Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

z jednej strony zmęczone wódką twarze
zroszone bruzdami niemożności wybicia się
sterane nadzieją wysokiej wygranej i tramwajem
zniszczone pensją i obietnicą wszystkiego

z drugiej strony gdzieś stąd tka się wersy
wyciąga skądś myśl i ubiera w formę
w domyśle sztuka nie żywi nas zbędnymi
w rzeczywistości z szarości tworzy tęczę

ci ludzie w kolejkach szarpiący ludzi o olej
dziś promocyjnie tańszy niż zawsze
jest to okazja by zdobyć szczyt
wspiąć się na wyższy poziom jestestwa

może gdzieś u was ogrody wspaniałe
mienią się barwą boskiego tchnienia
rącze sarny biegną przez las
lecz tutaj tną je – kawał za kawałem

i po trzy złote za odpadki z taśmy
zawija sobie w papier bo kocha koty

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Zabijanie kotów jest tak głupie, a tych, co je gonią i zamęczają powinno się wsadzać na jakieś roboty od godz 5 do 22 z jedną przerwą na kromkę chlebka. Po miesiącu taki idiota zmądrzeje, a my będziemy mieć może stadion na euro.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


bezsensowne rozmnażania kotów jeszcze bardziej idiotyczne
zapraszam w swoje okolice gdzie leśnicy są bezradni
giną jeże jaszczurki żółwie itd zagryzane są nawet młode sarny
ginie wszystko co się rusza - zostaje zagryzione
Opublikowano

Jacku- jeżeli głupotę ludzką przekładać na zabijanie, to już mamy wiele analogii w historii, gdzie usuwano "szkodniki". Co ciekawsze, jak zapewne wiemy, każda skrajna ideologia uczy obojętności dla tego gatunku, który się usuwa. dlatego nikt mi nie wmówi, że zabijanie kogo lub czegokolwiek jest dobre. Z drugiej jednak strony pewne plagi stają się rzeczywiście niebezpieczne i wtedy jest problem - co robić w danej sytuacji. Wtedy najlepiej wezwać wojsko, które jest najbardziej humanitarną organizacją na świecie, bo zabija od razu. Z trzeciej strony - to cywilizacja tworzy najbardziej niebezpieczne organizmy, które są dla niej samej zagrożeniem. Usuwanie ich tworzy następne, a te kolejne idt. Dlatego tutaj nasze dyskusje są jałowe o tyle, że i tak nic z nich konkretnego nie wyniknie. Chociaż ja mam konkretny przykład, jak głupie babiszcza-kociary truły psy, bo im goniły koty spod bloku (pech chciał, że padł i mój wtedy). Dlatego zawsze stanę na stanowisku, że to człowiek jest problemem, a nie przyroda.

Adamie - niech zeżreją satanistów.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



zgadza się gdyż bezrozumnie preferuje rozwój jednych gatunków niszcząc inne

jak masz kociaka w domu to o niego dbaj a sam wiesz ile radości potrafi przynieść
co innego watach bezpańskich psów lub bezpańskie koty w lesie
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



zgadza się gdyż bezrozumnie preferuje rozwój jednych gatunków niszcząc inne

jak masz kociaka w domu to o niego dbaj a sam wiesz ile radości potrafi przynieść
co innego watach bezpańskich psów lub bezpańskie koty w lesie

A skąd te watahy? Wyrzucają je durnowaci durnie, którym się stworzenie znudziło, to biorą do wora i hajda do lasu. Żona znalazła takiego jednego, skatowanego i przywiązanego do drzewa i zabrała do domu (jeszcze żyje, mam go nawet :), ale na dobrą sprawę jeden pies na xx lat to maks.
Z drugiej strony ci "dobrzy" mają psy po blokach, tłoczy się to, sra gdzie popadnie, gówno na gównie, wśród tych gówien dzieci i to jest nasza Polska właśnie.
Widzisz Jacku - wyjścia nie ma, a rozsądku i wyobraźni brakuje.
Opublikowano

niestety nie do trwałem do końca
męczy mnie taka gadanina
bez końca

kłaniam się

p.s. i niewybaczalne słowo: "jestestwa"
wyblakłe i sprane jak... no właśnie
- jak bycie (przymusowe zresztą)

Opublikowano

z jednej strony twarze
zroszone wódką i bruzdami
niemożności wysokiej wygranej
sterane nadzieją
obietnicą wszystkiego

z drugiej strony wersy
myśl przybiera formę
w domyśle
sztuka nie żywi zbędnymi
z szarości tworzy tęczę

pozwoliłem sobie na remix, kilka scieżek przyciąlem.
dlatego:
z drugiej strony gdzieś stąd tka się wersy
wyciąga skądś myśl i ubiera w formę

gdzieś, skądś - dla mnie okropnie to brzmi. i ta forma: robi się, wyciąga się... wicie rozumicie.

