Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kodżo nie pisał wierszy, nie układał pieśni, ale tłukł się z drewnem po całej Polsce. Zarabiał na życie opiewając witryny sklepów z tanią odzieżą, robiąc za żywą reklamę bielizny, atrykułów metalowych, irlandzkich pubów. Im dziwniejsze zestawienie tym łatwiej było Kodżowi przytulić parę złotych. Znikał z szeregów naszej paczki i pojawiał się jak duch zawsze wtedy, kiedy widząc wokół siebie utarte twarze miewałem odruch wymiotny. Z nim mogłem odpocząć, nabrać sił, zaczerpnąć oddechu na ścieżkach pobliskich wiejskich lasów.
Tak, Kodżo był typem włuczęgi wieśniaka. Sam dla siebie nazywałem go Mc Wieśniak. Przyłaził do mnie nieogolony, upaćkany krowim łajnem, śmierdzący Robinson z popegeerowskich wiosek. Mieszkał tam tygodniami. Żywił się karykaturą szarańczy i tym, co wykopał w ziemi.
Chcąc spędzić z nim trochę czasu musiałem dotrzymywać mu kroku. Nie robiłem tego by go uczłowieczać, ale zwyczajnie, by wyrwać miastu moje dawno znoszone zwłoki. Pojechaliśmy najpierw do jego babci Cebulowej. Babcia Kodża była kulinarną awangardą i gatunkiem garkuchty na wymarciu.
- Może źjecie co? - zapytała starowinka, gdy stanęliśmy w progu.
- Nie, my nie głodni. - rzuciłem nie chcą sprawiać kłopotu.
- Mam tako zupe s cebulo. Źjecie. I arbatku wam zrobię. Ciasta ja napiekła, babku znaczy się. Pójdę ja zrobić.
Kodżo uśmiechał się do mnie, zacierał ręce i machając wiosłem gitary nad stołem już nucił balladę, by nas trochę zdopingować. Śpiewał zazwyczaj coś kulinarnego, aby złagodzić zdeżenie z zabużańską kuchnią babci Leonki.
Babcia Leonka była stareńką, schorowaną kobietą, przechyloną prawie do podłogi, ale myliłby się ten, kto zwiedziony jej wyglądem uznałby, że już stoi nad grobem. Trzeba było mieć końskie zdrowie, by przeżyć tyle chorób, których procesje przechodziły mi przez głowę,
gdy moja wrodzona kultura osobista nie pozwolila odmówić posłuchu babcinym opowieściom. Wtedy to dowiedziałem się, że istnieje ich aż tyle i obudziło sie we mnie szczere współczucie dla zawodu wracza.
Wszystko co dostałem uniej do jedzenia obowiązkowo było z dodatkiem cebuli. Zupa fasolowa, choć cebulowa, ale jak się okazało w smaku przepastna. Na drugie ziemniaki z mięsem i cebulą do smaku. Pajda chleba na zakąskę ze swoiskim masłem, oczywiście z cebulą. Na deser babka cebulowa z rodzynkami. I jeszcze zapiekanka z grzybami i cebulą.
Po takim żarciu szczypało w oczy jak po dobrym pierdzeniu. Nawet sama babcia ubrana była na cebulę - swetr na swetrze, skarpeta na skarpecie.
Smaku tej kulinarnej rozpuście dodawało jej siarczyste pociąganie nosem. Kiedy poszła zrobić herbate, poszedłem za nią. Bałem się, że zamiast cytryny wrzuci mi plasterek cebuli a tego bym z pewnością nie przetrzymał. Moje napięcie wyłazio mi żyłą na szyi a okulary typu lornety na nosie Leonki nie wyglądały groteskowo. Tak na oko, z wyglądu, to mogła mieć ze sto dwadzieścia lat i kilku przyjaciół Kodża w prywatnej kolekcji kulinarnego seryjnego mordercy.
- Aaaa, nie. Ty się nie boj. Ja stara, ślepa, ale wiem, jak wygląda cytrynu. Idź do Kodzia i źjesz jeszcze co. Cebulu czeka tam ,źjesz, dla zdrowotnosci.
Kiedy wróciłem do pokoju Kodżo nucił właśnie balladę, którą ułożyliśmy niegdyś przed naszym pierwszym wspólnym występem w miejscowym Domu Kultury i zaśpiewaliśmy ze łzami w oczach namaszczeni cebulową biesiadą:
Wierz mi pani, ja już nie potrafię
Iść za Tobą nie wiem gdzie.
Dokąd tylko nocy starczy mi
Dokąd tylko starczy sił.
Wierz mi pani nie inaczej jest
Świat się kręci Bóg wie gdzie
Góry, lasy wiodą szlakiem w dal
Proszę odejdź, zostaw mnie.


