Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

z jednej strony zmęczone wódką twarze
zroszone bruzdami niemożności wybicia się
sterane nadzieją wysokiej wygranej i tramwajem
zniszczone pensją i obietnicą wszystkiego

z drugiej strony gdzieś stąd tka się wersy
wyciąga skądś myśl i ubiera w formę
w domyśle sztuka nie żywi nas zbędnymi
w rzeczywistości z szarości tworzy tęczę

ci ludzie w kolejkach szarpiący ludzi o olej
dziś promocyjnie tańszy niż zawsze
jest to okazja by zdobyć szczyt
wspiąć się na wyższy poziom jestestwa

może gdzieś u was ogrody wspaniałe
mienią się barwą boskiego tchnienia
rącze sarny biegną przez las
lecz tutaj tną je – kawał za kawałem

i po trzy złote za odpadki z taśmy
zawija sobie w papier bo kocha koty

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Zabijanie kotów jest tak głupie, a tych, co je gonią i zamęczają powinno się wsadzać na jakieś roboty od godz 5 do 22 z jedną przerwą na kromkę chlebka. Po miesiącu taki idiota zmądrzeje, a my będziemy mieć może stadion na euro.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


bezsensowne rozmnażania kotów jeszcze bardziej idiotyczne
zapraszam w swoje okolice gdzie leśnicy są bezradni
giną jeże jaszczurki żółwie itd zagryzane są nawet młode sarny
ginie wszystko co się rusza - zostaje zagryzione
Opublikowano

Jacku- jeżeli głupotę ludzką przekładać na zabijanie, to już mamy wiele analogii w historii, gdzie usuwano "szkodniki". Co ciekawsze, jak zapewne wiemy, każda skrajna ideologia uczy obojętności dla tego gatunku, który się usuwa. dlatego nikt mi nie wmówi, że zabijanie kogo lub czegokolwiek jest dobre. Z drugiej jednak strony pewne plagi stają się rzeczywiście niebezpieczne i wtedy jest problem - co robić w danej sytuacji. Wtedy najlepiej wezwać wojsko, które jest najbardziej humanitarną organizacją na świecie, bo zabija od razu. Z trzeciej strony - to cywilizacja tworzy najbardziej niebezpieczne organizmy, które są dla niej samej zagrożeniem. Usuwanie ich tworzy następne, a te kolejne idt. Dlatego tutaj nasze dyskusje są jałowe o tyle, że i tak nic z nich konkretnego nie wyniknie. Chociaż ja mam konkretny przykład, jak głupie babiszcza-kociary truły psy, bo im goniły koty spod bloku (pech chciał, że padł i mój wtedy). Dlatego zawsze stanę na stanowisku, że to człowiek jest problemem, a nie przyroda.

Adamie - niech zeżreją satanistów.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



zgadza się gdyż bezrozumnie preferuje rozwój jednych gatunków niszcząc inne

jak masz kociaka w domu to o niego dbaj a sam wiesz ile radości potrafi przynieść
co innego watach bezpańskich psów lub bezpańskie koty w lesie
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



zgadza się gdyż bezrozumnie preferuje rozwój jednych gatunków niszcząc inne

jak masz kociaka w domu to o niego dbaj a sam wiesz ile radości potrafi przynieść
co innego watach bezpańskich psów lub bezpańskie koty w lesie

A skąd te watahy? Wyrzucają je durnowaci durnie, którym się stworzenie znudziło, to biorą do wora i hajda do lasu. Żona znalazła takiego jednego, skatowanego i przywiązanego do drzewa i zabrała do domu (jeszcze żyje, mam go nawet :), ale na dobrą sprawę jeden pies na xx lat to maks.
Z drugiej strony ci "dobrzy" mają psy po blokach, tłoczy się to, sra gdzie popadnie, gówno na gównie, wśród tych gówien dzieci i to jest nasza Polska właśnie.
Widzisz Jacku - wyjścia nie ma, a rozsądku i wyobraźni brakuje.
Opublikowano

niestety nie do trwałem do końca
męczy mnie taka gadanina
bez końca

kłaniam się

p.s. i niewybaczalne słowo: "jestestwa"
wyblakłe i sprane jak... no właśnie
- jak bycie (przymusowe zresztą)

