Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano



Powiedzmy sobie uczciwie:
nastały czasy, kiedy nawet kilkuwyrazowe haiku stało się niczym
nie uzasadnioną rozrzutnością słów wynajmowanych od Słownika
będącego przecież własnością także innych ludzi. Proszę rozejrzeć się dookoła:
zaczyna brakować nie tylko lasów, łąk, czystego nieba, węgla, ropy i gazu,
ale przede wszystkim nam, żyjących w takich czasach, zaczyna brakować słów
by opisać to, co nas spotkało.
Toteż przynajmniej my zacznijmy oszczędzać je dla kolejnych pokoleń poetów,
zanim wypiszemy wszystkie i pozostanie im tylko kiwać głową w milczeniu.
Zdajmy sobie zarazem sprawę, że tak, jak ciężko zrezygnować człowiekowi
z dobrodziejstw posiadania samochodu bo podobno światowe zapasy ropy naftowej
oblicza się na zaledwie kilkadziesiąt lat - tak i nam poetom, ciężko będzie
ni stąd ni zowąd przestać pisać tylko dlatego, że niby wszystkie tematy
zostały już niemal dogłębnie wypisane.

Niniejszym podaję trzy podstawowe techniki pozwalające oszczędzać słowa
używane do budowy utworów literackich.

Sposób pierwszy
polega na takim konstruowaniu wiersza, aby wyrazy zaczynały się kolejną literą alfabetu:


abecadło satanistów

Apollyon Belzebub, cmentarniany ćwieczek,
dręczył ewentualny farmazon główeczek -
hamował ideały jedności kościelnej
lepszymi łakociami małpiatki naczelnej:
odłowiwszy ówcześnie pluskające Ryby
słał świat tępo u wrót złych źródełek Życzliwych



Jak widać, napisane w ten sposób wiersze składałyby się ze ściśle określonej
liczby wyrazów, co pozwoliłoby przynajmniej na jakiś czas oddalić kryzys twórczy
zagrażający przyszłym wyimaginowanym światom.

Sposób drugi, czyli technika polegająca na oszczędzaniu liter alfabetu
użytych do napisania wiersza, daje jeszcze większe oszczędności:


chłoń

jem liść kóz
bądź prężny staw fug


Zauważmy, że do napisania powyższego utworu zostało użyte - włącznie z tytułem -
zaledwie po jednej z liter alfabetu. Poeta albo pisarz, który przekroczyłby
taki limit, mógłby być skazywany w zależności od wykroczenia, powiedzmy na kilka,
kilkanaście lat niepisania, włącznie z dożywotnim zakazem tworzenia.

Sposób trzeci jest kombinacją sposobu pierwszego z drugim, czyli pozwala
np. natchnionym poetom na płodzenie w czasie weny wielu wielowyrazowych wierszy,
ale tylko w obrębie tych samych liter:


erotyk

knocą
sioło
Japonistek



osioł

spotkanie J
okryte
nocką


W tym przypadku do napisania drugiego wiersza (a może pierwszego?)
zostały użyte anagramy słów pierwszego (a może drugiego). Ileż słów,
pisząc w taki sposób, zostałoby zaoszczędzonych dla potomnych!
Jednocześnie powyższe dwa wiersze są przykładem, jak odtąd
będziemy je interpretować: bierzemy na przykład do ręki "Iliadę"
i próbujemy odczytać z wszystkich użytych w niej słów anagramową, nową treść.
I tu z pomocą przyjdą nam komputery, bo czy nie po to właśnie Bóg stworzył je
naszymi rękami, abyśmy mogli zacząć cofać się do początku:
do Pierwszego Słowa (a może Drugiego)?


Opublikowano

-:)))))))))

-dodatkowo aby zaoszczędzić słów można, co ja mówię, należy, stosować skróty:

idiota+idol=idiol

co w zapowiedzi konferansjera brzmiało by tak:[color=#FFA500] przed państwem, mistrz humoru wojewódzkiego, wasz idiol...[/color]

Idiol - ładne słowo a zarazem 50% oszczędność podstawowych jednostek poetyckiego wyrazu - liter.

