Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

tak myślimy - każde słowo jest ważne
ten wiersz zasługuje na uwagę
słowo dla słowa - już było ("sztuka dla sztuki")
odrzucenie, rzucanie "-"
to ucieczka przed przedstawieniem jakiejś oceny
nie wiersza!
nie autora!
(to łatwe bo można stosować kryteria językoznawstwa)
ale faktu
ocenić fakt jest bardzo trudno
ocena może się zmieniać
i tak odbieramy to co podpisujemy
jest fakt - my mali ludzie oceniamy go
nie wiersz
fakt!

wiersz można poprawić! za dzień, za dwa lata - faktu nie

  • Odpowiedzi 67
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Panie Mirosławie , wcale nie twierdzę, że ten wiersz jest świetny i nie można napisać lepszego z podobnym tematem, ale proszę nie mówić, że dorabiam do niego ideologię.
To raczej Pan próbuje przykładać rzeczywistą miarę do czegoś, co z założenia jest nierzeczywiste, chociaż odnosi się do rzeczywistości.
Gdybym chciała napisać samą prawdę i tylko prawdę, to napisałabym sprawozdanie z pogrzebu, albo z transportu zwłok.
...Martwe ciało to mięso.... gratuluję humanizmu i refleksji.
Poza tym byli tacy, których lekko ten wiersz rozśmieszył, a nie zszokował. To porównanie do prosektorium Zębatego, chyba wcale nie takie bezzasadne. I właściwie takie było założenie. Gdy przekroczy się pewną granicę to poza nią już tylko śmiesznie może być, bo strasznie nie działa. Ktoś jeszcze reaguje na jakieś strzelaniny, widoki trupów ułożonych w rządku, albo krew na chodniku? W każdym dzienniku pod dostatkiem takich widoków.
Dziękuję, że mimo wszystko poświęcił Pan tyle czasu na dyskusję ze mną.
Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


no i co mam zrobić? zaczęło się od uwag technicznych, a pani niepotrzebnie zaczęła tłumaczyć oczymwierszten, więc samo poszło, a nie to tutaj najważniejsze.

co mogłoby być ciekawe. proszę nie przekreślać żadnego tematu.

co to ma wspólnego z humanizmem? po śmierci tylko krew w piach, a mięso w robaki. tak się dzieje. tak się dzieje i już.
Może niektórych rozśmieszył, może taki ma być. Może mnie też rozśmieszył, ale mamy rozmawiać o reakcjach na tekst, czy o jakości tekstu?
Ja reaguję na strzelaniny, ciała ułożone w rządku i krew na chodniku. Reaguję złością na ludzką głupotę, ślepotę, puste ideologie, które do tego doprowadzają. Tu jest humanizm, a nie w wielbieniu ciał nieżywych.
Dosyć o tym. Czas wracać do pracy.
Pozdr.
Opublikowano

Myślę że to raczej Pan zaczął tę bezsensowną dyskusję. Teraz też pisze Pan o wielbieniu ciał nieżywych. Chyba o szacunku należy mówić, gdzie ja tu jakieś ciała wielbię? Proszę się zatem nie dziwić, że próbuję coś wytłumaczyć. Na Pana uwagi techniczne odpowiedziałam i na tym dyskusja mogła się zakończyć. Nie muszę przytakiwać każdemu kto ma jakieś uwagi, a chyba wyłącznie tego Pan oczekiwał.
Owocnej pracy życzę.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie wielbi pani, oczywiście, ale też nic takiego nie powiedziałem, więc w czym problem? Na uwagi techniczne odpowiada pani mętnie, próbując tłumaczyć "co poeta miał na myśli", a miał to, co mu pasuje, żeby w danym momencie miał. Z dobrą poezją jest taki problem, że wszystko powinno być dopracowane. Nawet w wierszu z założenia "rozrywkowym" dobrze jest uwzględnić realia, bo później wychodzą takie kwiatki jak dusze przejmujące się stanem ciał, do których już raczej dostępu nie mają. Do tego w jakimś prosektorium, które przypomina średniowieczną rzeźnię. W imię czego te udziwnienia? Nastrój? Pani wybaczy, ale nastroju nie buduje się opowiadając duby smalone i dorzucając do tego tonę wnętrzności, szczura i jeźdźca bez głowy.
To dobre dla nastoletnich satanistów, albo dla wielbicieli filmu "Uwierz w ducha", który wierutną bzdurą jest.
Po prostu przy kolejnym tekście proszę się bardziej postarać i próbować zapiąć wszystko na ostani guzik.
Opublikowano