Opublikowano

z jednej strony twarze
zroszone wódką i bruzdami
niemożności wysokiej wygranej
sterane nadzieją
obietnicą wszystkiego

z drugiej strony wersy
myśl przybiera formę
w domyśle
sztuka nie żywi zbędnymi
z szarości tworzy tęczę

pozwoliłem sobie na remix, kilka scieżek przyciąlem.
dlatego:
z drugiej strony gdzieś stąd tka się wersy
wyciąga skądś myśl i ubiera w formę

gdzieś, skądś - dla mnie okropnie to brzmi. i ta forma: robi się, wyciąga się... wicie rozumicie.

z drugiej strony
stąd wyciągam wersy
i myśl ubieram w formę

przypuszczam że odbiegłem od zamiarów autora, ale dla mnie róznica jest spora.


ci ludzie w kolejkach szarpiący ludzi o olej
dziś promocyjnie tańszy niż zawsze
jest to okazja by zdobyć szczyt
wspiąć się na wyższy poziom jestestwa

może gdzieś u was ogrody wspaniałe
mienią się barwą boskiego tchnienia
rącze sarny biegną przez las
lecz tutaj tną je – kawał za kawałem

i po trzy złote za odpadki z taśmy
zawija sobie w papier bo kocha koty

tą wegetariańsko hipermarketową część zostawiam, mi to nie klei się z częścią wiersza powyżej
dla mnie obniżył pan loty Panie Michale tym wierszem. gorzej, jeżeli wcześniejszymi wzbił się pan powyżej swoich realnych możliwości;)

pozdrawiam

Opublikowano

nie znoszę ludzi jest ich za dużo i powinno się ich zabijać:
ludzie czynią niepowetowane straty nie tylko w lasach mordując drobną leśną zwierzynę,
mordują się nawzajem, niszczą powłokę ozonową, zatruwają środowisko, podobno
niszczą żywność, gdy inni umierają z głodu. Udomawiają zwierzęta, jeśli im się znudzą - wyrzucają je z domu gdziekolwiek. Bywa, że przywiązują je do drzew w lasach, skazując je tym samym na powolną śmierć. To tylko kika przykładów, dokładny raport prześlę oddzielnie.
Podpisano: Ufolud
Przepraszam Autora.
* * *
Wiersz -odpowiada mi i widzę sens poruszenia tego tematu. Moim zdaniem dobrze by było go jeszcze dopracować, może nieco skrócić, prosi się o dopieszczenie (wiersz).
Z pozdrowieniami
- baba

Opublikowano
Wiersz w promocji, po 3 zł za wejście -> tytuł odnosić się może do konsumpcyjnego podejścia sporej części społeczeństwa polskiego wobec spraw bynajmniej materialnych, ale także postmaterialistycznych.

z jednej strony zmęczone wódką twarze
zroszone bruzdami niemożności wybicia się
sterane nadzieją wysokiej wygranej i tramwajem
zniszczone pensją i obietnicą wszystkiego


strofy nr 1 i 2 zostały zbudowane na zasadzie kontrastu. w pierwszej podmiot liryczny /który jest obserwatorem otaczającej go rzeczywistości/ mówi ludziach poddających się pracy fizycznej za marne wynagrodzenie; o ludziach, którzy z rozpaczy czy strachu /przed chociażby jutrem/ szukają ukojenia w alkoholu, czyli rzeczy która chociaż na moment pozwala zapomnieć.

z drugiej strony gdzieś stąd tka się wersy
wyciąga skądś myśl i ubiera w formę
w domyśle sztuka nie żywi nas zbędnymi
w rzeczywistości z szarości tworzy tęczę


w zwrotce drugiej natomiast przedstawiona zostaje druga strona społeczeństwa, której udało się osiągnąć pewien standard życia, dorobić szczęścia bijącego między innymi od rodziny, ukochanej osoby, etc; ale także mowa jest o sztuce, która tak naprawdę jest substratem ubarwiającym egzystencjalne realia.

