Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano


Monika, Katarzyna, Anna czy Ludmiła, były dla mnie tylko ujęciem
tego samego pejzażu fragmentem południa, północy, wschodu lub zachodu.

Od dziecka podchodziłem do kobiet nadzwyczaj systematycznie,
toteż moją pierwszą miłością obdarowana została przedszkolanka Al(f)a,
w pierwszej klasie szkoły podstawowej gospodarz klasy ruda Be(a)ta,
w drugiej, kiedy zaczynała narastać we mie muzyka, Gam(m)a
z oczami w zielonkawym c-dur, a w trzeciej dELtA,
bo wszystkie moje ówczesne myśli i marzenia kończyły się na niej.

Mógłbym pisać o swoich miłościach bez końca, może właśnie dlatego,
że trwały tak krótko? O chwilach, jak interwały wieczności,
kiedy z Lamb(a)dą tańczyliśmy o świcie na plaży wtuleni w siebie
niczym te białe chmury nad nami w błękitniejące przestrzenie. Nasz dom -
stary, wiklinowy kosz - dawno spłonął w słońcu, a przecież ciągle
znajduję w nim schronienie i teraz, kiedy nie można iść już dalej
przed siebie, ani tym bardziej zawrócić.

Kiedy nastała Pi -
egowata, ruda dziewczyna, natychmiast obdarła ze mnie wstyd jak skórkę
kubańskiej, łykowatej pomarańczy z której przez wiele wiosennych nocy
wysypywaliśmy potem pestki. Wspominam Pi, gdy wschodzą na nocnym niebie
i rosną innym atmosfery naszych minionych, słodkich uniesień.

Ale kochając się w tych po-literowanych kobietkach, a potem kobietach,
przygotowywałem się tylko. Ćwiczyłem zmysły na poznanie tej ostatecznej,
czekałem na swoją Omegę przy której zapomina się wszystkie miłości przed nią
i patrząc w rozgwieżdżoną noc, widzi się po prostu noc,
podpowiadając uchu muszlę, słyszy się szum a nie dalekie wołanie
rozpalonego w zachodzącym słońcu wiklinowego kosza.

Toteż kiedy poznałem Zofię, pomyślałem w pierwszej chwili,
że jest to ostania kobieta w moim alfabecie miłości,
Omega wszelkich namiętności, kres uczuć i odchodzenia od zmysłów.
Tymczasem z biegiem lat Zofia zaczęła oddalać się,
bywały wieczory podczas których nieobecniała nagle między słowami
i coraz bardziej niedorzeczniała we mnie a ja nie robiłem nic,
żeby zawrócić ją ku sobie. Niekiedy chwytałem w takich chwilach
za pióro i oddawałem resztki – mojej Zofii - kartkom, aż wreszcie
pogrążyła się w myślach nie o mnie zupełnie i znikła,
jak znika w ustach słodka mandarynka pozostawiając
po sobie jeszcze przez chwilę intensywny zapach w powietrzu.


Wdycham jego resztki czekając na swoją prawdziwą Omegę
i coraz niecierpliwiej i z niepokojem spoglądam na zegarek.
Niekiedy, tak jak dzisiaj, w przeczuciu straszliwej omyłki otwieram terminarz
i kartka po kartce sprawdzam, czy czasem na którejś jej nie przegapiłem:


Zofia chmurzy się
milczy

nosi na sobie
coraz wyraźniejsze ślady
włamania



Opublikowano

Nie jestem na tyle kompetentna, by Ci radzić, czy tutaj...
ale
o poemacie chcę rzec
słowo więźnie w gardle
i coś drapie
tak jakoś wilgotnieje
pod rzęsami piasek
nie wiem

Wdycham jego resztki czekając na swoją prawdziwą Omegę
i coraz niecierpliwiej i z niepokojem spoglądam na zegarek.
Niekiedy, tak jak dzisiaj, w przeczuciu straszliwej omyłki otwieram terminarz
i kartka po kartce sprawdzam, czy czasem na którejś jej nie przegapiłem:


Zofia chmurzy się
milczy

nosi na sobie
coraz wyraźniejsze ślady
włamania


na razie zamilknę...zbyt bliskie, by coś mówić...
dziękuję za wzruszenie
:)
serdecznie pozdrawiam
-teresa

Opublikowano

Wczytałam się jeszcze raz i wyłowiłam sobie poniższe fragmenty:

Nasz dom -
stary, wiklinowy kosz - dawno spłonął w słońcu, a przecież ciągle
znajduję w nim schronienie i teraz, kiedy nie można iść już dalej
przed siebie, ani tym bardziej zawrócić.


Refleksja (narratora) - osoby samotnej (z liczbą lat większą niż mniejszą), ktora po śmierci partnera/ki czuje pustkę we wspólnym niegdyś domu.

