Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wiosna 2008.
Wiosna? Niebo ponure, jak przedsionek piekła. Porywisty wiatr, gradobicie, deszcz.
Czegoś takiego w Anglii jeszcze nie przeżyłem.
Wiele słyszało się o fatalnej, wyspiarskiej pogodzie, myślałem jednak, że to złośliwe legendy tworzone przez turystów z cieplejszych krajów, którzy wpadli sfotografować się z Big Benem i trochę przy tym zmokli.
Ile ja miałem radości przez ostatnie lata, gdy w styczniu było szesnaście stopni na plusie i nigdy nie padał śnieg!
A teraz trzęsę się zimna i wygrażam brytyjskiemu niebu pięścią, że pewnego dnia wyjadę stąd w cholerę.
Polską knajpę w angielskim pubie otworzyliśmy 8-go marca. W sobotę.
Przesąd prawi, że należy to zrobić we wtorek lub sobotę, bo wtedy wszystko się układa i dobrze wróży na przyszłość.
To coś jak branie ślubu w miesiącu z "r" w nazwie - marzec, sierpień itd. Szkoda, że żaden z badaczy kultury i społeczeństwa, nie zbadał, jaki procent rozwodów następuje mimo magicznego "r", a także ile knajp upada, mimo, iż zostały otwarte we wtorek lub sobotę.
Zaczęliśmy więc w sobotę. Podczas ulewy i huraganu.
W ciągu kwadransa stojaki reklamowe z napisami: "Obiady domowe" oraz "Polska kuchnia" - zostały roztrzaskane na miazgę. Chwilę potem bardzo drogi baner stracił metalowe okucia, powiewając bezwładnie wzdłuż drzwi, a z kolorowych baloników zostały żałosne strzępy.
Moja kampania reklamowa legła w gruzach.
Gapiłem się w zalane deszczem okno i wymyślałem pogodzie na wszystkie sposoby.
Ulicą przemykały nieliczne auta i porwane parasole. Z rzadka przebiegał samotny desperat.
Było jasne, że tego dnia nie pohandlujemy.
Od całkowitej klęski uratowali nas stali bywalcy pubu i kilku przypadkowych Polaków, których zainteresowały plakaty w oknach.
Sprzedaliśmy 10 obiadów. We trójkę. Ja, Aneta i kucharz.
Następnego dnia było jeszcze gorzej, bo bywalcy pubu uznali, że więcej nam się nie należy i spokojnie popijali piwo jak co dzień. A pogoda szalała.
Przez cały tydzień wysłuchiwałem pocieszeń kucharza, że na gastronomii jeszcze nikt nie stracił, że już wkrótce się wypogodzi i zaczniemy pracę.
Dziękowałem Bogu, że nam go postawił na drodze, ale pustej gadki słychać nie zamierzałem.
Oliwy do ognia dolewała na dodatek Aneta, biadoląc bez końca:
- To przeze mnie. Zawsze tak mam, że kiedy bardzo czegoś pragnę, idzie jak po grudzie...
Milczałem. Dzielnie znosiłem wszelkie próby podkopania mojego niezachwianego morale przyszłego knajpo-restauratora. Udając, że nie słyszę, skutecznie odpierałem nawałę zwątpienia i pesymizmu. Czytałem gazety, gapiłem się w okno lub w telewizor, w skrajnych przypadkach zakładałem na uszy słuchawki i-poda. Nie chciałem przyjmować do wiadomości tego, co się dzieje dookoła. Lśniący sztandar mojego optymizmu hardo powiewał na tle czarnych londyńskich chmur.
Punkt krytyczny osiągnąłem w Wielkanoc, kiedy nieoczekiwanie spadł śnieg. Wielkie jak chipsy białe płatki przesłoniły świat, dając mi do zrozumienia, że skoro nadzieja umiera ostatnia, to właśnie ta chwila nadeszła .
Dzień wcześniej sprzedałem trzy obiady, przez większość czasu drzemiąc na sofie. W pewnej chwili wyszedłem na deszczową ulicę. Niebo, gdyby mogło, wzruszyłoby ramionami, a Turcy i Arabowie z naprzeciwka uśmiechali się drwiąco.
Oni byli tu od lat. Ich marne, ale tanie kurczaki, hamburgery i kebaby, miały już swoją markę, zaś zarobione wcześniej pieniądze łagodnie amortyzowały skutki złej pogody.
Znów zacząłem zastanawiać się co zrobiłem nie tak, znów czułem się zagubiony i zrezygnowany, jak wtedy, na dziesiątym piętrze bloku krakowskiego osiedla, na dzień przed wyjazdem na Wyspy.
Tym razem jednak trwało to krótką chwilę i nie znaczyło nic. Po paru minutach dotarło do mnie, że nadal mogę malować mieszkania lub strzyc trawniki, mogę iść do pracy, gdziekolwiek zechcę, a pieniądze wydane na wyposażenie kuchni, to nie były ostatnie zaskórniaki. Królem życia może nie byłem, ale żebrakiem też nie.
