Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 51
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Gdyby to haiku pojawiło się na moim forum
kazałbym Ci jedynie napomknąć o płci szachistki,
a to, że gracie w szachy, pozwolić "wydedukować"
czytelnikowi nie z czterech (szachistka, ruch, tracić,
hetman), a z dwóch/trzech przesłanek.
Z kolei o najważniejszej w tym haiku sprawie, tj.
o urodzie szachistki, czytelnik sam wnioskowałby
uzgadniając informacje z fragmentu i frazy.

Czyli byłoby to coś mniej więcej takiego:

te jej oczy -
już w piątym ruchu
tracę hetmana


No chyba, że nie chodzi o oczy - wtedy można stracić
znacznie więcej, niż tylko hetmana ;-)

one button undone
in the clerk’s blouse I let her
steal my change

Jeden guzik nie dopięty
W bluzce sprzedawczyni -
Pozwalam się oszukać przy wydawaniu reszty.

George Swede/tł. Cz. Miłosz

Pozdrawiam,
Grzegorz
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Po przeanalizowaniu Twego wnikliwego spojrzenia na szachistkę, dochodzę do wniosku, że faktycznie tak przedstawiony obraz bardziej pobudza wyobraźnię, i jeśli pozwolisz, to skradnę te oczy i ostateczną wersję przedstawię u góry ;)

Dzięki serdeczne, Grzegorzu!
Pozdrawiam

PS. Wiem, wiem, że sugerujesz podobieństwo, ale to dla mnie akurat osobiste haiku ;)

PS.2 Nie znam się na własnych forach, ale zastanawiam się, czy posiadanie takiego, daje prawo do "kazania" komuś czegoś? Delikatnie mówiąc, to określenie nie jest na miejscu, bo narzuca ograniczenie wolności własnych odczuć i przekazu treści. Poprzez takie dążenie do perfekcji formy zewnętrznej i swoich upodobań, można potracić to, co w tym wszystkim naistotniejsze i najcenniejsze... Bo jeśli ktoś ma na myśli sarnę, to nie można "kazać" zrobić mu z niej świni, bo potem rodzą się z tego sztuczne i naciągane (u)twory, co prawda - ładne, ale odarte już z pierwotnej naturalności, czystości i piękna. Myślę, że dobrze byłoby takim twórcom okazać odrobinę szacunku dla ich własnej wrażliwości, poetyki, zdolności i wolności wyrażania się w poezji. Ale cóż, różne są zapatrywania, i nie mnie w to wnikać, choć takie podejście dziwi, bo nie traktuję poezji jako towar z certyfikatem jakości opakowania, a niewiadomego pochodzenia i zawartości...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pierwszy wers warto zmienić, powiedzmy na:

kocie oczy

Oprócz bardzo wyraźnego obrazu (kto nie zna widoku kocich oczu?)
wprowadza to element erotyki, coś jak u George Swede, ale nie
wykorzystuje jego pomysłu co jest grzechem głównym polskiego haiku -
wieczne maglowanie pomysłów z innych kultur.

Kocie oczy mogą teraz oznaczać nie tylko piękną szachistkę, ale choćby...
Kasparowa, który dosłownie potrafił hipnotyzować przeciwnika.
Może też nawiązywać do anegdotki o pewnej arcymistrzowskiej partii szachów,
w której jeden z graczy trzymał na kolanach kota. Rzekomo na szczęście,
ale doskonale wiedział, że jego przeciwnik jest uczulony na sierść tych zwierząt
i oczywiście partię wygrał.