- pozdrawiam. :))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


dobra kontynuacja w dziedzinie rozrywki :) sam skupiłem się na poezji bo wiadomo - poeta
jest prekursorem nowego myślenia. a w mediach już dawno stosują coś podobnego, tylko
oczywiście prozaicznego, i tak np. zamiast program pierwszy, piszą: TV1.
zamiast "aresztowano takiego to a takiego piłkarza, mieszkającego tu i tu w stolicy Wielkopolski",
podają: "aresztowano Piotra R. - zawodnika Lecha Poznań"
jednak już na tych przykładach widać, że poezja to jednak coś więcej niż proza
i nawet w skrótowości poeta pozostaje poetą ;)
Opublikowano

Orwell byłby zachwycony i dumny z takiego obrotu sprawy, jako kontynuacji jego ponadczasowych wizji. ;))
Co tam Orwell - protoplaści IV RP w swojej wysublimowanej umiejętności tworzenia absurdów wprowadziliby ten fantastyczny pomysł natychmiast w życie. Już widzę, jak im szczęki opadają z wrażenia. Tak, jak za czasów Gnoma, zamiast "towarzyszki, towarzysze i obywatele..." - a, b i czasem c wygłaszano by - z prawdziwą satysfakcją. "d" - byłoby w ograniczonym użyciu (z wiadomych względów). Podobnie jak g, ch, k itp. Każdy literat, czy grafoman miałby obowiązek posiadania pióra, zawierającego kamerę, połączoną bezpośrednio z BZDET (Biurem Zabezpieczeń Departamentu Etymologii Tekstu) DUP - OOiJSP (Departamentem Upowszechniania Poglądów - Oczywistych Oczywistości i Jedynie Słusznych Poglądów i Komisją Uzgodnień i Pouczeń Administracyjnych (KUPA).
Pięknie. :)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


koniecznie! i nie chodzi o poezję, tylko narzędzia służące jej przekazywaniu i utrwalaniu.
litery (atomy) i słowa (cząsteczki) z których jest tworzona. jeszcze całkiem niedawno
ludziom wydawało się, że taka puszcza albo ocean nie mają końca.
dziś naiwnie byłoby sądzić, że podobnie jest z pisaniem ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


pozwolisz, że zamieszczę Twój wykład jako przykład archetypowego podejścia do kryzysu twórczego ;)
tak, właśnie w ten sposób skracało się i nadal skraca wiele wyrazów. jednak dziś, kiedy pisać potrafi
każdy, a na dodatek nierzadko pisze za dwóch, trzech - takie wybiórcze oszczędności przestały wystarczać:


W-WA

Kto pisze zamiast Kraków - K-ków?
Nikt. Nie ma w Polsce takich kpów.

Komu by wlazło w mózgownicę
Na K-wice zmieniać Katowice?

Czy kto z Bydgoszczy robi B-oszcz?
(Jeżeli robi, to go schłoszcz).

Albo z Białegostoku - B-stok?
(Dostałby za to butem w bok).

Czy jest gdzieś znane jakieś Z-ane
Czy ktoś tak skraca Zakopane?

Nie ma też u nas takich praw,
Żeby z Wroclawia robić W-wa.

A skądże ta nauczka zła,
Zamiast Warszawa, pisać: W-wa?

Kto to wymyślił, licho wie!
W War-sza-wie mieszkam, a nie w W-wie!

Kto z ośmiu liter robi trzy,
Mam go za cztery. Nie chcę W-wy!

Kto o Jej imię dobre dba,
Pisze: Warszawa, nigdy W-wa!

A który z was napisze tak,
Ten nie warszawiak jest, lecz wwiak.

(Prawda, mój Wiechu, że to śmiech?
Prawda, że jesteś Wiech, nie Wwiech?)

- Kocham Cię, piękna! Kocham, o
Stolico moja (A nie st-co!)

Wiwat WARSZAWA! Czcijmy Ją!
Precz z obrzydliwą, głupią W-wą!


