Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nie szukam wrogów, ale mnie prowokujesz, więc oświecę szanowny umysł.

1.
Nie interesują mnie meandry produkcji wina i piwa - jestem konsumentką - Ty musisz być koneserem, to w Twoim stylu.
2.
Tak, jesteś dziedzicem i współtwórcą kultury- ja staram się być tylko kulturalna. Jestem człowiekiem, który docieka, ale czy to znaczy, że wyjadam jedynie okruchy z pańskiego stołu?
że nie czytam, nie kształuję swojego intelektu, nie czerpię z dziedzictawa na własną ułomną miarę?
Czerpię, ale się z tym nie obnoszę, wiesz dlaczego?
Ponieważ jestem sobą i niczego nie muszę - Ty musisz/chcesz być erudytą.
Obnosisz się ze swoją wiedzą, eksponujesz/lansujesz dary/talenty - mnie wystarcza fakt, że ów intelekt posiadam.
3.
Tak, jesteś wrogiem żeńskiego pierwiastka, jesteś hipokrytą, szowinistą w ułudnej, kolorowej oprawce - wiesz, dlaczego?
Ponieważ nie ogarniasz natury kobiet, boisz się ich. Nic o nas nie wiesz, poza tym, że budzimy w Tobie pierwotne instynkty - a Tobie przecież nie wypada, dlatego zamykasz się w ramach, narzucasz sobie i innym dekalogi, normy etyczne, wzorce humanitarne.
4.
Uznajesz trzy typy kobiet; matki/żony/córki - jesteś przekonany, że je kochasz, szanujesz, podziwiasz, rozpieszczasz, faworyzujesz, wielbisz i doceniasz.

Ale to nieprawda - kochasz tylko to, co możesz wziąć/otrzymać - nawet dając siebie, rośniesz
we własnych oczach- to połowiczne dary, bo tak Ci wypada; idealny syn/mąż/ojciec.

Pomiędzy dostrzegasz inne kobiety - budza zainteresowanie i niepokój - to normalne, ale nie dla Ciebie - Ty na przyznanie się do słabości nie możesz sobie przecież pozwolić -Twój retusz,
Twoje zasady, Twój wizerunek.
5.
Kobiety zwykłeś traktować protekcjonalnie, bywasz uroczy, ujmujący, szarmancki; komplementy, dżentelmeńskie obycie, uśmiechy, gesty, tylko gesty - kobiety są przecież takie łatwowierne i próżne, tak szybko można je zadowolić, bodaj chwilą uwagi, prawda?
6.
Kompromis który deklarujesz?
Nie, to walka z samym sobą, jeżeli czegoś/kogoś nie pojmujesz, to zwyczajnie negujesz.

To pozerstwo,układasz się zgodnie ze statusem społecznym/z piedestałem na którym zasiadasz, a w kontaktach jestes przecież tak przystępny, spontaniczny, fajny, pogodny - jednak swoje wiesz i wewnętrznie i tak się wywyższasz.
7.
Jesteś słaby w swojej mocy wszechobytego/wszechwiedzącego/wszechnienagannego - ale się do tego nie przyznasz.
Ty jesteś Kimś- o.ki, ale pozwolisz, że ja zostanę sobą? Nie zaczepiaj mnie.


Wszystko powyżej to Jacku Twoja maniera, poza - obawa przed prawdą, że kobiety przerastają facetów zarówno pod względem intelektualnym(inteligo wrodzone) jak i biologicznym - zwykła dziewczyna zakasuje niejednego omnibusa.

Kobiety bywają mistrzyniami intryg, kamuflażu, myślenia analitycznego, postrzegania pozazmysłowego i to jest naturalne/przyrodzone - znasz przecież historię, jesteś też dojrzałym obserwatorem, znasz życie - wiesz, że potrafimy wami kierować i manipulować.

Umiemy być proste/głupie/niezaradne/niemoralne - za chwilę uwodzicielskie/czaryjące/błyskotliwe/dumne/wzorce moralne/fundamenty rodziny/ - damy i 'niedamy' w jednym.

Tak jak chcemy i kiedy chcemy, pod warunkiem, że chcemy i że nas to bawi/cieszy.

Między pierwiastkiem męskim a żeński istnieje ścisła zależność/uzupełnianie się - jednak wy kochając ( to najważniejsze z przykazań! ) tak naprawdę tylko pożądacie - a kobiety potrafią kochać, to jest nasz dar, kolejny dar przyrodzony/naturalny/spontaniczny/prawdziwy/jeseśmy wierne, ale facet musi być tego wart, a o takiego trudno/ - dlatego, że mamy świadomość i predyspozycję -o czym piszę powyżej.

Wymiękacie pod naszym wpływem - to my, babki stymulujemy i kontrolujemy owo wymiękanie - i to Cię tak irytuje.

Tyle o Tobie wiem z poezji, polemik, komentarzy - w zestawieniu z faktami ze źródeł psychologicznych i autopsji.


A co Ty o mnie wiesz? Tylko tyle ile chcę abyś wiedział - rozumiesz?
Pisałeś; "błyszcząc mobilizujesz się" "potrzebujesz wroga" - jesteś żałosny.

