, co z dwudziestu rur grzmi A teraz walc dla sto-nóg  Walc pał uderzeń stu, co w stuletni puka próg  Walc tu letni nieco już I na koniec sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Ten walc tysiąca stóp  On tkwi na skrzyżowaniu dróg W Paryżu, sam jak słup Wiosną, gdy ciągnie chłód Ten walc nie jest wciąż kaput  Choć w tysiące idzie trup  Ten walc tysiąca stóp Walc tysiąc razy Verruckt! I na koniec  sam zostawiłem wam walc z tysiąca nóc, czystą przyjemność dla ócz Walc, com go chciał tysiąc razy stłuc  Czekalem czasu szmat Lecz w końcu masz dwadzieścia lat I ja też niejeden wziąłem bat  Walc jak szkoła - jedna na tysiąc lat Walc snuty z tysiąca rad Walc na tysiąc rat  Tylko zakochanym daje się wczuć (Trzysta trzydzieści trzy to pół Z sześćset sześćdziesiąt sześć, jak wół) W życie z rozspisem ról  Walc ci prawdę powi: chcesz zgarniać koła pół Bycie wierszopisem rzuć! Zakończenie La lala la, la lala Lala la la lala... La la la la, la la la la la la la... Skończyłem  
    • Przeźroczysty duch  Spółka  Brytwanna    Nie    Topisz się    Wleciało    Może to ptak a może ciało   
    • Umoczyć skrzydła białe, ociężałe Wiotkie Balustrady chłodne stopnie, marmur blady pod stopą topnie  Nieprzytomnym ostrym okiem  Ujrzeć - to trup, zabity orzeł  Tłumok zdechł samotnie Leży wygodnie Pośród porośniętej świetlnej trawy  Pośród jakiś strzępów, ruin ludzkiej sprawy  Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Więc tak zagra   Kręć, kręć skrzydła białe, stopy białe wiotkie, nagie  Przebrnęły kółko po zimnym betonie szarym  Przemknęły przez schody - cóż widzę, sale?  Sale puste, zapomniane…  Jeden człowiek stoi  I mówi, wciąż plącze słowa, dumnie się wystroi  Jakby mu się udało zatrzymać  Nagły zryw zaciśniętych ogromnych sal  Wyjrzyj tam - puste sale wielkich fal  Fale się odbiły, w gładkiej sali na fali Fale….. i wciąż ogrom fal Niedokończonych marzeń, ambicyj  Przepadniętych planów, zmordowanej  Iskry! Gnają! Będą wbijać na pal, wrogów na pal!  Pali się serce, w głowie sto myśli gna Czy to czystość tych zapałów, czy to brud Tej piekielnej broni odzew, krew bratnia się przelała! Nie ostatnia się przeleje….  Jakiś szmer, dygotanie serca zmienia się  W bas! Wali! Wali! Każdy strzał Basem wali każdy szmer  Urwał się sali sen Zerwał pajęczej nadziei sen, powstańca  Wymazali państwo - zostawili wygnańca  Jak psa! Lecz znów….  Jakiś szmer, pali się serce, sto myśli gna Serce się palić nie chciało… lecz zimne  I prosto!  I uporem!  I pragmatycznie!  I nie zachwiało!  Zerwało sukno obcej ręki wrzask i trzask, kłódka zerwana!  A druga się zamknęła,  Acz o niej mówić nie będą, zbyt mocno schowana   Pod stopami czysta trawa  Trwa zabawa pełnego lata Zabrali broń, czysta jest już skroń  Słońce jednak ciepły puch zabrało Skryte w zimnym błękicie szarym, smęt  Będą nam zwłoki innych zwierząt pod stopami stać!  Zauważywszy głowę trać!  W nogę dać!    Skrzydeł nie było, ciężkich czy lekkich  Tych bujnych, majętnych, przepychem wypchanych Nie było skrzydeł białych, tych mętnych  Ledwie zarysowanych, smętnych  Nie było nawet zimnej balustrady….  Był ryk i grom! I spadły żagary  I nic poza tym…. przepadły zamiary Bo kłódka zamknięta, ta mała schowana Na dnie mego serca rozgorączkowanego wybrzmiała  Jako wielka skrzynia złota, tajemna  Klucz do niej mam, czuj duch!  Duchem opamiętam braci wszystkich serca
    • @dwa123     Nocą to miasto również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości przed nadchodzącą nostalgią. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffè Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocnych marków, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.   Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem je w nadziei, iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. Zamiast tego znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.   Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak nienawidziła. Natomiast ja czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.   Moje marzenie o Alice przerwały schody na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu, z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem tam, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem szukać miejsca, aby usiąść. W Nowym Jorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe.   Wreszcie, gdy je znalazłem, otworzyłem czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki. Zadowolony z  szybkiego znaleziska, przystąpiłem do lektury. Była nią książka The Great Gatsby. Zakochałem się w niej, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.   