Ale kochając się w tych po-literowanych kobietkach, a potem kobietach,
przygotowywałem się tylko. Ćwiczyłem zmysły na poznanie tej ostatecznej,
czekałem na swoją Omegę przy której zapomina się wszystkie miłości przed nią
i patrząc w rozgwieżdżoną noc, widzi się po prostu noc,
podpowiadając uchu muszlę, słyszy się szum a nie dalekie wołanie
rozpalonego w zachodzącym słońcu wiklinowego kosza.


Przyznaje, że wszystkie poprzednie miłości były tylko przygotowaniem do tej jedynej, najważniejszej i najpiękniejszej.

Toteż kiedy poznałem Zofię, pomyślałem w pierwszej chwili,
że jest to ostania kobieta w moim alfabecie miłości,
Omega wszelkich namiętności, kres uczuć i odchodzenia od zmysłów.
Tymczasem z biegiem lat Zofia zaczęła oddalać się,


Ostatnią kobietą (milóścią) Peela byla Zofia, ale i ona odeszła z biegiem lat.

Wdycham jego resztki czekając na swoją prawdziwą Omegę
i coraz niecierpliwiej i z niepokojem spoglądam na zegarek.
Niekiedy, tak jak dzisiaj, w przeczuciu straszliwej omyłki otwieram terminarz
i kartka po kartce sprawdzam, czy czasem na którejś jej nie przegapiłem:


Dalej czeka na prawdziwą Omegę, a czas ucieka, lecz terminu spotkania oczekiwanej nie ma w kalendarzu.


Zofia chmurzy się
milczy

nosi na sobie
coraz wyraźniejsze ślady
włamania


Zofia wciąż powraca w pamięci.

Są to notatki na marginesie moich przemyśleń.
Dopatruję się tu głębokiego przesłania o życiu i przemijaniu (Alfa i Omega jakby od A do Z), o miłości ziemskiej i tej ostatecznej pozaziemskiej, kiedy przyjdzie pora...
Gratuluję. Piękny i refleksyjny poemat.
Dziękuję za stworzenie okazji do glębszych przemyśleń.
:)
Serdecznie pozdrawiam
-teresa

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bardzo się cieszę, że tak zaintrygowały Cię te skromne słowa. Nie znałem nigdy żadnej Zofii,
to znaczy nie na tyle blisko, żeby to w jakiś szczególny sposób wspominać i masz rację:
chodzi raczej o zapięcie czegoś na ostatni guzik, od A do Zet jak to się mówi.
A może od Zet do A? Sam nie wiem:


będziesz nią nie będąc nią

byłem nie byłaś i dzisiaj jesteśmy
drzewem czereśni dla pestki czereśni
dalecy siebie aż przedalecy
z dala rośniemy w naszej niewiedzy
jak drzewo kwitnie owoc dojrzewa
dla ust mu obcych a nie dla drzewa
pestka wypluta rośnie daleko
za siódmą górą za siódmą rzeką
siódmą pieczęcią i w siódmym niebie
zagubię siebie nie spotkam ciebie
byłaś nie byłem i znów gdzieś jesteśmy
pestką czereśni dla nowej czereśni

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Bardzo się cieszę, że tak zaintrygowały Cię te skromne słowa. Nie znałem nigdy żadnej Zofii,
to znaczy nie na tyle blisko, żeby to w jakiś szczególny sposób wspominać i masz rację:
chodzi raczej o zapięcie czegoś na ostatni guzik, od A do Zet jak to się mówi.
A może od Zet do A? Sam nie wiem:


będziesz nią nie będąc nią

byłem nie byłaś i dzisiaj jesteśmy
drzewem czereśni dla pestki czereśni
dalecy siebie aż przedalecy
z dala rośniemy w naszej niewiedzy
jak drzewo kwitnie owoc dojrzewa
dla ust mu obcych a nie dla drzewa
pestka wypluta rośnie daleko
za siódmą górą za siódmą rzeką
siódmą pieczęcią i w siódmym niebie
zagubię siebie nie spotkam ciebie
byłaś nie byłem i znów gdzieś jesteśmy
pestką czereśni dla nowej czereśni


