Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

(...) gdy się jest bardzo smutnym lubi się zachody słońca.
Antoine de Saint-Exupery "Mały Książę"

Dziś nie zrobię nic więcej, chcę odpocząć chwilę,
zanikają emocje, echa spraw minionych,
milkną wielkie akordy, a ciche półtony
brzmią łagodną muzyką. W kolejnej septymie

spokojnie płynę w przestrzeń z przedwieczornym wiatrem
pod niebem bezustannie zdobionym batikiem.
W delikatny róż, szafir przetykany złotem,
już intensywny grafit wplata się jak natręt,

następnie bezszelestnie nasącza się czernią.
Gwiazdy lśnią niczym dżety, a skrawek księżyca
myszkuje po ubranych w światło lamp ulicach.
W eteryczną melodię zakrada się scherzo.

Opublikowano

Mam mieszane uczucia po przeczytaniu: lubię takie,
ale w tym - duża ilość kolorów i tonów, wydaje się ciążyć
na wierszu. Może nie mam racji, to jest tylko moje
subiektywne odczucie.
Serdeczności
- baba

Opublikowano

Czytałam koment Baby, że dużo kolorów, a mnie właśnie to wciągnęło. Znakomicie zapisałaś barwy nieba przy zachodzie słońca. To mój konik - patrzenie na zachodnie firmamenty - autorytawnie potwierdzam - jest tak, jak napisałaś.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Puenta pozytywistyczna i to mi się mniej podoba, ale to taki mój prywatny guścik. Pozdrowienia.
Opublikowano

Bardzo Wam wszystkim dziękuję.
Każda uwaga jest cenna, a puenta, cóż, miała być optymistyczna. Jak człowiek ma dosyć trudów, zmartwień, jak jest już zbyt zmęczony, jak tkwi w którejś z matni naszego życia, odradza się nieraz pod wpływem piękna, uspokaja i dostrzega, że warto żyć, podejmuje postanowienia, które jego zdaniem, pozwolą na zwrot w jego życiu, pozwolą się nim cieszyć.

Opublikowano

Przecież to jest opis zmieniających się o zmierzchu barw nieba, na dodatek impresja.
Trudno muszę przywołać stare powiedzenie - jeszcze się taki nie urodził, co by...
Trzeba popatrzeć na niebo podczas zachodu słońca, ja mam okna od zachodniej strony,
kolory urzekają, jest ich o wiele więcej, wymieniłam jedynie główne.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...