Zrozumiawszy głęboką różnicę między dołem w Polsce, a dołkiem angielskim, pojąłem, że wcale nie straciłem animuszu ani woli walki. Tak naprawdę tak bardzo to wszystko przeżywałem ze względu na Anetę. Poza zranioną ambicją i paroma tysiącami funtów, nie miałem czego roztrząsać. Z Anetą było inaczej, bo z jakichś powodów przeżywała porażki ze zdwojoną siłą. Nigdy nie zapomnę pośpiesznej ewakuacji Mydlarni, gdy po roku zmagań z gospodarką wolnorynkową, ogłosiliśmy kapitulację. Aneta ze łzami w oczach demontowała półki, regały, stoliki, elementy dekoracyjne i tablice reklamowe, a ja dreptałem obok niej, nie wiedząc, jak ją pocieszyć.
- Kiedyś stąd wyjedziemy - powiedziała przez zaciśnięte zęby, a ja tylko uśmiechnąłem się z przekąsem.
W szumnie nazwanej "Strefą smaku" knajpce mogło być podobnie, lecz nie było. Mydlarnię zamknęliśmy po roku, knajpa funkcjonowała zaledwie kilka tygodni i to w europejskim mieście, nie w prowincjonalnej mieścinie, gdzie sprzedawać można było jedynie buty, ciuchy i pizzę. Byłem przekonany, że za rok "Strefa smaku" będzie już znana i szanowana, a po dzisiejszych uczuciach nie zostanie nawet cień.
Po krótkiej chwili słabości, zebrałem się do kupy i stwierdziłem, że zawaliłem dwie sprawy: nie sprawdziłem długoterminowej prognozy pogody i zaniedbałem kampanię reklamową. Nie miałem rzecz jasna ani określonego budżetu, ani ambicji, by iść do mediów, jednak lokalnie mogłem rozegrać to inaczej. Plakaty to było stanowczo za mało, nie wspominając już o zdruzgotanej tablicy i rozszarpanym banerze.
W Wielkanoc, mniej więcej w połowie dnia, śnieg przestał padać, zaś ja, zamiast załamania nerwowego, poczułem twórczą furię.
Z łatwością odegnałem od siebie dylematy godne bohaterów serialu "M jak miłość" i wziąłem się do roboty. Przecież już polonizacja pubu Marka pokazała potencjał Polaków z Hounslow. Znalazłem takich, którzy chętnie wpadali na piwo, pograć w bilard czy piłkarzyki, a nawet przetańczyć całą piątkową noc. Teraz należało jakoś dotrzeć do amatorów dobrego jedzenia.
Tuż po świętach zleciłem druk ulotek i plakatów oraz zrobienie nowych, lepszych tablic reklamowych.
Byłem dziwnie spokojny, bo gorzej być nie mogło.
I tak minęły następne cztery tygodnie.
Stoimy z kucharzem twarzą w twarz i patrzymy sobie w oczy. Atmosfera jest gęsta, jak przed burzą.
- Nie zaniosę klientowi tego placka - mówię z napięciem - Jest spalony.
- Moim zdaniem jest dobry - odpowiada pobłażliwym tonem, jakby mówił do niesfornego dziecka, co doprowadza mnie do szewskiej pasji.
- Usmaż następny.
- Jacek, ja to cię nawet lubię - głos kucharza staje się coraz bardziej bełkotliwy; nie mam pojęcia ile zdążył już wypić, ale jestem pewien, że niemało - Nie pouczaj mnie, co mam podawać, a czego nie.
- Ja decyduję co podajemy, do cholery! Podałeś już na pół surowe gołąbki i całkiem surowe pierogi. Teraz, kiedy zaczął się ruch, nie pozwolę, byś to zepsuł.
Widzę, jak czerwienieje na twarzy i czeka na pretekst, by pokazać do czego jest zdolny. To kawał chłopa, więc robię krok do tyłu i nerwowo rozglądam się za czymś, co mogłoby mnie wspomóc w nierównej walce.
- Jacek, bo sobie pójdę - mówi w końcu przez zaciśnięte zęby.
Nagle wchodzi Aneta i widząc, co się święci, wyrzuca zwęglony placek po zbójnicku do kosza.
- Cezary, tak dłużej być nie może.
- Pewnie, że nie...
Kucharz podchodzi chwiejnym krokiem do jednej z szafek i ostentacyjnym ruchem wyciąga butelkę lokalnej whisky. Obserwujemy go czujnie, gdy pakuje swoje rzeczy
i bez słowa wychodzi z kuchni.
Przez chwilę stoimy bez ruchu. Kilkunastu klientów siedzących na sali nie ma pojęcia, że awantura w kuchni może pozbawić ich długo wyczekiwanego obiadu.
- Co robimy? - pyta Aneta drżącym głosem.
- Rzucamy monetą? - śmieję się głupkowato, by trochę rozładować napięcie.
- Nie pójdę na salę! Obiecałam sobie, że już nigdy nie będę kelnerką.
- Lepiej myć kible?
- Pewnie, że lepiej. Kibel nie bywa chamski. Co najwyżej brudny.
Wzdycham ciężko. Jest jeszcze Kasia, która przez całe lata gotowała dla starszych osób gdzieś na austriackiej prowincji, a teraz przyjechała do Anglii, przejąć klientów Anety, ale problem tkwi w tym, że jest akurat zajęta.