Kolejna rzecz, to bardzo słaby drugi wers - w piątym ruchu?
Dobry szachista pierwsze kilkanaście ruchów ma wykute na pamięć,
więc piąty ruch brzmi tak niewiarygodnie... że bardziej kojarzy się
z miernymi umiejętnościami, niż z oczami siedzącej naprzeciwko szachistki
(tudzież wspomnianego Kasparowa).
Dlatego myślę, że zmiana hetmana na figurę wniosłaby o wiele więcej,
i to nie tylko jeśli chodzi o sytuację na planszy :)

Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



[...]
Co, nie słyszeliście jeszcze o Annie Szarewicz? Ogromne zaniedbanie… Na przykład w Brześciu Szarewicz jest postacią bardzo zauważalną. 20letnia międzynarodowa mistrzyni w szachach siedzi przede mną, uśmiecha się i głaska ogromnego kota, który ulokował się u niej na kolanach. Kot najlepszej od dwóch ostatnich lat białoruskiej szachistki, dwukrotnej mistrzyni Białorusi też lubi w wolnym czasie zabawić się z figurami, nie darmo przecież nazwano go tak dźwięcznym i wiele wyjaśniającym imieniem — “Chess”.
[...]
h ttp://belarus-magazine.by/pl.php?subaction=showfull&id=1138873474&archive=1143804816&start_from=&ucat=7&do=archives
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pierwszy wers warto zmienić, powiedzmy na:

kocie oczy

....
Dlatego myślę, że zmiana hetmana na figurę wniosłaby o wiele więcej,
i to nie tylko jeśli chodzi o sytuację na planszy :)

Pozdrawiam

no nie wiem, czy wtedy kojarzyło by się z szachami - bardziej z aerobikiem :)
zostawiłbym "jej" - w ciągu dalszym odczyt jako ojej! - ale wtedy dobrze dać "to jej oczy -" (ponoszą winę) utraty hetmana...
podoba mi się bardzo :)
Pozdrawiam
Czyli co? Sugerujesz, żeby zostało jak u George Swede, tylko zamiast sprzedwaczyni szachistka? Aerobik to sugeruje ten piąty ruch - chyba jakiś dzieciak uczy grać się w szachy
bo hetmana nikt normalny nie traci w piątym ruchu. Naprawdę trzeba dobrej woli :)
Kocie oczy - czytałeś o tej arcymistrzyni białoruskiej i jej kocie, który lubi... przerwacać
figury? Wszystko zaraz kojarzy Ci się z seksem, i to tak, jakby łopatą dostać w głowę(ta
strata hetmana w 5 ruchu to tępota umysłowa a nie zauroczenie :))

reklama z Dodą -
kolejna stłuczka
na skrzyżowaniu

- tak samo można jeździć w kółko pomysłu tego haiku ze sprzedwaczynią (George Swede).

Pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


jest otwarcie, gdy następuje zbicie obu hetmanów w pierwszym etapie rozgrywki szachowej :)
gdzie powiedziałem, że kojarzę z seksem , to Twój podtekst po zmianie treści :)
to tak jak z gwiazdami w oczach, jedni widzą medale inni niebo...
Pozdrawiam
W pierwszym etapie (debiut, czyli pierwszych kilkanaście ruchów) hetmany pozostają na swoich miejscach. Ale masz rację z tym aerobikiem - komuś zamiast tańczyć, zachciało się grać w szachy. I sądząc z przebiegu partii (piąty ruch i strata hetmana) to nie tyle oczy przeciwniczki, co zerowe dosłownie umiejetności spowodowały stratę (-9 punktów, bo tak się wycenia Hetmana w notacji szachowej). Ja tu nie widzę seksu, raczej zaćmienie :)
Opublikowano

Orston,

Moje forum jest forum edukacyjnym. Tak jak w szkole, pani każe dzieciom
(wydaje im polecenie) rozwiązać dane zadanie konkretnym sposobem, tak
i ja od czasu do czasu (gdy widzę taką możliwość) tak robię. Niezależnie od
tego, czy zadanie zostało wcześniej przez kogoś rozwiązane innym (dobrym
lub nie) sposobem. Celem wydania (i wykonania) polecenia jest zapoznanie
(się) z tym sposobem rozwiązania, by go umieć zastosować w przyszłości.