przeczytałem kilka razy. warsztatowo nie spodobał się, ale na warsztacie to ja się aż tak nie znam.
pomyślałem, że to jakaś groteska, ale potem doszedłem do komentarza odautorskiego i już mi się zupełnie nie podoba. może to kwestia osobistego spojrzenia na poruszony temat - zupełnie odmiennego spojrzenia.

Opublikowano

Spiro,
no cóż zrobić.
Pozostaje mi pogodzić się z tym, że wiersz niewielu osobom się spodobał. Może nie o podobanie mi chodziło, ale widocznie takie ujęcie tematu nie trafia.
Piszesz:
pomyślałem, że to jakaś groteska...

To właśnie jest groteska. Nie wiem co Ci się nie podobało w komentarzu odautorskim, ale
taki sposób ukazania tematu nieco absurdalny, lekko komiczny, karykaturalny, wydawał mi się odpowiedni. Widocznie się myliłam skoro tyle osób jest przeciw.
Dzięki za wpis i pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



W takim razie może jeszcze raz spróbuję wytłumaczyć, na przykładzie, dlaczego
nie podoba mi się wiersz w tej postaci. Jest taka stara piosenka,
z którą chyba każdy już kiedyś się zetknął? Fragment:


na talerzu leży glizda
na talerzu leży glizda
bo ją bardzo boli...
głowa
bo to strefa atomowa

w prosektorium trup na trupie
w prosektorium trup na trupie
lekarz palcem grzebie...
w kości
bo to już nie boli gości

na cmentarzu widać trupa
na cmentarzu widać trupa
bo mu strasznie świeci...
głowa
a dokładniej jej połowa


Otóż nawet tu, choć trudno uznać to za poezję, zostaje pewne niedopowiedzenie dla odbiorcy. Tymczasem w Twoim wierszu są takie perełki, jak:

Macham ze złości kikutami,
pierś jędrną prężę. Jedną tylko,
bo drugiej nie mam. Wiecie sami,
wybuch ją wybił, jakby piłką.

albo

Mój ukochany wzdycha ciężko,
połamanymi ramionami
objąć próbuje mnie. Udręką
staje się akt ten między nami.

Właśnie takie zbyt długie, właściwie niczemu nie służące fragmenty psują przekaz.
Tak mozna pisać bez końca, strofkę po strofce, ale po co, co to wnosi?

Dlatego choćby wspomniany Zembaty nie skupia się na tak prostym zabiegu, zakładając, że każdy może sobie sam coś mniej, lub bardziej podobnego wyobrazić. I właśnie dlatego wyszło kapitalnie, powiedzmy: "Świeży uśmiech (w kontekście świtu) opromienia tak poważne kiedyś twarze (kontekst wyszczerzonego jakby w uśmiechu
śmiertelnego grymasu twarzy)"


W prosektorium

W prosektorium najprzyjemniej jest nad ranem
Gdy szarzeje za oknami pierwszy świt
W oświetleniu tym korzystnie
Wyglądają starsze panie
A i panom nie brakuje wtedy nic
Oczywiście kiedy całkiem się rozjaśni
Pewne braki wyjdą na jaw tu i tam
Lecz na razie póki wszystko
Widać jeszcze niewyraźnie
Triumfuje dumne piękno ludzkich ciał

