Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano



Wstrentny jest w naszej wsi czczony na równi z denaturatem,
tyle, że po dykcie niektórzy z nas ślepną a po Wstrentnym na odwrót -
zaczynamy widzieć rzeczy o których filozofom...
Na przykład wczoraj: zbieramy pod sklepem na wino a tu Wstrentny przychodzi
(zarost na trzy żyletki, oczy czerwone jak chińska partia) i pyta:
a wiecie wy, skurwysyny, która to godzina?
Rozdziawiliśmy gęby ze zdziwienia rozglądając się dookoła, ale żaden,
nawet Kalosze, syn jasnowidzącej nie wiedział.
Wtedy Wstrentny wyjął zegar słoneczny z samym tylko sekundnikiem
i kazał nam go gonić jak cienie konia w kieracie.
- No i co, draby, wiecie już, czy nie wiecie? - zapytał znowu.
Ale my tylko rżeliśmy ze zmęczenia wtopieni w jesienną noc.


  • Odpowiedzi 42
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

- wtopieni w jesienną noc, powiadasz...jeżeli przy bezchmurnym niebie spojrzymy w górę, to tak naprawdę Wstrentny: nie wiemy; a mimo to, widok ten dostarcza nam od tysięcy lat istotnych inspiracji;paradoksalnie, niewiedza inspiruje. :)

-pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


czy inspiruje? daje szczęścia łut Elizie Beethovena, uspokaja nieuleczalnie chorych i ich rodziny.
niewiedza, co będzie dalej pozwala wierzyć, że istnieje lepszy świat po śmierci, inaczej
po cholerę dzielić się ostatnim kawałkiem chleba z nieznajomym, wahać się, czy warto
i co wato, Warto - rzeko ty moja ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


naprawdę? dodajesz mi skrzydeł Magdo, bo sam już nie mogę słuchać tego,
co bazgrzą Boskie Kalosze! sonety.... błe... villanelle.... błe... same okropieństwa!
a nie mogłabyś mu przypadkiem kiedyś napisać przy jakimś wierszu, że Cię mdli?
ja wiem, z boku wygląda to tak, że ja to on i piszemy na zmianę... ale to nie jest
całkiem prawda! to taka walka o wpływy i kiedy któryś z nas wreszcie wygra, inni
przestaną istnieć. trudno to wytłumaczyć... o wiem! - jeśli oglądałaś "Nieśmiertelnego" -
chodzi właśnie o coś takiego, o taką zonapsyche. narodziłem się
właśnie w podobnej chwili, odrąbując łeb poprzedniemu nickowi:



O witaj,
witaj Melancholio pożerająca najeżone do niejesienności jeże!

jak się masz pić!
jak masz się szklany bękarcie
wiosenna nocy na zimowej szybie
i kolejna rato

witaj gryzipiórku
rozbujany deszczowy ogierze

(czas zakopać Ilion!
czas zakopać tego trojańskiego konia
na biegunach cywilizacji)
ponurozębny smutku z paszczą kosmicznego węża
sięgającą po utkwioną w marazmie Ziemię, którą
wstrzyknąwszy jad obietnicy wieczności
w zielone tętnice połyka niespiesznie:

zahipnotyzowana pogrąża się w pustkowiu
człowiek po człowieku

rafa


Tu, w liczkach Odry
z zamglonych czerwcowo opali Wstrentny mógł oszlifować dla siebie parę reliefów drżących zdań
długopisem znalezionym w zbutwiałej marynarce pływającego w sitowiu topielca.
A rozpoczęło się całkiem podobnie, przeto trzeba uważać, żeby nie pójść zbyt daleko jego śladami,
gdyż skończył w trumnie przeżarty syfilisem ideałów:

pusty kufel... pusty kufel...
pusty łeb ("trufla" czy "trufel"?)

Wstrentny zamyślił się między jednym niemyśleniem, a drugim,
by lakonicznie wypowiedzieć jedno ze swoich ulubionych odtąd zauważeń,
które są jak psy aportujące przynoszące ustrzelone kaczki sensu do nogi:

parapitek to jednak nie para pitek!

co nawiązywało do wyglądu i zapachu wydzielanego przez rozkładające się
zwłoki mające niewiele wspólnego z wyglądem współcześnie żyjącego
człowieka, czyli w tym konkretnym przypadku - żywego jeszcze wtedy
do przesady młodego Wstrentnego

"Śmierć była albo będzie: nie istnieje nigdy
W teraźniejszości. Również nie zadaje męki.
Śmierć sama: raczej jej oczekiwanie."