Boski!
Jestem od dawna pod urokiem Twojej poezji! Na poczekaniu umiesz wyczarować w całej prostocie słowa o życiu, które wcale nie jest banałem. I zawsze w każdym Twoim wierszu jest kopalnia złota! Czy Ty na codzień też prawisz wierszem? To taka babska ciekawość...hihi...
Tak. Masz rację. Właściwie można i odwrotnie, od Z do A, wszak życiowy alfabet zatacza koła: drzewo rodzi owoce dla pestki, w której jest zalążek nowego...drzewa.
:))
Moc serdeczności
-teresa
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Na co dzień mówię normalnie, a nawet unikam rymów i poezji :)
Takie jak powyższy wierszyki nazwałem "rozkołysankami", coś jak przedsionek słodkich snów,
i raczej już ich nie piszę:


jak zapewnić nam nieśmiertelność

Wszystko przemija, zwłaszcza przemijanie.
Kochanie moje - przeminie kochanie!
Nie kochaj mnie tak, bo miłość przeminie.
I wiń mnie, ach wiń - wina się przewinie!
Świat się przekręci bo dzisiaj się kręci.
A skoro jest Śmierć, nie będzie już Śmierci!
Skoro nie będzie, to będzie wciąż będzie.
Z nas nie łabędzi - dwa białe łabędzie.
Nie było nas Tu, więc Gdzieś czeka bycie!
Spłyniemy zmierzchem - to znaczy o świcie
Twoją łzą.
Opublikowano

Taki odruch aż się uśmiechnęłam...bo w odpowiedzi na Twój wpis przyszły mi na myśl słowa

"mów, do mnie jeszcze, mów
tak tu cicho, usłyszę twoje słowa
nawet bez zbędnych słów,
zrozumiem, bo serca mowa
tylko pozornie nieżyciowa..."


Dziękuję za te wszystkie Twoje wiersze.
:))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Również dziękuję za Twoje słowa i
może odpowiem na te powyżej jeszcze jedną rozkołysanką.
W końcu powstały po to, żeby takie chwile "poza słowami" wyrazić:


co tam słychać w naszych sercach?

szepce świerszcz nocy spokojna dobra
kocham cię bardzo bardzo cię kocham
senne marzenia wierzbom się marzą
bardzo cię kocham kocham cię bardzo
księżyc ze stawu do nieba szlocha
kocham cię bardzo bardzo cię kocham
ćmy przyglądają się swoim twarzom
bardzo cię kocham kocham cię bardzo
przystanął zegar i w wieczność cmoka
kocham cię bardzo bardzo cię kocham
kocham cię bardzo bardzo cię kocham
kocham cię bardzo bardzo cię kocham

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Również dziękuję za Twoje słowa i
może odpowiem na te powyżej jeszcze jedną rozkołysanką.
W końcu powstały po to, żeby takie chwile "poza słowami" wyrazić:


co tam słychać w naszych sercach?

szepce świerszcz nocy spokojna dobra
kocham cię bardzo bardzo cię kocham
senne marzenia wierzbom się marzą
bardzo cię kocham kocham cię bardzo
księżyc ze stawu do nieba szlocha
kocham cię bardzo bardzo cię kocham
ćmy przyglądają się swoim twarzom
bardzo cię kocham kocham cię bardzo
przystanął zegar i w wieczność cmoka
kocham cię bardzo bardzo cię kocham
kocham cię bardzo bardzo cię kocham
kocham cię bardzo bardzo cię kocham


któż to widział w samo południe
rozkolysanką mnie rozkołysać
gdy czas obiad gotować

a zresztą co tam, raz oszaleję
i niech przypali się zupa
lubię takiej poezji słuchać


:)))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Narozrabiałem. Nigdy nie wiadomo, co z takiego pitraszenia może wyjść
... i walnąć mnie zdrowo po głowie :))


Szalony bigos

Czy to Dante z Beatrycze?
Czy Krasiński z swą Delfiną?
Może Krupska, może Lenin
lub Marszałek z Kasztaniną?

O północy cicho, cicho
mknie pod sufit dziwna para,
tajemnicze szepty, głosy
rodzą się w kuchennych garach.

Czy Jadwiga to, Jagiełło?
Adam szepcze coś Maryli?
Może Balzac z panią Hańską,
Staś i Nel lub inne draństwo?

Nie kochani! To Teresa
czary mary... czary mary...
- miesza chochlą całe noce
i kojarzy swoje pary:

Śpi Romeo pod sufitem
ale razem z Agrypiną.
Śpi Walewska, ale obok
doktor Watson z głupią miną.

Sherlock paląc którąś fajkę
szepce do uszka Estery:
- Dedukuję, że ten bigos
ona robi dla... Chimery!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Trzecie powtórzenie (nie do pary)przypomniało mi właśnie starą piosenkę Lennona i Yoko Ono.
Może kogoś zainteresuje:


"Reszta płyty została nagrana na magnetofon kasetowy w szpitalu Queen Charlotte's w Londynie, gdzie John i Yoko wspólnie przeżywali śmierć ich pierwszego nienarodzonego dziecka. Utwory nagrane w szpitalu zawierają, m.in. bicie serca poronionego dziecka pary (Byby's Heartbeat)"


h ttp://pl.wikipedia.org/wiki/Unfinished_Music_No.2:_Life_with_the_Lions

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...