W prosektorium najweselej jest nad ranem
Później także tam wesoło , ale mniej
Świeży uśmiech opromienia
Tak poważne kiedyś twarze
A niektórzy szczerze szczerzą ząbki swe
Tylko jeden - ten co leży pierwszy z brzegu
Nie uśmiecha się bo głowy nie ma już
Lecz udziela mu się nastrój
Wytwarzany przez kolegów
W martwym ciele nadal mieszka zdrowy duch

W prosektorium najzabawniej jest nad ranem
Czasem spadnie coś ze stołu - czasem ktoś
Po czymś takim następuje
Ożywienie zrozumiałe
Krótkotrwałe bo dzień wstaje jak na złość
Jasny dzień ma swoje różne jasne strony
Lecz ja jednak mimo wszystko twierdzę, że
W prosektorium najprzyjemniej
Moim zdaniem jest nad ranem
Zresztą sami przekonacie o tym się

Maciej Zembaty

A tutaj wersja do odsłuchania:

www.wrzuta.pl/audio/9EPRwRx7CZ/w_prosektorium
Opublikowano

Za link do piosenki Zębatego dziękuję. Zawsze sobie miło coś przypomnieć, chociaż i tak to nie zastąpi odsłuchania na żywo owej piosenki, śpiewanej przez samego autora. Miałam kiedyś tę zabawną przyjemność :)
No właśnie, tamto prosektorium było zabawą, miało śmieszyć, odrobinkę szokować. To nie bardzo bawi, a detale są zupełnie inne i w innym celu umieszczone.
Uważasz, że niepotrzebna jest urwana pierś młodej dziewczyny, która zginęła w Iraku, a bawi Cię uśmiech trupa starszej pani, albo wyszczerzone zęby innego trupa? Jakiś kompleks inżyniera Mamonia węszę niestety.
Wiem, że lubisz porównywać i przywoływać innych autorów przy okazji ocen wierszy, ale mówiąc szczerze, nie chce mi się już o tym gadać. Dopisek pod wierszem też coś wyjaśnia, a i nawypisywałam się już pod wierszem wystarczająco. Okazuje się, że niepotrzebnie.
Boskim Kaloszom za wpis dziękuję i przepraszam za zmęczenie (swoje i Boskich Kaloszy)
Pozdrawiam jeszcze z tego świata :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiersz Zembatego wcale nie jest taki śmieszny. Może pozornie, bo najważniejszego trzeba się samemu domyśleć. Ja rozumiem, że teraz nawet w filmach wstawia się śmiech,
żeby widzowie wiedzieli kiedy jest śmiesznie i trzeba się śmiać. Ale w poezji?
Jeszcze raz spróbuję pokazać, co uwiera. Otóż np. takie coś:

Macham ze złości kikutami,
pierś jędrną prężę. Jedną tylko,
bo drugiej nie mam. Wiecie sami,
wybuch ją wybił, jakby piłką.

Po co jest mowa o tej drugiej piersi, skoro wcześniej jest podkreślone "jedną tylko?
Lepsze już by było: "bo trzeciej nie mam" :)

Dla mnie wiersz miesci się tylko w tych trzech strofach które podałem wczesniej.
I może rzeczywiście warto jeszcze bardziej uwydatnić koniec, powiedzmy tak:


Kot skrada się, cień przemknął w ciszy
tuż obok słoja z formaliną,
gdzie moje serce. - Idź stąd słyszysz!
To nie dla ciebie! Już je minął

i się zakrada obok ciała,
które tuż obok mego leży.
Na stole - nie jak tego chciałam,
w blasku księżyca, bez odzieży.

Więc lepiej może pogadajmy,
jak spotkał mnie w Afganistanie,
ciebie w Iraku koniec marny.
A co nieludzkie, kotu zosta...