Julian Tuwim


ograniczenia nie mogą sprowadzać się do nazw miejscowości, klubów, imion (J.Kowalski)
tylko powinny obejmować swym zasięgiem każde zdanie, czy nawet - o czym poniżej - słowo (ł)


Teoria ogonowa

Szukając oszczędności w pisaniu pamiętajmy, że skróty miejscowości, inicjały,
czy nazwy mające rodowód w pierwszych literach długich czasem nazw (NATO, NASA, PZPR, itd.)
nie wpłynęły znacząco na rabunkowe wręcz gospodarowanie słowami.
Najwyższy czas, aby w literaturze i poezji zacząć wprowadzać teorię Hankla i Bicepsa
sugerującą, że żadne zwierzę na Ziemi nie posiada ogona - to ogon
w mniejszym lub większym stopniu posiadł swoje zwierzę!

Według Hankla i Bicepsa ogon stanowi centralną jednostkę
organizmów żywych, wpływając nie tylko na ich rozwój fizyczny, ale
również na psychikę i sposób pojmowania otaczającego świata.
Jako przykład uczeni podają lemura, użytego przez nich do badań.
Jak się okazało, w pierwszej fazie, tuż po dostarczeniem badaczom dorosłego lemura
przez Biuro Podróży "Madagascar Couleur Locale" był on, jako przedstawiciel samców
posiadaczem, czy raczej: był on posiadany przez dwa ogony,
co zresztą odzwierciedlał niespożytym wprost temperamentem.

Zaraz po zameldowaniu się w lewym skrzydle laboratorium Hankla i Bicepsa
lemur żywo interesował się wiszącym na ścianie klatki kalendarzem z roznegliżowanymi lemurzycami,
a nawet językiem migowym nie raz i nie dwa wyrażał swoje myśli wywołując zgorszenie
starszych wiekiem sprzątaczek i chichot wśród młodszych.
Jego usposobienie zmieniło dopiero doświadczenie Hankla i Bicepsa w wyniku
którego lemur pozostał tylko z jednym ogonem. Od tej pory przesiadywał
osowiały w rogu pomieszczenia nie zwracając na kalendarz najmniejszej uwagi,
zaprzestał też prób porozumienia się z otoczeniem za pomocą języka migowego,
czyli pokazywania machaniem ręką w te i we wte o co mu chodzi.

Doświadczenie potwierdziło domniemania notabene ogona Hankla i Bicepsa
i dzięki niemu uzyskali pokaźne dotacje państwowe na dalsze badania nad ogonami peletonów,
eksperymentowali sporo z aktorami grającymi ogony (grywać ogony oznacza
w środowisku aktorskim grywanie ról drugorzędnych, nie dających pola do popisu),
przeprowadzili szereg obserwacji nad ludźmi oganiającymi się od much, komarów, domowych spraw,
czy wreszcie małżeńskich obowiązków.

W końcu badania nad ogonem doprowadziły do tego, że to właśnie ogon poróżnił Hankla i Bicepsa.
Po rozwodzie z żoną pierwszy założył Sektę Najwierniejszego Ogona - niechaj ogon zawsze będzie przy nim -
i wkrótce słuch o nim zaginął.
Drugi przeprowadzał intratne operacje przeszczepiania kości ogonowej kobiet i ogonów mężczyzn w bardziej widoczne,
reprezentacyjne miejsca. Jego wystawy cieszyły się olbrzymim zainteresowaniem i to nawet kościoła katolickiego
(słynna "Encyklika potępiająca ogony Bicepsa w świetle dziennym"). Chętnych do przeszczepów nie brakowało,
wręcz przeciwnie: brakowało wyjątkowo pięknych ogonów, co tylko potwierdzało
wyjątkowość i hegemonię tychże nad posiadanymi przez nie zwierzętami.