Czepianie się słowa "kazać" jest jak czepianie się słowa "sugerować".
Ja nie sugerowałem, że Twoje haiku o pięknej szachistce było podobne
do haiku George'a Swede, bo... nie było. Haiku George'a było przykładem
dobrego haiku bazującego na opisanej przeze mnie relacji pomiędzy
fragmentem i frazą. Przykładem mającym skłonić do wprowadzenia zmian.

Ja oceniam piszących po jakości utworów, komentujących - po jakości komentarzy,
a doradzających - po jakości rad. Niezależnie od tego, ile mają lat, czy noszą
wąsy, czy dredy, czy są adminami, czy bloggerami.

Tak, jak na moim forum - zasugerowane przeze mnie zmiany są (w tym haiku)
Twoją własnością, z którą możesz zrobić co tylko Ci się spodoba. Jednak
wykorzystanie moich rad, a jednocześnie raczenie czytelników tego wątku
przypowieścią o sarnie (pierwotna wersja) i świni (wersja po poprawkach)
oraz wykazywanie wyższości raczenia czytelnika wersją niedopracowaną
nad raczeniem go wersją bardziej dopracowaną wydaje mi się przynajmniej...
niekonsekwencją ;-)

Pozdrawiam,
Grzegorz

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jak się okazuje, całkiem na czasie i prawdziwie to wyszło :)

Niecodzienne billboardy przyczyną wypadków

W neapolitańskiej dzielnicy biedoty Fuorigrotta nieustannie dochodzi do wypadków samochodowych. Ich przyczyną są cztery gigantyczne billboardy, przedstawiające obfity biust.

Pod fotografią piersi, zakrytych rękami umieszczono dwuznaczny slogan " Wezuwiusz i Etna nigdy nie były tak blisko".Ta reklama jednej z linii żeglugi promowej, łączącej Neapol z Sycylią, robi na neapolitańczykach porunujące wrażenie, a dla kierowców okazuje się zgubna.

Aby jej się dobrze przyjrzeć, większość prowadzących samochody zwalnia, bądź gwałtownie hamuje. W miejscach, gdzie stoją billboardy, nieustannie dochodzi więc do stłuczek. W lepszej sytuacji są piesi, którzy mogą się do woli przyglądać niecodziennym plakatom. Wielu wyznało, że nie sam biust wywarł na nich wrażenie, lecz jego rozmiary.

h ttp://www.wiadomosci24.pl/artykul/niecodzienne_billboardy_przyczyna_wypadkow_65774.html
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


gdzie jest napisane ,że liczymy ruchy od początku zobacz tu "podwójne uderzenie" [url]pl.wikibooks.org/wiki/Szachy/Wersja_do_druku[/url]
a szach za 200 punktów ;)
Raczej nie zapalanujesz w pięciu ruchach utraty czyjegoś (ruchliwego i zwrotnego)
hetmana - najsilniejszej figury na planszy.
Wątpię, czy komputer by to potrafił. Co innego jeśli chodzi o ograniczonego
w działaniu Króla, który nawet nie może przejść przez szachowane pole podczas roszady.
Choć i tu ciężko o mata w pięciu posunięciach - są to sytuacje raczej robione sztucznie,
mające spełniać podobne zadanie co krzyżówki lub Sudoku bo w szachach rzadko dochodzi do mata,
czy zbicia hetmana inaczej niż w drodze wymiany, czy poświęcenia go dla uzyskania dobrej pozycji
do ataku. A propos ataku:

Haiku Orstona może mieć inne znaczenie niż myślisz: mianowicie gracz daje swojej,
niewątpliwie atrakcyjnej przeciwniczce, fory :) Wyobrażasz sobie kobietę, która przegrała?
Na pewno nie będzie chętna do nastrojowych rozmów, zacznie się złościć pod jakimkolwiek pozorem,
udając przy tym, że nie chodzi wcale o wcześniejszą przegraną. Co innego, kiedy łatwo wygra :)
Można więc założyć taką sytuację, w której gracz "tracący" szybko hetmana jest doświadczonym
graczem a poświęcenie ma posłuzyć mu do skonstruowania dogodnej dla siebie strategicznej pozycji.
Kto wie, czy nawet nie leżącej? ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