Ot, ostateczne pożegnanie się z tym światem w piękny sposób.
Piękny, bo Peelka zauważa, że oczy, piersi, nogi, ręce i cała reszta mięsa
były przez nią i przez jej ukochanego tylko na jakiś, ściśle określony
czas wynajmowane. Nie - ludzkie więc trzeba je zwrócić
a zając się tym co odróżnia nas od zwierząt, jest charakterystyczne tylko dla człowieka:
rozmowa. O czym? Tego nawet ja już nie wiem (może prorok Adolf? :))
- pewnie o wiecznej już teraz miłości?

Pozdrawiam
Opublikowano

Mówisz o czymś czego w wierszu nie ma, nie chcesz widzieć tego co w wierszu jest. To co zostało po wycięciu, nie dość, że wygląda jak ta jedna pierś - bez sensu, to jeszcze jest źle napisane technicznie i nie wiadomo po co. O czym miałyby rozmawiać ze sobą te dwa ciała? I co niby temu kotu miałoby zostać? Rozwodzisz się nad wierszem i udzielasz rad , a mnie się zdaje jakbyś nie wiedział o czym jest ten wiersz. O różnicach miedzy zwierzętami a ludźmi może sam napisz swój wiersz. Obawiam się, że się nie zrozumiemy. Tak czasem bywa. Trudno.
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Kiedy o to chodzi, że tak w nim wszystko oczywiste, jakby łopatą przez łeb zdzielić :)
(krew, mózg wypływa, oko bielmem zachodzi - piszę, bo może to też niejasne?)
A w sumie temat, o którym mówisz, akurat na limeryk i nie rozumiem po co aż tyle zwrotek?
Pozdrawiam
Opublikowano

Skoro dla Ciebie ...krew, mózg wypływa, oko bielmem zachodzi ... i te wnętrzności tylko widać, to znaczy, że zupełnie nie wiesz o co chodzi.
Ale może to i lepiej :)
Miłego dnia. U mnie burza z piorunami, zaraz mi prąd wyłączą, albo w antenę walnie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


W taki razie wyjdę naprzeciw Twoich (kwiożerczych?) oczekiwań i zgodzę się: tak,
trzy strofki to za mało na taaaaki temat. A nawet tego co jest - za mało:


Kot skrada się, cień przemknął w ciszy
tuż obok słoja z formaliną
gdzie moje serce. - Idź stąd słyszysz!
To nie dla ciebie! Już je minął.

Teraz się skrada obok ciała,
które tu obok mego leży
na stole, tak jak tego chciałam,
w blasku księżyca, bez odzieży.

Macham ze złości kikutami,
pierś jędrną prężę. Jedną tylko,
bo drugiej nie mam. Wiecie sami,
wybuch ją wybił, jakby piłką.

Jeśli ktoś nie wie (nie gra w piłkę)
to tak ją zmiotło, jak śnieg zmiata
dozorca Edek* - szybko, chyłkiem
(*tak przy okazji: ja - Agata).

Szkoda, że lewą. Bardzo szkoda,
bo jakoś częściej - ją panowie
pieścili kiedy byłam młoda.
Lecz trudno, niech gdzieś zgnije sobie -

bardziej mnie martwi brak otworu.
Nie, nie niestety: gębowego :-(
- otwór by przydał się potworu
... po co? Do aktu po-śmiertnego.

A niech tam! Trudno! Obejdzie się!
Swoją drogą, co za chłam teraz
mają na wojnie! Same buble
- ni dziury przez to baba nie ma

chociaż nie żyje. Dobre choć to,
bo żyć bez dziury - jeszcze gorzej.
Ale, co widzę... Matko Boska:
pod brakiem dziury - jeszcze gorzej!

Gdzie moja noga? Moje udo?
Te, na które cmokał pan Edek
i głaszcząc szeptał: "co za cudo..."
Nie ma! Przpadło. Jest pewnie w Niebie.