(Owidiusz)

Wtedy to de Wstrentny natchniony przemijaniem pomieszanym z piwem
i marnością wyglądu denata z upływającą w rozrzeźwiony horyzont blaskołuską Odrą
postanowił napisać coś wielkiego, choćby się nie udało -
ale byleby zawarło jakiś morał, przesłanie niczym ble ble ble... posłanie
pozostające po człowieku: człowiek odchodzi a posłanie zostaje dla innego,
wystarczy je otrzepać z kurzu, wyprać ręcznie lub w automacie
mydłem, szamponem, detergentem, czy nawet zostawić tak jak jest -
najważniejsze, że coś po nas zostało, coś co drugiemu sprawi odrobinę radości
a choćby i zakłopotania, to jednak rozziajana sztafeta życia biegnie dalej,
pałeczka pozostawiona przez poprzednika, który zatoczył
swoje bolesne koło ogrzewa łapkę optymizmu następnego gołodupca
wychylającego głupiutki łepek, niczym peryskop z chłodnego niebytu i ble ble ble ble...
w każdym razie uduchowiony jak nie wiem kto Wstrentny zaczął pisać:

- ha! ha! haha!
śmiali się kumple kiedy Noe
wszywał sobie i całej rodzinie esperal pod skórę
poświęcając na to mnóstwo czasu i pieniędzy

- wariat! ha! ha! haha! prawdziwy wariat!
drwili

Noe spuszczał smętnie głowę i wychodził zaraz na początku
wszelkich imienin, imprez, a nawet omijał tak przecież ważne
dla przetrwania świata spotkania poetyckie
szepcząc pod nosem:

- jeszcze zobaczymy, kto będzie śmiał się ostatni?

i rzeczywiście -
któregoś dnia kumple wpadli w trans i pili przez czterdzieści dni i nocy
czyli, jak to się mówi: nieźle popłynęli
wpływając do momentu, w którym przestaje się zauważać cokolwiek.

na szczęście Noe, przez setki lat maniakalny hodowca wszelakiej maści zwierzątek
wietrzył akurat klatki i dotąd wypuszczał nadmiar białych myszek,
aż te przestały wracać z powrotem
zadomowiwszy się w łbach trzeźwiejących przyjaciół.

myszki upodobały sobie zwłaszcza jednego, przezywanego Popielem
z powodu nadużywania nikotyny od czego miał mnóstwo ozonowych dziur
w kieszeniach, a co z kolei stało się powodem oskarżeń Popiela rzucanych
pod adresem Noego:

- te twoje gryzonie zniszczyły mi ubranie! zobaczysz! zobaczysz!
niech no tylko cię dorwę!

Popiel dorwał Noego pod Grunwaldem, gdzie mu porządnie wpierdolił
- to właśnie od tego czasu zamiast "pobić", "stłuc na kwaśne jabłko",
czy choćby "spuścić bańki" - mówi się również: "wpierdolić".

Tu Wstrentny wypisawszy się co nieco, uspokoił myśli i
zadowolony obszukał jeszcze raz dokładnie gnijące ciało, ale oprócz żab w żołądku
i nowego zauważenia:

kochaj i bądź kochany
lub pierdol się sam

nie znalazł niczego co by przedstawiało jakąkolwiek wartość dla pasera.
Toteż wziął tylko długopis a resztę wspaniałomyślnie (tak, tak... de Wstrentny
miewał często w młodości gest!) pozostawił dla dochodzeniówki.
Tymczasem, warto podkreślić, że słoneczny cyrkiel zdążył naszkicować
następne kilka radosnych stopni łuku na kartce otchłani i zrobiło się
raptownie tak ciepło, jak niedźwiedziowi polarnemu zaskoczonemu na krze przez efekt cieplarniany,

"Im wunderschönen Monat Mai"
(w cudownym miesiącu maju
gdy wszystkie pąki się otwierają,
miłość rozkwita w mym sercu)
/H. Heine "Intermezzo liryczne/

gromady ptaków niczym jakie dziobaki dziobały coś kracząc na brzegu,
aż zirytowany Wstrentny przeniósł się znad Odry do Krakowa
gdzie przez chwilę założył rodzinę, ale nie był szczęśliwy:

- krakały krakały i wykrakały Kraka!

zeźlił przez parę lat ustatkowany jak koń w kieracie.

Czy można się dziwić, że wkrótce, korzystając z nadarzającej się okazji,
jaką była niezrównoważona blondynka z Raciborza - uciekł z nią do Katowic?
Oczywiście, że możemy - zatem dziwmy się, jak te dziwy na drodze
machające w kierunku tirów, dziwmy się, żeby nie wyjść z wprawy,
albowiem powiadam tym, którzy mają zamiar jeszcze trochę pożyć:
jeszcze nie raz się dobrze zdziwicie!