Nie przyszło Ci do głowy, że tak naprawdę to chcę wreszcie ZGASNĄĆ, jestem znudzona i zmęczona rolą forumowej gwiazdeczki jednego sezonu, rolą dziwadła/zjawiska/emo/aniola/mohera/wampa/narkomanki/staruszki/dziecka/sexbomby/miotły/czarownicy/ - przestało mnie bawić, nigdy zresztą nie bawiło.

Ale podjęłam wyzwanie; zauroczenie/załamanie nerwowe/modlitwy/bunt/odchodzenie/powroty/ - a wiesz czemu? Bo miałam taki kaprys, ponieważ nie interesuje mnie rola maskotki w obleśnych łapach przerośniętych narcyzów, którzy się do mnie przyczepiają, chociaż nie zachęcam - piszę co myślę w wierszach - nadinterpretacja to nie moja bajka.

I jeszcze jedno - ludzie kulturalni i wykształceni nigdy nie dadzą odczuć swojej wyższości nikomu, nigdzie i w niczym - to aluzja do niekrórych komentatorów tego forum.

I jesteś Jacku z teoriami i wiedzą w punkcie wyjścia, zatoczyłeś koło - pozwól, że postawię kropkę - taką uniwersalną w przekazie - innym narcyzom też.

Pozdrawiam, ale nie uśmiechnę się.
kasia.

  • Odpowiedzi 68
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

tyle się o sobie dowiedziałem, że aż siebie nie poznaję;
tylko kogo interesuje jakiś tam Jacek Sojan?
albo zdanie kasiballou o nim?
jeśli - to tym - co i jak pisze - bo po to jest portal literacki;
dlatego nie rozumiem tego wątku w miejscu tak eksponowanym, jak forum orga - masz prywatne anse do wyślij je do mnie na priv - ale nie, złapałaś okazję
i się roztiurlikałaś
na pohybel dla mnie;
a ponieważ z formuły pierwszoosobowej przeszłaś do ofensywnej liczby mnogiej (my - kobiety) postanowiłaś w mojej osobie pognębić cały rodzaj męski w imię wojennego feminizmu
- piękna jesteś w gniewie Amazonko i zasługujesz na swojego Homera;
zapytam wprost - ulżyło?
serwujesz awanturkę niemal małżeńską co świadczy o bliskim stopniu pokrewieństwa, wraz ze wszystkimi "moimi" tu wadami - chyba uprawiałem bigamię wcale o tym nie wiedząc;
podać kropelki na uspokojenie?
kocham Cię, jesteś urocza - :))))
J.S

Opublikowano

wszystko fajnie, tylko nie wiem po co robi się takie rzeczy publicznie. naprawdę. może mi to ktoś wytłumaczyć? kiedyś były dyby i zepsute jajka, a teraz poezja.org?

nie chodzi o to: "kto, kogo i za co", bez znaczenia
nie - to jednak nie jest fajne

Opublikowano

Podobne mam odczucia jak Olesia i czuję się lekko zażenowana tego rodzaju dyskusją. Są privy, można napisać co się nie podoba, albo o co ma się pretensje do kogoś. Ten post dość emocjonalny, ale odpowiedzi to też dotyczy.
A wątek zdaje się nie ma nic wspólnego z literaturą i chodzi o prywatne nieporozumienia. Ktoś kto nie ma ochoty zgłębiać portalowych sympatii lub animozji (do wyboru) czuje się jak podglądacz, albo jakby cudzy list czytał. Może oszczędźcie Państwo sobie i innym tego rodzaju wrażeń.

Opublikowano

brudów nie pierze się publicznie - bez względu na to kim jest i jaki jest człowiek. od tego są wiadomości prywatne, maile, telefony.
nie lubisz Sojana - ok.
ja nie lubię Bezeta - ale nie uważam, że mam przez to wypisywać o nim takie czy inne rzeczy. mogę to powiedzieć Karolowi, mogę - Bogdanowi osobiście. nie mam potrzeby ogłaszania na forum "za co, po co i jak bardzo". nie mam ochoty przypominać jego tekstów nie na miejscu - a są takie i nie tylko ja tak myślę, jeśli wiesz, o co mi chodzi.
to normalne, że pewni ludzie się nie lubią.
ale forum poetyckie nie jest moim zdaniem od załatwiania takich spraw. tak myślę - prosto i po ludzku.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



niechby "mitoman i megaloman" - moje ewentualne osobiste wady dają komukolwiek prawo do publicznego pręgierza? (sprawiedliwi, szlachetni i czyści tak postanowili?)
sądziłem, że to miejsce na rozmowę o poezji - a tu sąd i chłosta nad Jackiem Sojanem; utwierdzam się w swojej mitomani i megalomani jak ważny jestem; dla niektórych; nawet mam osobisty wątek na orgu - (takie niemerytoryczne wystąpienie ad personam jest już złamaniem regulaminu portalowego);
dziękuję!
J.S
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



a dlaczego nie? ja tam obecnie powyzej czytam "forum dyskusyjne"

jak dziewczyna chce prać brudy publicznie to czemu nie. lubie obrażanie, a przeintelektualizowane analizy internetowych charakterów jeszcze bardziej.