Tu chciałem wpaść na chwilę z krematorium do Nieba, ale...
cóż widzę? Jakiś Anioł dorwał cudną nóżką ofiary wojny
i... świnia nie anioł!
Pozdrawiam ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Hm... tak poza tym, u nas dzieją się dużo gorsze rzeczy :)


Kochanek z Sopotu z kochanką w Chorzowie
nie mieli na bilet, by wyznać coś sobie.
Ona zmarła od lat.
On umarł, bo był dziad.
Wtedy przyszły listy: "Spotkamy się w grobie."




(chodzi oczywiście o te strajki na Poczcie)
Opublikowano

Pierwsza przeróbka nie bardzo, za bardzo dosadna i cos z rytmem miejscami kiepsko, chociaż trzeba przyznać, że masz wyobraźnię nielichą :))))
W drugim wierszyku pomysł z pocztą mi się podoba, ale ja bym to tak napisała:

Uboczne skutki działania poczty (balladka)

Spotkali się kiedyś młodzieniec z dziewczyną
ich miłość rozkwitła, lecz czas szybko minął
i wrócić musieli do domu, bo przecież
wakacje się kończą, jak zawsze po lecie.
Kochanek w Sopotu, kochanka w Chorzowa,
nie mieli na bilet by spotkać się znowu.
A ona czekała i listy pisała,
daremnie wzdychała, we łzach była cała.
Aż w końcu umarła czekając, aż luby
list do niej napisze i spełni swe śluby.
I on także umarł, jak stary kawaler,
też tęsknił i szlochał, na list czekał stale.
A teraz tę sprawę rozwiązać już pora.
Listonosz zapukał do drzwi. Tak z wieczora,
dwa listy dotarły. Z Chorzowa ten jeden,
a drugi z Sopotu - wędrował przez Wiedeń.
Z Chorzowa zaś w Pradze lądował dwa razy.
Bo poczta też działa tam jak...bez urazy...
(Tu brzydkich słów parę by trzeba napisać,
lecz po co, jak one nie zmienią nic dzisiaj.)
Co z parą ? - zapytasz cierpliwy słuchaczu.
Spotkali się w niebie i tam już nie płaczą.

Pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Mmm... mm... mmmm....

w mrozowym mruczando skrzypiących schodów zasypiała dacza.
Pod kołdrą liści, płatków śniegu już spały ścieżki a jeszcze nie było nowych
więc nic nie było, tylko miętowe westchnienia grudnia
zaganiały czasem wiewiórki do skrzynki na listy
jakby wpadły w nią rudowłose, pełne ciepła i ruchu spóźnione wieści.
Srebrne grzechotniki mrozu coraz odważniej rozpełzały się po szybach, kąsając
soplowymi zębami zakusy słoneczne
w cieplejsze dni ściekając bezsilnym jadem na przemarznięte głogi
a wtedy zlatywały się gile i skubały uschłe łodygi letnich kwiatów
jak poste restante lata.


Opublikowano

To taki dalszy ciąg miał być? Nawet ładnie, ale bez rymów.
Dalszy ciąg rymowanego wiersza musi mieć rymy, chociaż może niekoniecznie to samo tempo.
Niech będzie więc tak

W mroźnym mruczando skrzypiących schodów,
w daczy uśpionej pod kołdrą z liści,
i płatków śniegu, przed słońca wschodem,
sen się o listach zgubionych przyśnił
tej naszej parze kochanków, bowiem
w skrzynce na listy wiewiórki spały.
Oni herbatki pili miętowe
kiedy na dworze wiatry szalały.

Czasem wiewiórki jak rudowłose
zjawy do okien pukały cicho.
Przemarzłe głogi słały odgłosy,
udając srebrne zimowe licho.
Gile skubały łodygi suche
pozostawionych kwiatów w ogrodzie.
Poste restante lata - szepnął do ucha
chłopak dziewczynie - znów byli młodzi.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...