Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Fakt faktem niemiłosiernie znęcał się nad tekstem "wladzia", ale z tego co poczytałem - tylko nad tekstem (w dodatku beznadziejnie słabym). "Wladziu" jak każdy uczciwy grafo jechał mu per ty, co rzeczywiście łamie regulamin. Czy to zielone światełko dla grafomanii w dziale Z? Wg mnie powinno się rozróżniać krytykę bijącą w tekst, a wyzywanie kogoś od "pedała". Ew. upomnieć gdy ktoś nadgorliwie krytykuje, ale nie stawiać dwóch takich osób na jednej szali, bo jest to diametralna różnica (nawet wpis regulujący bytność w dziale Z informuje, że WSZELKA krytyka dozwolona) . No chyba że się wszyscy nagle zaczniemy ślicznie kochać i zlikwidujemy ten podział, albo wyraz "wszelka" zamienimy na "tylko łagodna".

Dwa - dowiedziałem się że wpis zakazujący dwóch nicków został usunięty. Dlaczego nie zostałem o tym poinformowany szybciej, zanim zdążyłem wyśledzić i jak się okazało niesłusznie oskarżyć Bergamotkę o oszustwo?

Reasumując - jakie są powody do uczynienia takich a nie innych kroków? (szczególnie ciekawi mnie zniesienie punktu regulującego posiadanie równocześnie dwóch nicków, brak bufona jakoś przeżyje).

Opublikowano

Nie wiem, za co bana dostał, ale należał mu się ban za floodowanie ;-) Widziałem mnóstwo jego wypowiedzi pod kilkoma wierszami z rzędu o treści: "ale pan zasrał to forum". Jest to jakiś rodzaj floodingu i jest to też przecież wyzwisko, atak na człowieka, a nie na tekst.
Nie wiem, czemu się Pan dziwi?

Władziu i bufon są po jednych pieniądzach. Ich konflikt cieszy, jak cieszył onegdaj konflikt III Rzeszy z ZSRR ;-)
Mam nadzieję tylko, że tym razem ZSRR (władziu) dostanie szybciej po uszach, chyba że już dostał.

Co do podwójnych nicków - mówiło się już kiedyś na tym forum o tym. Nawet angello się wypowiadał. Możliwe, że było to podczas Pańskiej nieobecności spowodowanej zbanowaniem.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


w watku poniżej zostało ustalone że bycie homoseksualista to nic obraźliwego a więc tym bardziej nazywanie kogos homoseksualistą tez niczym obraźliwymbyc nie moze, a więc ten argument odpada...

a ban? wladzio i smerf to ta sama osoba - ktos chyba mysli ze to smieszne - takie pseudo konflikty... mamy tu po prostu kolejną falę dzieciarni na forum, trzeba przetrzymać, czy banowanie pomoze - nie wiem, ale juz mi sie nie chce go czepiać - akurat takich osob jak smerf czy wladziu czy paru innych nowych nickow mi nie szkoda, zwlaszcza ze serio mi sie wydaje ze to jedna osoba za wszystkim stoi
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie wiem czy mister kazelot jest ślepy: chodzi o wyraz "pedał" a nie o wyraz "homoseksualista"

a co do podwójnych nicków jestem przeciwko, chyba że portal będzie informował o pojawianiu się danej osoby pod innym nickiem - tu proponuję komisje śledcze...


gdzie jest oyey? ktoś wie?

zdrówko Jimmy
Opublikowano

Jimmy, zastanawiałem się po prostu. No bo tak: bufon przyznał się raz, że ma tytuł doktora, a na pewno tak powiedział. Oyey, jak mówisz, też doktorem był. To pierwsze podobieństwo.

Drugie podobieństwo jest takie, że oyey robił akcje z kupą, wpisując wszystkim, że ktoś "zrobił kupę", bufon pisał: "ale pan zasrał to forum". An jeden ani drugi nigdy nie napisali nic na temat.

Trzecia sprawa jest taka, że bufon pisał specjalnie gniotki w Wu i dodawał: "piszę słabo, ale nie wklejam tego w Zet. Idźcie za moim przykładem". Dziwna akcja jak na kogoś, kto niby "obserwuje to forum od kilku tygodni, ale dopiero teraz się zarejestrował" (tak mniej więcej brzmiały słowa bufona). A wiersze były swiadomie tak słabe, bufon chciał pokazać, że pisząc coś tak głupiego nie należy tego publikować w Zet. To wprawdzie nie mówi, że bufon to był oyey, ale daje do myślenia ;-)

Czwarta sprawa jest taka, że bufon od razu zaatakował pewne osoby (np. mariannę). Widać było, że zatarg był starszy i pewnie rozpoczął się jeszcze na innym nicku.