ponadto nie znam i nie poznam jakiegos tam pana jacka, ale bawiłem się przednie.

jeszcze lepiej zdając sobie sprawę po co, dlaczego i dla kogo jakaś tam paniusia straciła czas na opisywanie kogoś kim nikt nie powinien się przejmować. no chyba, że trafiłem w pierwszym komentarzu
Opublikowano

kapitalny zmysł obserwacji? pani kalino pani wybaczy: buahahhaahah

przy czym nie twierdze, że nie ma w tym racji. nie wiem nie chce wiedziec, interesuje mnie to jak kolejna edycja tańcu na lodzie. ale kapitalne? no proszę pani

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



masz absolutną rację, to nie ja jestem autorką wątku i nie wiem o co ci chodzi Olesiu zwłaszcza w wyznaniu kto kogo lubi lub nie i dlaczego

ludzie lubiejom se czasem podyskutować na różne tematy: o poezji i o poetach - nie zawsze słusznie:)

Pani Kasia ma wiele racji i kapitalny zmysł obserwacji - choć forma publiczna wyrażania ich nie jest na miejscu - ale z tego co czytałam, wobec niej również wyrażano się publicznie i obcesowo i może to nauczy czegoś nas wszystkich
pozdr
kasiaballou jest dla mnie zupełnie nieznanym nickiem, nie wiem, jak wobec niej się wyrażano, nie śledzę. ale chyba nikt nie robił tego tak spektakularnie, bo pewnie bym zauważyła

chodzi mi o to, Kalino, że głos poparcia w takim wątku to zgoda na takie zachowanie.
ja się nie zgadzam.
Opublikowano

nie muszę go znać żeby uznać, że ów wywód do kapitalnych nie należy. no chyba, że pan jacek sojan jest prostakiem, którego można odczytać po wpisach na internetowych forach.

kapitalna obserwacja. litości ludzie, co to dziecka neostrady atakują portale poetyckie?

Opublikowano

"- ale z tego co czytałam, wobec niej również wyrażano się publicznie i obcesowo i może to nauczy czegoś nas wszystkich"

kalina kowalska

no i teraz konieczne byłyby cytaty, aby nie być gołosłownym, prawda - pani kalino?
sam jestem ciekaw tych "obcesowych - publicznych wystapień", tak bardzo nagannych;
ale koniecznie z kontekstem i odpowiedziami adwersarzy - dla przejrzystości;
cóż - dla ciebie każdy pretekst dobry, aby mnie strepować;
tylko jestem pewny - że już nie doczekam się dalszego wątku z ilustracjami moich wystąpień, które choćby w procencie dorównały powyższemu;
jest po prostu tak - kiedy ja żartuję, to ani chybi - jest to szyderstwo;
kiedy publicznie mnie się pomawia i obmawia - to to jest żart;
fajnie;
poczucie przyzwoitości rośnie;
kwitnie uczciwość;
no i ta intencjonalnie nacechowana szczerość -
po prostu skarb;
tylko brać i rozdawać, dzielić się;
oj - oj...
J.S

Opublikowano

przesadzasz i sądzę, że wywołujesz skutek odwrotny do zamierzonego (chociaż, cholera wie, jaki mógł być zamysł tego wątku)

po pierwsze tekst twój świadczy o niewątpliwych talentach obserwacyjnych, z drugiej strony: wybijają z niego kompleksy (jedziesz po kimś publicznie - licz się z takimiż wypowiedziami dot. twojej osoby)

po drugie tekst ten (jego kształt, treść, podłoże) nosi znamiona histerii; i słusznie tutaj Bartuś był skłonny przypuścić, że chodzi o seks, czy też jakieś inne uczucia;)

po trzecie, nie przyłączę się do publicznego rozbierania psychiki ani Jacka Sojana, ani nikogo innego, kto mi osobiście nie zalazł za skórę:D, a ponieważ starzeję się i mięknę (sic!), to czasem nawet odpuszczam, gdy ktoś mi zalezie:D
podejrzewam, że wielu myśli podobnie, co skazuje ten tekst na pewnego rodzaju niepowodzenie

po czwarte, ponieważ tekst w swojej formie jest atrakcyjny (yeah), zaraz się za niego zabiorę;p
pod kątem filozoficzno-logiczno-życiowym

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


kasiaballou jest dla mnie zupełnie nieznanym nickiem, nie wiem, jak wobec niej się wyrażano, nie śledzę. ale chyba nikt nie robił tego tak spektakularnie, bo pewnie bym zauważyła

chodzi mi o to, Kalino, że głos poparcia w takim wątku to zgoda na takie zachowanie.
ja się nie zgadzam.
bardzo szlachetne z twojej strony - nadspodziewanie wręcz
kajam się i bije w pierś:)
nie musisz być tak ironiczna
przepraszam, że zabrałam głos w sprawie

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...