O takim znaczeniu myślałem i kierowałem rozmowę :)

w takim razie widzę pata - bo doszliśmy do tego samego wniosku - dlatego napisałem, iż podoba mi się ;)

kiedy takiej interpretacji przeszkadzają właśnie... oczy. Dla samych oczu nikt nie podkłada się
aż tak, oczy sugerują zauroczenie ale nie amok. Gdyby było inaczej, mistrzami świata od dawna byłyby urocze blondynki z wielkim, odkrytym biustem, ale jeszcze żadna kobieta nie zdobyła najwyższego trofeum :)

Stąd zasugerowałem coś w rodzaju "kocie oczy", które zamieniłyby seksapil na coś niewytłumaczalnego jednoznacznie. Powiedzmy, że nagle do gry wtrąca się kot i strąca łapką figurę symbolizując coś, co krzyżuje plany zarówno szachistce jak i jej partnerowi. Jest
czymś, czego nie wzięli pod uwagę w intelektualnej potyczce między płcią piękna i brzydką.
Jeśli oglądałeś "Piąty element" to mniej więcej o taki, pozawerbalny czynnik mi chodzi.

Istniałaby też wtedy następująca możliwość:
szachista, mocno już tatusiowaty, stara się jak może wywołać na atrakcyjnej przeciwniczce korzystny wygląd. Wciąga brzuszek, co jako doświadczonemu graczowi zajmuje mu więcej uwagi niż debiut na planszy. Nagle do gry włącza się kot a zaskoczony szachista... traci figurę, czyli zapomina o wstrzymywaniu oddechu i wypinaniu klatki piersiowej :)
Opublikowano

Boskie Kalosze,

Chciałbym Ci zwrócić uwagę, że w obecnej wersji nie ma już "szachistki",
sugerującej grę na wysokim poziomie. Teraz jest to haiku o grze w szachy
na poziomie początkującego amatora (nazwanie kogoś grającego w szachy
szachist(k)ą było nieporozumieniem, jak nazywanie kogoś śpiewającego
przy goleniu - piosenkarzem, kogoś zmieniającego koło przy samochodzie -
mechanikiem, itd).

Pozdrawiam,
Grzegorz

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


- Jej oczy - w kontekście partii szachów dobitnie świadczą o przeciwniczce. Nie trzeba dodawać, że to oczy kobiety a nie łasiczki, kotki itd. Natomiast - kocie oczy - odnoszą się
bezpośrednio do kota, choć u ludzi mogą symbolizować pewną pociągłość, hipnotyczny wydźwięk w spojrzeniu (stąd przytoczyłem Kasperkiego, który jakby
wisiał na przeciwniku niemal paraliżując wzrokiem jego wolę)

Nie, piaty ruch w szachach to piąty ruch poczynajac od rozpoczęcia partii.
Mylisz pojęcia, szkolną sytuację diagramową, gdzie trzeba dać mata nie mniej ni więcej
tylko w piątym ruchu.

Hetman? A może Królowa? Nie jest to jednoznaczne a figura owszem. Przecież właśnie w opozycji do niej stoi pionek. Przemyśl sobie: figura - pionek.
Poza tym, figura, ruch (i jej strata) jednoznacznie sugeruje GRĘ
której przebieg zostaje wypaczony. Nie jest ważne, czy to są szachy!
Ale do licha, niech to nie będzie gapowaty jełop :) Przecież nawet mówi się o kimś:
co to, tak na ładne oczy chciałeś się załapać?
A ta, z tego haiku się załapała :) Dlatego wolałbym kocie oczy - kota, który pomaga
nieoczekiwanie powiedzmy, że swojej pani.

Dlatego mam prawo powiedzieć ,że obrazek jest przerysowany. Kto traci hetmana w piątym ruchu? Co innego gońca, skoczka ale o hetmanie czy wieży nie powinno być mowy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...