z drugiej strony
stąd wyciągam wersy
i myśl ubieram w formę

przypuszczam że odbiegłem od zamiarów autora, ale dla mnie róznica jest spora.


ci ludzie w kolejkach szarpiący ludzi o olej
dziś promocyjnie tańszy niż zawsze
jest to okazja by zdobyć szczyt
wspiąć się na wyższy poziom jestestwa

może gdzieś u was ogrody wspaniałe
mienią się barwą boskiego tchnienia
rącze sarny biegną przez las
lecz tutaj tną je – kawał za kawałem

i po trzy złote za odpadki z taśmy
zawija sobie w papier bo kocha koty

tą wegetariańsko hipermarketową część zostawiam, mi to nie klei się z częścią wiersza powyżej
dla mnie obniżył pan loty Panie Michale tym wierszem. gorzej, jeżeli wcześniejszymi wzbił się pan powyżej swoich realnych możliwości;)

pozdrawiam

Opublikowano

nie znoszę ludzi jest ich za dużo i powinno się ich zabijać:
ludzie czynią niepowetowane straty nie tylko w lasach mordując drobną leśną zwierzynę,
mordują się nawzajem, niszczą powłokę ozonową, zatruwają środowisko, podobno
niszczą żywność, gdy inni umierają z głodu. Udomawiają zwierzęta, jeśli im się znudzą - wyrzucają je z domu gdziekolwiek. Bywa, że przywiązują je do drzew w lasach, skazując je tym samym na powolną śmierć. To tylko kika przykładów, dokładny raport prześlę oddzielnie.
Podpisano: Ufolud
Przepraszam Autora.
* * *
Wiersz -odpowiada mi i widzę sens poruszenia tego tematu. Moim zdaniem dobrze by było go jeszcze dopracować, może nieco skrócić, prosi się o dopieszczenie (wiersz).
Z pozdrowieniami
- baba

Opublikowano
Wiersz w promocji, po 3 zł za wejście -> tytuł odnosić się może do konsumpcyjnego podejścia sporej części społeczeństwa polskiego wobec spraw bynajmniej materialnych, ale także postmaterialistycznych.

z jednej strony zmęczone wódką twarze
zroszone bruzdami niemożności wybicia się
sterane nadzieją wysokiej wygranej i tramwajem
zniszczone pensją i obietnicą wszystkiego


strofy nr 1 i 2 zostały zbudowane na zasadzie kontrastu. w pierwszej podmiot liryczny /który jest obserwatorem otaczającej go rzeczywistości/ mówi ludziach poddających się pracy fizycznej za marne wynagrodzenie; o ludziach, którzy z rozpaczy czy strachu /przed chociażby jutrem/ szukają ukojenia w alkoholu, czyli rzeczy która chociaż na moment pozwala zapomnieć.

z drugiej strony gdzieś stąd tka się wersy
wyciąga skądś myśl i ubiera w formę
w domyśle sztuka nie żywi nas zbędnymi
w rzeczywistości z szarości tworzy tęczę


w zwrotce drugiej natomiast przedstawiona zostaje druga strona społeczeństwa, której udało się osiągnąć pewien standard życia, dorobić szczęścia bijącego między innymi od rodziny, ukochanej osoby, etc; ale także mowa jest o sztuce, która tak naprawdę jest substratem ubarwiającym egzystencjalne realia.

ci ludzie w kolejkach szarpiący ludzi o olej
dziś promocyjnie tańszy niż zawsze
jest to okazja by zdobyć szczyt
wspiąć się na wyższy poziom jestestwa


w strofie 3 z kolei słychać zdecydowany głos ironii w wypowiedzi podmiotu lirycznego, który zwraca uwagę na usilne dążenia do osiągnięcia czegokolwiek, wybicia się choćby ponad najbliższych sąsiadów

może gdzieś u was ogrody wspaniałe
mienią się barwą boskiego tchnienia
rącze sarny biegną przez las
lecz tutaj tną je – kawał za kawałem


w zwrotce czwartej również zaobserwować można pewien kontrast, otóż podmiot liryczny w bezpośrednim zwrocie do odbiorcy tekstu mówi, że: 'może gdzieś u was ogrody wspaniałe...' mając zarazem nadzieję, że gdzieś może być skrawek lepszości i inności. podkreśla jednak, że w jego świecie nie ma na to miejsca. prawdziwe, naturalne piękno zostaje wyparte przez brutalność życia prowokowana często bzdurnymi powodami.

i po trzy złote za odpadki z taśmy
zawija sobie w papier bo kocha koty


pointa hmmm troszeczkę frapująca, aczkolwiek jest ona zarazem podkreśleniem, podsumowaniem wcześniej sformułowanych przez podmiot liryczny myśli dotyczących najbliższej mu rzeczywistości, która go w zasadzie przytłacza.