A jak ma się teoria Hankla i Bicepsa do piszących wiersze, powieści, ale i listy miłosne?
Jeśli przyjąć, że żadne zwierzę na Ziemi nie posiada ogona, tylko ogon
w mniejszym lub większym stopniu posiadł swoje zwierzę - można wyciągnąć wniosek, że podobnie
jest... z przecinkami. Zwłaszcza Polacy narażeni są na uleganie atawizmom zwierzęcym
podczas erupcji twórczej ze względu na licznie występujące w języku polskim tzw. ogonki (ą,ę, itd.)
Stąd liczne kłótnie na forach, utrzymane w ostrym tonie pisemne ponaglenia uregulowania długów
(dług - literka "l" z ogonkiem!)) bankowych, czy nieprzyjemne debaty w Sejmie (zauważmy, że nie bez powodu
np. pan Donald Tusk wydaje się być bardziej zrównoważonym politykiem niż pan Jarosław Kaczyński).


Na zakończenie parę reguł Hankla i Bicepsa popartych rozlicznymi doświadczeniami na ogonach:

- ogon do kwadratu równa się stajnia
- ogon do koła odpowiada jednemu kieratowi
- dwa ogony równają się samcowi (liczne wyjątki, np. samice z lisem okręconym wokół szyi)
- ogon razy ogon to tak zwane klapsy
- antyogon = kochanek żony




Pozdrawiam i póki co,
niechaj ogon nigdy nas nie zawiedzie!
(mam oczywiście na myśli mężczyzn jak i kobiety -
te może nawet bardziej? )

Z poważaniem,
de Wstrentny



Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


No dobra w Twoim przypadku - się zgadza, jednak... nie wszyscy potrafią pisać. Mimo to, a może właśnie dlatego... piszom. Jeden taki (literat, zdaje się, czy cóś) odgrażał się nawet, że książkę napisze. No i czekam, a tu nic. Po sądach włóczom. Posiedziałby, napisał w końcu.
Dzięki za Tuwima. Radio wawa... ech!
;)
Opublikowano

Wstrentny
proszę, przeczytaj ostatni tomik poezji - Gubione - jednej z najwybitniejszych współczesnych
poetek Krystyny Miłobędzkiej, stawianej na równi z Tymoteuszem K. i Mironem B.
i przymierz to, do tego tworu.
:(((
Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


No dobra w Twoim przypadku - się zgadza, jednak... nie wszyscy potrafią pisać. Mimo to, a może właśnie dlatego... piszom. Jeden taki (literat, zdaje się, czy cóś) odgrażał się nawet, że książkę napisze. No i czekam, a tu nic. Po sądach włóczom. Posiedziałby, napisał w końcu.
Dzięki za Tuwima. Radio wawa... ech!
;)
oszczędza słowa ;) pamiętasz może początek filmu "Wejście smoka",
kiedy to Bruce Lee płynie na wyspę aby wziąć udział w turnieju karate?
ktoś pyta go, jaki styl walki preferuje, a on na to, że walkę bez walki.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


wiesz, ile wierszy napisano już w naszym języku? tymczasem "abecadło satanisty" jest prawdopodobnie
jedynym trzynastozgłoskowcem napisanym w taki sposób, a "wiersz anagramowy"
równie oryginalnym pomysłem (zresztą, w polskim języku ogólnie występuje bardzo mało anagramów).
skoro ktoś wpadł na pomysł pisania palindromów (zdaje się, że już starożytni), to czemu nie można
spróbować tworzyć tekstów anagramowych - bliźniaczych?
co do wiersza zbudowanego z wszystkich niepowtarzających się liter alfabetu (а,ą,b,c,ć,d...)
- z tego co wiem, zorganizowano na taki kilkadziesiąt lat temu ogólnopolski konkurs,
ale warto o tym przypomnieć w ramach kryzysu twórczego i "oszczędności słów" ;)
aha, zauważ przy okazji, że jest to ciekawa analogia i nawiązanie do tego, z czym boryka się
ostatnio nasza cywilizacja, a co wydaje się być tylko paradoksalnym odwlekaniem
nieuchronnego końca. pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ma to nawet swoją nazwę: pangram. Patrz tu: www.pl.wikipedia.org/wiki/Pangram

Masz łeb, nie ma to tamto. W moim tylko siano.