ci ludzie w kolejkach szarpiący ludzi o olej
dziś promocyjnie tańszy niż zawsze
jest to okazja by zdobyć szczyt
wspiąć się na wyższy poziom jestestwa


w strofie 3 z kolei słychać zdecydowany głos ironii w wypowiedzi podmiotu lirycznego, który zwraca uwagę na usilne dążenia do osiągnięcia czegokolwiek, wybicia się choćby ponad najbliższych sąsiadów

może gdzieś u was ogrody wspaniałe
mienią się barwą boskiego tchnienia
rącze sarny biegną przez las
lecz tutaj tną je – kawał za kawałem


w zwrotce czwartej również zaobserwować można pewien kontrast, otóż podmiot liryczny w bezpośrednim zwrocie do odbiorcy tekstu mówi, że: 'może gdzieś u was ogrody wspaniałe...' mając zarazem nadzieję, że gdzieś może być skrawek lepszości i inności. podkreśla jednak, że w jego świecie nie ma na to miejsca. prawdziwe, naturalne piękno zostaje wyparte przez brutalność życia prowokowana często bzdurnymi powodami.

i po trzy złote za odpadki z taśmy
zawija sobie w papier bo kocha koty


pointa hmmm troszeczkę frapująca, aczkolwiek jest ona zarazem podkreśleniem, podsumowaniem wcześniej sformułowanych przez podmiot liryczny myśli dotyczących najbliższej mu rzeczywistości, która go w zasadzie przytłacza.

tekst z pewnością jest ciekawy, jednakże nieco inny od Twoich poprzednich, które mogłem czytać. przede wszystkim ze względu na fakt zdecydowanie mniejszej ilości ironii. lecz wiersz jest zabarwiony filozofią, ale i autentycznością realiów /szczególnie polskich/. przekonuje mnie zarówno forma, jak i tematyka, która w mniejszym, bądź większym stopniu ociera się o nas wszystkich. plus.

pozdrawiam.
Opublikowano

Podoba mi się w Twoich wierszach to, że piszesz o realiach, nie stroniąc od brutalności w opisach. Jednakże jest tu również miejsce na lirykę, mistykę i ogólnie coś bardziej "wzniosłego". Ja nie lubię jak ktoś mówi, że świat jest tylko zły. Ja lubię, jak ktoś dostrzega całą jego gamę barwną.

+

P.S. Gdzie te 3zł mam niby dać? ;0

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ostatnio mam dużo czasu się zastanawiać, mniej pisać - nie mam kompa w pracy, a na laptopa mnie na razie nie stać, może stąd to zmęczenie materiału i takie barwy.

PS - każde kliknięcie, tj 178 razy 3 :)))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ale mi się to podoba. Nie mam zamiaru lukrować nie wiadomo jaką ilością plusów, bo to nieładnie. A barwy są zarąbiste.

No, chyba, że to ja lubuję się w kiczu i mam zły gust ;


Nowobogacki. Fiu fiu :F
Opublikowano

Zarówno w odniesieniu do wiersza, jak i do dyskusji trzymam tym razem stronę Michała. Co do dzikich i zdziczałych drapieżników, to odnoszę wrażenie, że są one przede wszystkim konkurencją dla myśliwych, stąd ich niechęć do nich.
Michałe, dla mnie, prostaka, zmiana Twojego stylu, to plus... ale ja się nie znam, pisz jak chcesz ;).
Pozdrawiam.