Babcia Leonka przyniosła herbatę i poszła nakarmić kury do zagrody. Tymczasem ja w intelektualnej zapaści szukałem sposobu, jakby się stąd wyrwać a nie urazić mojego przyjaciela Kodża.
- Może masz ochotę na ryby? - zapytał mnie dziwnie pobudzony. I nie czekając na odpowiedź zerwał się z krzesła i poszedł do sieni po wędki. Nie wiedział, że z tym pomysłem przyszło moje wybawienie.
- Jasne Kodżo! Z tobą choćby do piekła. Tylko idźmy już bo od tej cebuli dostanę jakiegoś zaczadzenia.
Byłem w stanie pójść z nim dokądkolwiek, bo czułem, że jeszcze trochę i będzie to pierwszy przypadek na świecie zatrucia z powodu niedopuszczalnego stężenia tlenku cebuli, jeśli jest wogóle coś takiego.
Ale z rybami to nie tak hop siup, a nawet hip hop. Tu trzeba się porządnie napieprzyć. Najpierw wędki, wiązanie haczyków, spławików, ołowiu. Potem szpadel i do ogrodu nakopać robactwa. Dalej nagotować pęczaku i rowerem nad miejscową smródkę podkarmić leszcza. I z powrotem do domu na małe co nieco.
Tak było zazwyczaj, ale dziś Kodżo postanowił zapolować na grubego zwierza. Chciał mi pokazać co znaczy być myśliwym z powołania i przedstawił swój wychuchany w detalach plan.
Nocą przystąpiliśmy do jego realizacji, gdyż w dzień groziło nam niebezpieczeństwo oskarżenia o kidnapping. Mieliśmy w zamiarze zwędzić kurę. A, że babcia Leonka miała na stanie trzy sztuki, postanowiliśmy podpieprzyć jedną sąsiadce. Ta miała ich całą fermę i brak jednej mogła powetować sobie szybką reprodukcją. I tak oto pod osłoną nocy, zarzucając
parciany worek po ziemniakach na plecy, podeszliśmy jak najciszej się dało pod ogrodzenie sąsiedzkiej fabryki drobiu.
- Którą zwijamy? - Zapytał Kodżo.
- Ja tam wiem? Jakąś większą, grubszą, napasioną.
- Nie widzę nic, cholera. Ciemno, jak za czasów radzieckiej okupacji.
Właziliśmy na teren fermy przez dziurę w płocie, którą Kodżo wcześniej wyciął szczypcami do cięcia żywopłotu. Miało być szybko i bezboleśnie. Cap za pióra i do worka, zanim się kura zorientuje w sytuacji. Polazł Kodżo w noc jak w ciemną dupę i odtąd nie tyle go widziałem, co słyszałem cichnące w dali kroki. A więc namierzałem go i odgadywałem rozwój tej bezdusznej grabieży przy pomocy prymitywnej echolokacji.
Minęło może z pięć minut. Ja zamieniony w słuch i napięty jak skobel w procy a Kodża ni ma. Znaczy się przepadł? Zadziobały go? I wtedy przypomniały mi się mrożące krew w żyłach hiczkokowe ptaki i poczułem, że nie biorę już tego na klatę, nie dzwigam zwyczajnie -spierdalam.
A tu nagle jak pierdolnie. Brzęk metalu, wrzaski, piski, krzyki. Coś tam zamajaczyło w mroku, wydęło się konturami postaci i zdechło. Zesrałem się w trupa i chyba zaczęło mnie być widać w tych ciemnościach bo Kodżlo trafił do mnie na wzrok.
- Maras! Mam kurę! Dawaj spieprzamy, bo ta babka ganiała mnie z jakimś garnkiem po podwórku. Słyszałem, jak śmiga mi nad głową, ale kure mam, nie dałem się stary.
Nie mogłem wyksztusić z siebie słowa. Kodżo szarpnął mnie za rękaw za sobą i poleciałem na ziemię jak kłoda. Podczołgaliśmy się pod dziurę w płocie i rwaliśmy z tamtąd tak szybko, że nie zauważyłem kiedy drutem wystającym z płotu zrobiłem sobie w kurtce drugi zamek - na plecach.
No tak, udało nam się zwędzić kurę i ujść z życiem, ale co dalej. Nie mogliśmy przynieść żywej kury do domu. Ot i problem z drobiem.
- Ty, Maras, kura nam żywa nie potrzebna. Ty widziałeś żeby ktoś łapał węgorza na żywe mięso?
Zaufałem słowom Kodża, gdyż to on był tu ekspertem od łowienia ryb. Skoro nie łapie się węgorza na żywe mięso to trzeba kropnąc kurę. Byłem przekonany, że zrobi to Kodżo. Pewnie nie jedną ma już na sumieniu, to walnie sobie kolejną kreske na gitarze.
- Pierdolniesz ją w łeb Maras? - Wystrzelił do mnie, kiedy zbliżaliśmy się do pierwszych domostw babcinej wioski.
- Co? Ja? Nie moge Kodżo. Obrzydliwy jestem, nie wytrzymam napięcia, zemdleję.
Musiałem wyglądać na tyle krucho, że Kodżo sam zabrał się za mordowanie. Spodziewałem się, że walnie jej w łeb tasakiem, zetnie siekierą, coś w tym stylu. A on dawaj sznurek od snopowiązałki i kurze na szyję. Zapętlił. Zacisnął. Podał mi jeden koniec sam trzymając drugi.
- Udusimy kurę, nikt nie będzie słyszał. Ciągnij Maras z całych sił. (...)