- Stajesz za kuchnią czy zwijamy interes? - pytam grobowym głosem - Klient od piętnastu minut czeka na "zbója".
Bez wahania zrzuca kurtkę i sięga po miskę z utartymi ziemniakami. Moja bohaterka!
Biegnę na salę przeprosić klienta za opóźnienie. Na szczęście trafiam na wyrozumiałą osobę.
Nikt zresztą nie ma jeszcze u nas wielkich oczekiwań.Przeważa raczej ciekawość, co też ci ludzie wymyślili i czy da się to porównać z kuchnią z Hammersmith czy Ealingu. Jeśli o mnie chodzi, takie porównania trochę mnie obrażają. Bywałem w tak zwanych polskich restauracjach, które de facto są podrzędnymi knajpkami z paskudnym lub ledwo jadalnym pożywieniem, a funkcjonują tylko dlatego, że mają stałą, sentymentalną klientelę. Nazw nie wymienię, bo nie zwykłem kopać leżących.
Moim założeniem było od początku gotowanie obiadów domowych, czyli tego, co sami w przeszłości robiliśmy w domu lub pamiętaliśmy z kuchni naszych mam. Domowe, czyli nie z mrożonek ani żadnych połproduktów. Mieliśmy wydawać tylko to, co sami zrobimy. Dlatego nasza kuchnia przypomina trochę manufakturę, gdzie lepi się pierogi czy kluski śląskie, uciera ziemniaki i tak dalej. Nasz największy przebój, czyli pierś z pieczarkami i serem to nic innego, jak mój pomysł kulinarny jeszcze z Krakowa. Świadomie natomiast zrezygnowałem z De volaie'a, kotleta szwajcarskiego, fasolki po bretońsku, śledzia po japońsku i innych tego typu pułapek. Oczyma wyobraźni widziałem te zjadliwe uśmieszki i pytania, co to za polska kuchnia, w której dominują same obco brzmiące potrawy. Zostawiłem pierogi ruskie, a kotleta po parysku, zamieniłem na po warszawsku. Na cześć kucharza Cezarego: pijaka-warszawiaka. Tego, co dzisiaj odszedł, bo nie pozwoliliśmy mu upijać się i niszczyć naszej wątłej reputacji.
Od poczatku mialem obawy co do jego dyscypliny zawodowej, ale nie było żadnej alternatywy. Chcieliśmy mieć kuchnię w pubie, lecz żadne z nas nie chciało gotować. Cezary pojawił się przypadkiem jako znajomy znajomego i zgodził się z nami zostać. Niedawno stracił pracę w nowootwartej polskiej restauracji, którą podobno zorganizował od zera. A teraz ci niewdzięczni ludzie wyrzucili go na bruk. Niestety, nie przyszło nam do głowy, by zastanowić się, dlaczego tak się stało.
Naszą znajomość rozpoczął od delikatnego wybadania gruntu.
- Wszyscy kucharze piją - zagaił, wydmuchując kwaśniawe powietrze w moją stronę.
Zastanawialiśmy się właśnie gdzie umieścić kuchenkę, stoły pomocnicze, lodówki i zamrażarki. Kuchnia była jeszcze pusta, a kafelki lśniły.
- Ja piję głównie piwo - dodał po chwili.
Spojrzałem rozbawiony w jego stronę.
- Ja też. Byle nie za dużo i nie w pracy.
Przygasł na moment, lecz szybko odzyskał rezon.
- Święta racja - przyznał - Jeszcze nie zaczęliśmy, więc...
Śmiałym ruchem wyjął dwa piwa i podał mi jedno.
Przepiliśmy za pomyślność przyszłego interesu.
- Będzie się nam fajnie pracowało - stwierdził.
Muszę przyznać, że trzymał się dzielnie przez sześć tygodni. Pił codziennie, ale umiarkowanie. Mówił składnie, obiady wydawał pewną ręką. Ilość wpadek zapewne nie odstawała od średniej wszystkich kuchni tego świata. Prawie uwierzyłem, że jest z tych nielicznych, którzy pijąc codziennie, nie wpadają w ciąg, zakończony kłopotami w pracy czy w domu.

Opublikowano

nie wracaj na wschód
do Gruzji zwłaszcza

ostatnio słyszałem, że wracający wymagają pomocy, opieki i reedukacji
i nawet armia czerwona angażuje się w to dzieło

tekst mnie ucieszył
prawdę mówiąc szukałem czegoś takiego
byłem gotów

i jeżeli wymachujący gumowym penisem Palikot nie da wymówień 400 tysiącom urzędasów
to nie ma po co wracać

:)

bardzo fajnie napisałeś!

zapamiętam

"- Lepiej myć kible?
- Pewnie, że lepiej. Kibel nie bywa chamski. Co najwyżej brudny."

Opublikowano

dobrze, że przepraszasz;p bo na Twoje teksty sie po prostu czeka. Potrafisz tak ciekawie opisywać codzienność. Czytać Cie to przyjemność. Pozdrawiam serdecznie

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...