tekst z pewnością jest ciekawy, jednakże nieco inny od Twoich poprzednich, które mogłem czytać. przede wszystkim ze względu na fakt zdecydowanie mniejszej ilości ironii. lecz wiersz jest zabarwiony filozofią, ale i autentycznością realiów /szczególnie polskich/. przekonuje mnie zarówno forma, jak i tematyka, która w mniejszym, bądź większym stopniu ociera się o nas wszystkich. plus.

pozdrawiam.
Opublikowano

Podoba mi się w Twoich wierszach to, że piszesz o realiach, nie stroniąc od brutalności w opisach. Jednakże jest tu również miejsce na lirykę, mistykę i ogólnie coś bardziej "wzniosłego". Ja nie lubię jak ktoś mówi, że świat jest tylko zły. Ja lubię, jak ktoś dostrzega całą jego gamę barwną.

+

P.S. Gdzie te 3zł mam niby dać? ;0

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ostatnio mam dużo czasu się zastanawiać, mniej pisać - nie mam kompa w pracy, a na laptopa mnie na razie nie stać, może stąd to zmęczenie materiału i takie barwy.

PS - każde kliknięcie, tj 178 razy 3 :)))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ale mi się to podoba. Nie mam zamiaru lukrować nie wiadomo jaką ilością plusów, bo to nieładnie. A barwy są zarąbiste.

No, chyba, że to ja lubuję się w kiczu i mam zły gust ;


Nowobogacki. Fiu fiu :F
Opublikowano

Zarówno w odniesieniu do wiersza, jak i do dyskusji trzymam tym razem stronę Michała. Co do dzikich i zdziczałych drapieżników, to odnoszę wrażenie, że są one przede wszystkim konkurencją dla myśliwych, stąd ich niechęć do nich.
Michałe, dla mnie, prostaka, zmiana Twojego stylu, to plus... ale ja się nie znam, pisz jak chcesz ;).
Pozdrawiam.

Opublikowano

"sterane nadzieją wysokiej wygranej i tramwajem" :)? kali być głodny. chyba to nie jest po polsku?
co do saren, jestem za.
z drugiej strony może lepiej jeśli np. mój kocisław pozjada wszystkie jelenie. no, przynajmniej te z osiedla.

serdecznie pozdrawiam

Opublikowano

Nie podoba mi się. Ale to wina klimatu. Jest straszliwie... [brak mi właściwego słowa] przygnębiający i taki napełniający rezygnacją (to nie do końca to, o co mi chodzi, ale lepiej się wysłowić w danym momencie nie potrafię). Takie teksty mnie przygnębiają, a tego bardzo nie lubię. Ale spróbujmy to odrzucić i spojrzeć obiektywnie:

Jak słusznie zauważył Pan Suicide, dwie pierwsze strofy oparte są na kontraście. Chociaż może akurat "kontrast" to znów nie najlepsze słowo. Te dwie strofy pokazują dwie strony tego samego medalu - życia. Pierwsza mówi o negatywach, o ludziach wykolejonych i tych, którym wydaje się, że jeszcze się wykoleić nie dali. (Ale to już moja osobista opinia, to nie wynika z wiersza ;))

Druga uświadamia nam, że to jednak właśnie w takim świecie powstaje sztuka. Jest niejako produktem ubocznym tej codziennej harówki przemieszanej z piciem wódki. Produktem ubocznym, ale jednocześnie czymś, co ją ubarwia, uprzyjemnia i wzbogaca. Czyni ją znośną.

Już pierwsza strofa wspomina o "zniszczeniu obietnicą wszystkiego". W trzeciej podmiot lir. rozwija ten wątek, nie zostawiając suchej nitki na tych, którzy w tym biorą udział.

Cały wiersz jest dla mnie jednym wielkim narzekaniem, ale w czwartej zwrotce słychać to szczególnie dobitnie. Podmiot mówiący wylewa swoje żale na to, że jego świat nie jest taki kolorowy, jak niektórzy twierdzą. On swój świat widzi szarym i przygnębiającym (nie znoszę u ludzi takiego podejścia i dlatego również tak mnie razi klimat tego wiersza).

Zakończenie jest dziwne. Nie rozumiem go, przyznam szczerze, więc i pozostawiam bez komentarza.

Ale cała reszta jest całkiem dobrze wykonana. Chociaż, jak wspomniałem na wstępie, nie lbię takich wierszy, to jednak trzeba Autorowi przyznać, że umiejętnie zbudował ten nastrój. To plus. Wiersz jest czytelny, ale mało dosłowny. Nie jestem specjalistą - nie pokuszę się o wskazywanie i nazywanie środków literackich, ale w moim odczuciu jest całkiem dobrze artystycznie zrobiony. I byłbym się może nawet nim zachwycił, gdyby nie ten kilmat.

A więc, reasumując, wiersz bardzo dobrze zrobiony, ale mnie się zupełnie nie podoba ;)

Pozdrawiam,
Drax

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...