Opublikowano

Nie jestem w tej sztuce dobry, wiec nie zabiorę głosu. Jednak argumenty Twoje pod wierszem chyba ,,Szacun mała" były mocne i jestem za tym wierszem, gdyż poezja to wielka głębia, a mi pasuje właśnie w niej przedstawienie życia jakie jest!

pozdrawiam
bestia

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




A dziękuję. Wiersz szacun, uhum, wiem, że wzbudził duże emocje, ale nie mówmy juz o tym.
Szlifuje swój warsztat, gdy chodzi o prozę. Dziękuję za głos, który jest dla mnie bardzo cenny.
Pozdrawiam
Marek

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję bardzo, za życzliwe słowo - jest mi miło. Pozdrawiam  @Witalisa ta edycja ma swoją historię;) napisał do mnie pewien Jegomośc -pozdrawiam- żebym zmieniła konkretnie słowo " mym" na " moim" i chciałam, mimo że poszłam ślepo za Jego radą, zachować jeszcze jakieś resztki godności :D
    • Czeremcha   Białe kwiaty kasztanów niczym różane panny w falbankach.   Jak czeremcha drobna – tak białe twarze Ezry Pounda.   Semafory nie te same. Na pierwszym planie ławka.   Tłem czeremcha – przez kontrast, nie przez podobieństwo.   Tu dwie twarze, a za nimi miriady, to drobnizna ażurowa ecru.   To stare panny w ciemnej zieleni, niewydane, bo wydane – odleciały.   Dym za złote nausznice wywiało, czego czeremcha zdaje się   nie zauważać.
    • @iwonaroma To może najwłaściwsza pora na dywagacje filozoficzne, nie tylko poetyckie, więc  sobie na nie pozwolę, dotykając zapewne granic herezji, ale bez takiej woli...   Twoje słowa to formuła konstytutywna wieczności. Dotyczy życia, ale jest obojętna wobec Istnienia - cechy boskiej.   On JEST, czyli istnieje poza naszym rozumieniem czasu i przestrzeni, On generuje nasze istnienie w czasie i przestrzeni, to które potrafimy naukowo dostrzec i próbować mierzyć różnymi parametrami swoistymi.   Nasze przemijanie można nazwać z Jego perspektywy... "grzechem pierworodnym" (znajomo brzmi?) polegającym na oderwaniu naszego bytu od cech boskich i wygenerowaniu rzeczywistości względnej dla Niego, a dla nas bezwzględnej, zwanej entuzjastycznie "prawdziwą" bo... dla nas poznawalną. Stąd pochodzą parametry naszego życia - czas i przestrzeń - z aktu oddzielenia - nazwanego w Księgach symbolicznie  "Wygnaniem z Raju". Stąd też "grzech" i przyczyna naszego przemijania, które nie oznacza jednak - z Jego perspektywy - żadnej zmiany w naszym istnieniu, mimo, że dla nas jest perspektywą śmierci. . Ta koncepcja implikuje naszą (marną) pozycję rozumienia Boga: szukamy poza sobą, a powinniśmy szukać w sobie. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć Istnienia, a jedynie (i aż) parametry "naszego istnienia", nazywanego życiem.  A dlaczego posługujemy się -oczywistym dla nauki - pojęciem czasu i nie potrafimy go wskazać inaczej niż jako funkcję? Dlaczego odbieramy prawomocność naszemu rozumieniu Boga, które także obserwujemy poprzez Jego manifestacje, poddające się również badaniu naukowemu?   Według mnie i bez świętokradztwa, jesteśmy tożsami z Nim nie tylko kodem źródłowym- Jego aktem, ale to ON jest naszym DOMEM. Brzmi "ewangelicznie"? Bo też "Ewangelia" mówi prawdę zarówno o życiu (naszym istnieniu) i o Istnieniu w Bogu, ale formułuje ją językiem człowieka, z jego perspektywy i jego pojęciami, posiłkując się obrazami.   Świętość życia zawiera się w jego (świętym) pochodzeniu oraz udziale w Istnieniu, a boskość wymyka się naszemu rozumieniu i powinna naturalnie rodzić WIARĘ. Misja ofiary IHS jest aktem zjednoczenia nas z Bogiem, za koniecznym dla nas aktem woli, opartym na WIERZE.   Bardzo modne ostatnio, śladem (bardzo chwiejnej nadal) teorii fizyki kwantowej jest formułowanie twierdzeń o "względności naszego funkcjonowania", jego "pozorności" i "umowności". Modne jest pisanie o "stanie powiązania kwantowego zjawisk, całej energii i każdej cząstki materii", a nie słyszę próby połączenia tych twierdzeń naukowych (f.k.) z teologią, co usiłuje (zbyt nieśmiało) formułować u nas jedynie ks. prof. Michał Heller, a dla mnie jest to oczywiste i wynika z przyrodzonego człowiekowi archetypicznej potrzeby szukania prawdy. Dlaczego nikt z teologów nie sięgnie do tej teorii, żeby napisać o "stanie powiązania człowieka z Bogiem"? Przecież to  wiele by nam wytłumaczyło w rozumieniu siebie i sensu naszego życia.   Dla jednych istnieją "prawdy naukowe", dla drugich "prawda o Bogu", a przecież cały czas jest JEDNA PRAWDA. Nazwałem ją Ten Który Jest, a to określenie funkcjonuje przecież w księgach od tysięcy lat! Nie dziwi mnie niestety niechęć dwóch korporacji (naukowej i teologiczno-kapłańskiej) do podania sobie ręki w tym wysiłku, bo jaki mają w tym (korporacyjny) interes? To takie ludzkie, niestety, Iwono, Violu, Wszystkie Poetyckie Dusze.    /dedykuję ateistom do przemyślenia i ku przestrodze/
    • @Marek.zak1 "Licentiae Accipientium" jest równie uprawniona jak "licentia poetica" :-)
    • Wielu wierszy nie rozumiem i w wielu nie widzę żadnego przesłania. To nie znaczy, że wiersz jest o niczym, tylko ja niczego nie widzę, nic do mnie nie trafia, więc zwyczajnie nie komentuję. Pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...