Opublikowano

"sterane nadzieją wysokiej wygranej i tramwajem" :)? kali być głodny. chyba to nie jest po polsku?
co do saren, jestem za.
z drugiej strony może lepiej jeśli np. mój kocisław pozjada wszystkie jelenie. no, przynajmniej te z osiedla.

serdecznie pozdrawiam

Opublikowano

Nie podoba mi się. Ale to wina klimatu. Jest straszliwie... [brak mi właściwego słowa] przygnębiający i taki napełniający rezygnacją (to nie do końca to, o co mi chodzi, ale lepiej się wysłowić w danym momencie nie potrafię). Takie teksty mnie przygnębiają, a tego bardzo nie lubię. Ale spróbujmy to odrzucić i spojrzeć obiektywnie:

Jak słusznie zauważył Pan Suicide, dwie pierwsze strofy oparte są na kontraście. Chociaż może akurat "kontrast" to znów nie najlepsze słowo. Te dwie strofy pokazują dwie strony tego samego medalu - życia. Pierwsza mówi o negatywach, o ludziach wykolejonych i tych, którym wydaje się, że jeszcze się wykoleić nie dali. (Ale to już moja osobista opinia, to nie wynika z wiersza ;))

Druga uświadamia nam, że to jednak właśnie w takim świecie powstaje sztuka. Jest niejako produktem ubocznym tej codziennej harówki przemieszanej z piciem wódki. Produktem ubocznym, ale jednocześnie czymś, co ją ubarwia, uprzyjemnia i wzbogaca. Czyni ją znośną.

Już pierwsza strofa wspomina o "zniszczeniu obietnicą wszystkiego". W trzeciej podmiot lir. rozwija ten wątek, nie zostawiając suchej nitki na tych, którzy w tym biorą udział.

Cały wiersz jest dla mnie jednym wielkim narzekaniem, ale w czwartej zwrotce słychać to szczególnie dobitnie. Podmiot mówiący wylewa swoje żale na to, że jego świat nie jest taki kolorowy, jak niektórzy twierdzą. On swój świat widzi szarym i przygnębiającym (nie znoszę u ludzi takiego podejścia i dlatego również tak mnie razi klimat tego wiersza).

Zakończenie jest dziwne. Nie rozumiem go, przyznam szczerze, więc i pozostawiam bez komentarza.

Ale cała reszta jest całkiem dobrze wykonana. Chociaż, jak wspomniałem na wstępie, nie lbię takich wierszy, to jednak trzeba Autorowi przyznać, że umiejętnie zbudował ten nastrój. To plus. Wiersz jest czytelny, ale mało dosłowny. Nie jestem specjalistą - nie pokuszę się o wskazywanie i nazywanie środków literackich, ale w moim odczuciu jest całkiem dobrze artystycznie zrobiony. I byłbym się może nawet nim zachwycił, gdyby nie ten kilmat.

A więc, reasumując, wiersz bardzo dobrze zrobiony, ale mnie się zupełnie nie podoba ;)

Pozdrawiam,
Drax

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
    • @Charismafilos  wiersz nie jest o tym:)) .Zaskakujące skojarzenie ;) Dziękuję  @Marek.zak1

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Dziękuję, nie znałam tego. Sprawdziłam i rozumiem aluzję . Spokojnej nocki;))  @Mel666 Bardzo trafne odczytanie.  Serdecznie dziękuję.  Uściski.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @wiedźma nie wiem czy się nie mylę, ale dla mnie jest to wiersz o przemocy. Psychicznej, fizycznej....ale ukrytej. Tak o nim mysle po pierwszym czytaniu. Jest świetny!
    • ?trwałość pamięci*   upłynnij wymowę cz chupa chups w kwiatek czy chmurkę   od lat podnosi  poziom serotoniny staś dla nel zdobyłby chupsa zamiast chininy    logo zbyt  późno powstało avida słodycz salvadora dolar   galowe logo którego nie czupiają się zegary co zostało  osiemdziesiąt dziewięć    przełom zabrał malarza cukierek poszedł do kosza  papierek pozostał  w dłoni   * Nawiązanie do tytułu jednego z obrazów S.Dalego.
    • @Poet Ka i dziękuję za wszystkie lajki i komentarze. Wiele dla mnie znacza
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...