Pozdrawiam.
przesadzasz z tym sianem. często tu prezentowałeś bardzo fajne i specyficzne
poczucie humoru w wierszach a to najważniejsze. że czasem obrywasz za to?
jak to indywidualista, ech! :)
wracając do Barańczaka - w "Pegaz zdębiał" pije on do "Pegaz dęba" Tuwima, gdzie
Julian nawiązuje z kolei do pangramów i palindromów staropolskich, między innymi
znanego najbardziej "kobyła ma mały bok", a co, nawiązując zarazem do lustrzanek
używanych w jego czasach, ja ująłem z kolei tak ;)



Tuwim w atelier -
kob yłam am ałybok
na starym filmie



Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wstrentny,
i Ty w to wierzysz?
Nie ma końca, tak jak i początku,
to tylko nasze owadzie umysły zostały tym skażone.
Pozdrawiam

nie chodzi o to, czy w to wierzę. ja tylko takim tekstem odzwierciedlam podobnie
absurdalne pomysły i próby by cokolwiek zmienić, na przykład odwrócić
skutki efektu cieplarnianego i cofnąć topnienie lodowców.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


O to to!


Jak we śnie płynął czas
płynął... płynął i płynął...
a ludzie na pokładzie,
większość z kamienną miną.

Zaś dookoła - może:
może to? może tamto?
- płynął po możu płynąc
czas we śnie ludziom wartko

by, gdyby nie ich miny
ciężkie, aż głębinowe -
o którąś wreszcie: bach!
i płynąć dalej nie może,

aż ozwał się: Bóg. Odchodząc
słońce ugasił w możu:
- do diabła z tymi co mieli
serca cięższe niż rozum!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




:))))))))))))))
:*



Do Magdaleny*

Azali bydlę przaśne, swawolne na pysku,
Śliną dwojga ozorów zlizując ślad cieczki
Bój samotrzeć toczyło przy zlękłym drzewisku
O to, kto je oskubał: owce czy owieczki.

Tak wszędy roztropując, wzdy swe piszę sobie,
Z kory lipy wycieram co pod lipę wrosło,
Z martwego literuję imię jak posłowie -
Pióro pierzem okrywa myśli, jako wiosną:

Ukaż mi się, Magdaleno, ukaż twarz swoje,
Twarz, która prawie wyraża róża, oboje.
Ukaż złoty włos powiewny, ukaż swe oczy
Gwiazdom równe, które prędki krąg nieba toczy.

Nie słucha Magdalena, wtulona w szum lipy!
To pąkiem zeń wystrzela i na pszczoły czeka
Lub wraz biegnie ku ziemi, w korzeni ciemnicy
Soków szukać nie dla mnie w ciele swym, grzesznicy.

Czego ja pragnę? O co ja nieszczęsny, stoję?
Patrząc na cię, wszystką władzę straciłem swoje:
Mowy nie mam, płomień po mnie tajemny chodzi
W uszu dźwięk, a noc dwoista oczy zachodzi.

Z lipy papier mi czynić, czy to jeszcze mało,
Dyć trochę w nim pobędzie bo drzewo syciła...
- Tak piórem imię skrobiąc one mi skrzypiało:
Tu, w słowie Magdalena, Magdaleny - ni ma.




* fragmenta kursywą pochodzą z wiersza Jana Kochanowskiego pod takim samym tytułem.
może Janowi z Czarnolasu też muzowała jakaś Magda, która nie istniała poza samym ismieniem? :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne.    W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba.    Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.   Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.   Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.   Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.   - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?   - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy.    Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód.    - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty?    - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…   - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.   - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem.    Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną.    - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…   - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.   Ojciec roześmiał się ciepło.   - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.   Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.   - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna!    Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.   - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.   - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.   - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon.    - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie.    - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.   Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.   Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności.    Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.
    • @Nata_Kruk to prawda , te tak uważam.   
    • @huzarc.. to, co w wierszu, to .. trwanie... czasem cholernie  trudne, bo.......

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... na władzę przymykam oko.. ale być odpowiednią funkcją, czemu nie.
    • @Radosław   Bardzo dziękuję! Pozdrawiam. :)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... ponoć, jest jednak niepewność, a życie czasami potrafi pokrzyżować... Od tego.. my.. żeby prostować zawiłości
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...