A teoria, że to adolf, leży, bo adolf nie potrafi napisać jednego słowa, nie przestawiając w nim liter. Tymczasem bufon w ogóle tego błedu nie popełniał, a jeśliby to był adolf, to przynajmniej od czasu do czasu takie coś by wyszło.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dokładnie! Korzystam z oprogramowania monopolisty i nie przejde na mozille, nawet jezeli mami błedy podkreślac ;p

pozdr.

tak ps. teżsię zastanawiałem, czy to oyey, tyle że ja go nie nzałem osobiście, więc, odtwarząłem na podstawie postów.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


No faktycznie, wiesz ja tam nie śledziłem jego komentarzy, a o sprawie się niedawno dowiedziałem na dyskusyjnym więc podejrzewam, że masz rację.
Sądziłem, że to adolf, bo ten kiedyś chciał o nim podyskutować (o bufonie) a kiedy napisałem, że to jego 2 nick, wyrzucił temat
zdrówko Jimmy

ps
pozostaje czkać na reinkarnacje ;p
Opublikowano

kazelot - popatrz co ja napisałem, a co Ty.

amerrozzo - ja się zgadzam, ale akurat nie to mnie denerwuje. Denerwuje mnie że niektórzy użytkownicy nabijają po 6000 równie głupkowatych komentarzy i to jest uznawane za ok. Dlatego albo albo - uznajemy, że tylko "mądre" komentarze zostawiamy, a te "głupie" usuwamy. Czyli tworzymy bezsens. Ja wiem, że jedna osoba może mieć 15 nicków - ale czy to jest racjonalne? Sama pisze wiersze i sama sobie pisze komentarze - to jest jakiś obłęd. A jeżeli tkwimy w obłędzie to usuwanie "obłędnych" użytkowników tworzy obłęd do potęgi entej.

Bogdan Zdanowicz - ja jestem mariann (khe khe), marianem, znaczy się ;)

adolf - tylko winny się tłumaczy

tadek niejadek - zapewne

Jimmy Jordan - śledztwo w toku :)


Reasumując - chodzi mi tutaj o kwestię podchodzenia do banowania. Daje sobie rękę uciąć że jakby bufon wpisywał 5000 razy dziennie "podoba mi się" to aż takiego problemu by nie było. Zresztą - nie ma bufona (i innych "ostrych krytyków), znowu wielkie G w Z. I taka jest prawda, a to lizanie się po jajkach wpół siebie komentujących jest obrzydliwe.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie wiem czy mister kazelot jest ślepy: chodzi o wyraz "pedał" a nie o wyraz "homoseksualista"

zabawa w synonimy? :>
a czym sie różni "pedał" o "homoseksualista"? poza oczywiscie tym że pedał to homoseksualista płci męskiej, oraz kiedyś to słowo było używane przez dzieci żeby kogoś obrazić?
mam tu straszny zgryz, bo jeśli np. przez najbliżesz 10lat dzieci w podstawowkach zaczną krzyczeć "ty homoseksualisto" to ładunek negatywnych emocji w obu słowach się wyrówna, czy wtedy bufon dostanie oficjalne przeprosiny?? bo nie za bardzo rozumiem dlaczego niby karać kogoś za to że używa słowa które komuś innemu źle się kojarzy...
czym rózni sie pytanie
"lubisz chłopców"?
od
"jesteś pedałem"?
znaczy dokladnie to samo - tyle tylko że to drugie odpowiada żywotnym potrzebom naszego zaklamanego spoleczenstwa - bo jeśli osoba pytająca np. czuje obrzydzenie do osob lubiących chłopców to nie ważne w jakie slowa to ubierze - pytanie to będzie "agresywne" tak samo jeśli świadkowie słuchający tego pytania gardzą owymi osobami - odbiorą to pytanie tak samo, niezaleznie od nazwy...
abstrahując od tego czy zostalo użyte słowo pedał czy kurwa - czy naprawde jestesmy tak zakłamani że musimy sobie tworzyć eufemizmy na nazywanie rzeczy które są dla nas nieprzyjemne??
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie wiem czy mister kazelot jest ślepy: chodzi o wyraz "pedał" a nie o wyraz "homoseksualista"

zabawa w synonimy? :>
a czym sie różni "pedał" o "homoseksualista"? poza oczywiscie tym że pedał to homoseksualista płci męskiej, oraz kiedyś to słowo było używane przez dzieci żeby kogoś obrazić?
mam tu straszny zgryz, bo jeśli np. przez najbliżesz 10lat dzieci w podstawowkach zaczną krzyczeć "ty homoseksualisto" to ładunek negatywnych emocji w obu słowach się wyrówna, czy wtedy bufon dostanie oficjalne przeprosiny?? bo nie za bardzo rozumiem dlaczego niby karać kogoś za to że używa słowa które komuś innemu źle się kojarzy...
czym rózni sie pytanie
"lubisz chłopców"?
od
"jesteś pedałem"?
znaczy dokladnie to samo - tyle tylko że to drugie odpowiada żywotnym potrzebom naszego zaklamanego spoleczenstwa - bo jeśli osoba pytająca np. czuje obrzydzenie do osob lubiących chłopców to nie ważne w jakie slowa to ubierze - pytanie to będzie "agresywne" tak samo jeśli świadkowie słuchający tego pytania gardzą owymi osobami - odbiorą to pytanie tak samo, niezaleznie od nazwy...
abstrahując od tego czy zostalo użyte słowo pedał czy kurwa - czy naprawde jestesmy tak zakłamani że musimy sobie tworzyć eufemizmy na nazywanie rzeczy które są dla nas nieprzyjemne??