... tak jak dziwili się idący przed nami
torując rozfalowane drogi szkorbutem, zbuntowanymi sztandarami
i whisky bez lodu wylewaną w gardła barbarzyńców -
tak jak ja się dziwiłem, gdy de Wstrentny nie bywał wcale zdziwiony,
kiedy wszystkie miłości okazywały się chybione
jakby łuk Amora wymagał gruntownego remontu (ale jak? kiedy? kiedy
tylu następnych czeka w kolejce, na ławkach, spaceruje
po zalanych w trupa plażach całego świata bez celu i umiera w zachodzącym słońcu,
każdy samotny jak mrówka w mrowisku nie zdążywszy nawet jedną noc pobaraszkować
z królową życia ("masz takie piękne czułki..." "prawda?") przy pachnącym obficie do rana
kwasie mrówkowym, rocznik sprzed kilku tygodni.

Strzały podpleśniałego Amora coraz częściej zbaczają
z orbity trafiając w tą samą płeć która je wystrzeliła, lecz przede wszystkim
- nie są już w stanie przegryźć większości serc
okrytych nowoczesnymi stopami metali: brzdęk, brzdęk, pierdut!
odbijają się połamane od zaawansowanych technologicznie pancerzy,
znikają na zawsze niszczone przez myśliwce przechwytujące
zasadniczych myśli w konkretniejących nazwami kształtach cumulonimbusów,
a przecież, do chuja! - mogłoby się to zmienić, wystarczy na chwilę zatrzymać
zataczający się świat jakąś straszną (wszystkim tak naprawdę już zwisa) wojną
albo spodziewanym od dawna kataklizmem, dać szansę dinozaurom szczurów, niechże
teraz następni roznoszą kaganki serc po wszechmroku i cierpią, cierpią, cierpią...
- miriady szczurkowatych atomów składających się na ślepe
niepojmowalne cielsko Absolutnego Bólu!

Jak zatem wspomniałem, de Wstrentny nie przejmował się wcale, kiedy złocistoszkarłatne
miłości obracały się w popiół szczerze wierząc, że za następne pięćset lat
będą miały ciąg dalszy, jak i teraźniejsze były kontynuacją tych sprzed pięciuset.
Wyglądało to tak, jakby zamykał rozdział o wysokiej blondynce, aby zaraz w następnym otworzyć
ją jako niską brunetkę i przeczytać, co będzie dalej po tej niepotrzebnej awanturze
na szczotkę, ścierkę i spazm przechodzący w coraz cichsze echo odchodzących na zawsze kroków.
Był prawdziwym skurwielem,
po którym pozostaje przepaść głęboka na wiele idiotycznych i mało zrozumiałych,
jak i ów poniższy tekstów,
czyli dokładnie to, co zazwyczaj pozostaje nam po prawdziwych skurwielach:


Sad nie przemawia już do mnie językiem liści.
Wszystkie odeszły w kolorach do nieba
i żaden owoc nie zostanie wypowiedziany więcej.
A choć słońce zagląda tu coraz rzadziej -
żaden słonecznik nie wodzi za nim ciekawym wzrokiem,
nie odprowadza po horyzont.

Tylko strach trzęsie się tu jeszcze z zimna.
Wiatr zerwał mu z głowy kapelusz,
czy może sam zdjął go którejś zimnej nocy prosząc Boga o litość -
o wróble.

A jednak zazdroszczę mu czegoś, zazdroszczę: uczuć.
Strach na wróble ma przynajmniej zmysł stania w miejscu,
ja nie mam już żadnego:
wszystkie straciłem dla ciebie.


Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


zgroza to hotel Oberoi w Bombaju i to, do czego prowadzi idiotyczne pojmowanie Boga.
przy okazji powiedz mi doktorze Oyey, bo śtraśnie mnie to ciekawi: jak sikasz...
czy przejęty rolą Hani siadasz na kibelku? czy może wygrywasz na chwilę z kreacją kreaturą
i jako Hania sikasz jednak wtedy na stojąco?
tak czy siak śtraśnie fajnie to musi wyglądać, taka walka pomiędzy wami o WC :)))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


dzięki, dzięki, dziękówa na szerokość ramion. a demona nie da rady uśmiercić bo nieśmiertelny.
ale boi się zaklęć na "k" i "ch" i lubi obierać ziemniaki i prace domowe, więc skoro znamy jego
złe i dobre strony, łatwo go będzie kiedyś zwabić do zmywaka albo gorącej kartoflanki
i tam nękać słowami na demony, aż odejdzie na 100 lat. zanudzać potomnych.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...