Kiedy znów w mojej głowie kłębiły się myśli, postanowiłem zaprzestać z tym tragizmem, zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca postać punka z różowym irokezem, mnóstwem tatuaży z czaszkami i nazwą kapeli Guns N' Roses Kilka stacji później wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, bywały jeszcze gorsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, drzwi automatycznie się otworzyły.   Kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która miała za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, obserwując detale miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety, którą kiedyś kochałem. Gdy w końcu je otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś mogłem tu usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać Światło księżyca. Teraz nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię. @dwa123 opowiadanie jest świetne 
    • @dwa123   Zgodnie z prośbą, proponuję poprawę. Myślę, że nie piszę lepiej, ale zawsze jest nam trudniej poprawiać własne prace. Wolimy, żeby zrobił to ktoś inny.   Nocą to miasto,(?) (interpunkcja) również tętniło życiem, a powrót do domu był chwilą radości, (interpunkcja) przed nadchodzącym koszmarem. Wychodząc z pracy, każdej nocy mijałem Caffé Reggio. W powietrzu można było poczuć zapach świeżo mielonej kawy o północy. Często widywałem tam studentów, artystów i nocne marki, a wystrój kawiarni przyprawiał mnie o dreszcze- uwielbiałem takie klimaty.   Maszerując w stronę stacji, sprawdziłem kieszenie starego płaszcza. Z zapałem przeszukałem kieszenie z nadzieją (w nadziei), iż znajdę tam jakieś banknoty, aby zapłacić za bilet. W zamian (zamiast tego) znalazłem stary bilet do metra. Zerknąłem na niego, sprawdzając datę i godzinę. Próbowałem wrócić myślami do tamtego dnia.   Przypomniało mi się spotkanie z nią. Piękną Alice. Miała rude kręcone włosy, zielone oczy, kilka piegów na nosie, bladą cerę, której tak bardzo nienawidziła. Natomiast ja tak bardzo czułem szaleńczą miłość, ilekroć mogłem ją zobaczyć. Podziwiałem jej uśmiech, dołeczki i te iskry w oczach, gdy w jej głowie powstawał co rusz jakiś nowy pomysł.   Moje marzenie o Alice przerwały schody,(?) na dół do metra, bo prawie zleciałbym i złamał nogę. Gdy mój umysł już wrócił na ziemię, powędrowałem w stronę peronu (przecinek) z którego miało odjeżdżać metro. Gdy dotarłem na peron, akurat mogłem do niego wsiąść. Wsiadłem do środka i szybko zacząłem poszukiwać miejsca aby usiąść. W Nowym Yorku znalezienie miejsca w metrze i to jeszcze siedzącego graniczyło z cudem. To tak jakby wygrać szóstkę w lotto, prawie niemożliwe. Wreszcie, gdy znalazłem miejsce siedzące, otworzyłem swój czarno-skórzany plecak w poszukiwaniu książki.   Zadowolony swoim (ze swojego) szybkim znaleziskiem, przystąpiłem do lektury. Była nią (książka) The Great Gatsby (cudzysłów lub kursywa) Zakochałem się w tej książce, bo przypominała mi moją historię miłosną z Alice.   Gdy znowu do mojej głowy nabiegały (wszelakie?) myśli, postanowiłem zaprzestać temu tragizmowi (z tym tragizmem), zacząłem przyglądać się ludziom w metrze. Przede mną siedziała starsza pani, która rozmawiała ze swoim wypchanym kotem, oraz dziergała sweterek na drutach. Obok mnie była lekko przerażająca mnie (powtórzenie) postać,(bez przecinka) punka z różowym irokezem , mnóstwem tatuaży w czaszki i nazwa kapeli Guns and Roses (kursywa).   Kilka stacji później, do metra wsiadł mężczyzna przebrany za tygrysa, a za nim cztery dziewczyny niosące ciężką czerwona sofę. Pomyślałem sobie, że już nic mnie nie zdziwi, przecież tyle razy jeździłem metrem, były jeszcze dziwniejsze widoki. Wreszcie nadeszła moja stacja, więc wstałem, podszedłem do drzwi, a one automatycznie się otworzyły (to warto przeredagować).   Po wyjściu z metra kierowałem się ku wyjściu, ale w bardzo powolnym tempie, aby spowolnić moją mękę, która ma (miała) za chwilę się zacząć. Powolnym spacerem, rozkoszując się urokami miasta, dotarłem pod drzwi domu. Były zielone, jak oczy kobiety którą kiedyś kochałem.   Gdy w końcu otworzyłem drzwi domu i zatrzasnąłem je za sobą, nastała głucha cisza. Niegdyś w tym domu mogłem usłyszeć śmiech Alice, dźwięk pianina, na którym lubiła grać światło księżyca (wstawić prawidłowo tytuł). Teraz nastała pustka, smutek a ja w niej od lat tak tkwię (nastał smutek oraz pustka, w której od dawna tkwię).
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...