do podstawówki chodzisz, że o przedszkolu piszesz?
różnica jest zasadnicza słowo "pedał" które tak ci się podoba, jest nacechowane negatywnie i jest wulgarne, pogardliwe itp...
natomiast w słowie "homoseksualista" nie ma rzeczywiście nic złego.
proszę aby zaprzestał pan tego typu jałowych wstawek...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


cholercia, a którz to to biedno słowo tak strasznie nacechował?? gzież to kryje sie ten ochydny wulgaryzm w tym słowie?? P E D A Ł ?? w ktorej to literce?? no i gdzie ta pogarda?? bo ja tu widzę tylko literki, może jakby sobie wyciął z betonowego klocka, moznaby w kogoś rzucić - ale tak tutaj na monitorze, nijak mnie skrzywdzić nie mogą...

może chodzi panu o to że "społeczeństwo" odczytuje taki zestaw literek jako wyraz niechęci i pogarda nadawcy komunikatu do odbiorcy tegoż... ale czy w takim razie należy za grzechy/oceney/mniemania jakigoś abstarakcyjnego społeczanswta, winić tych biednych kilka literek, względnie człowieka który je gdzieś tam ze sobą zestawił?? w końcu może w jego spoleczenstwie to slowo "homoseksualista" nosi wspomniany ładunek przypisywany przez pana błędnie "pedałowi"... a być może oba te słowa są tylko określeniem na osobę postepującą w określony sposob - a całe te negatywne nacechowania kryją sie w panskim umyśle/duszy...
może to pan gardzi pedałami ale do homoseksualistów już nic nie ma? może to pan i panu podobni są tak zakłamani że wymyślają sobie inne nazwy na te same rzeczy żeby moc w zależnosci od tego jak wieje wiatr udawać i wmawiac sobie że czują i myślą coś innego...?

jeżeli to "społeczeństwo" uważa PEDAŁA za coś gorszego, negatywnego = to nie ze wzgledu na literki w tym słowie a ze względu na to co MYŚLI się o ludziach tak się zachowujących - co w takim razie zmienia inna nazwa takiej osoby???
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


cholercia, a którz to to biedno słowo tak strasznie nacechował?? gzież to kryje sie ten ochydny wulgaryzm w tym słowie?? P E D A Ł ?? w ktorej to literce?? no i gdzie ta pogarda?? bo ja tu widzę tylko literki, może jakby sobie wyciął z betonowego klocka, moznaby w kogoś rzucić - ale tak tutaj na monitorze, nijak mnie skrzywdzić nie mogą...

może chodzi panu o to że "społeczeństwo" odczytuje taki zestaw literek jako wyraz niechęci i pogarda nadawcy komunikatu do odbiorcy tegoż... ale czy w takim razie należy za grzechy/oceney/mniemania jakigoś abstarakcyjnego społeczanswta, winić tych biednych kilka literek, względnie człowieka który je gdzieś tam ze sobą zestawił?? w końcu może w jego spoleczenstwie to slowo "homoseksualista" nosi wspomniany ładunek przypisywany przez pana błędnie "pedałowi"... a być może oba te słowa są tylko określeniem na osobę postepującą w określony sposob - a całe te negatywne nacechowania kryją sie w panskim umyśle/duszy...
może to pan gardzi pedałami ale do homoseksualistów już nic nie ma? może to pan i panu podobni są tak zakłamani że wymyślają sobie inne nazwy na te same rzeczy żeby moc w zależnosci od tego jak wieje wiatr udawać i wmawiac sobie że czują i myślą coś innego...?

jeżeli to "społeczeństwo" uważa PEDAŁA za coś gorszego, negatywnego = to nie ze wzgledu na literki w tym słowie a ze względu na to co MYŚLI się o ludziach tak się zachowujących - co w takim razie zmienia inna nazwa takiej osoby???

obraziłbym pana, ale szkoda mi na pana bana
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


debil i kretyn to też słowa fachowe - tyle tylko że używane do nazywania ludzi o odpowiednich cechach intelektualnych z czasem weszły do języka potocznego i nabrały znaczenia emocjonalnego... fakt jest jednak faktem że kiedyś badacz robił test inteligencji i jeśli wyniki były niskie to stwierdzał u osoby badanej debilzm - a osobę taką nazywał zgodnie z rzeczywistością - debilem.. to była po prostu nazwa służąca do precyzyjnego określenia stanu rzeczy... niestety nam przyszło żyć w takich czasach że "czarne" stało się "białym o innej orientacji w nasyceniu barwą" tylko po co te szopki?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...