Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

/poemat dygresyjny - rok 1985/




Miasto deszczem nasycone
wygrzewa swój dostojny kamień. Promień słońca
wysokie ceny tego lata osiąga na targowych
placach. Innego złota nie pragną nawet
łachmaniarki na ławkach śpiące,
wśród tobołków związanych sznurkiem.
Z jakim lękiem przechodzą obok młode pary;
czy srebrny blask zmierzwionych włosów
zmieszany z chłodną mokrą ziemią
w pamięci budzi twarze matek? Dziewczęta
zatapiają wzrok w bukiety...Przechodniu,
módl się, by wśród kwiatów nie było
pokrzyw ani węża. Chłopcy mocniej obejmują
wtulone w ich objęcia ciała walczące z sensem
tego gestu coraz niepewniej i bezsilniej.
Spojrzyj śmiało w oczy samotnych jeszcze
dziewcząt - te z otwartymi śnią oczami
jakieś filmowe melodramy i chłopca
dla nich znajdziesz pewnie pośród plakatów
gwiazd filmowych: papierowy portret chłopca
z czupryną afro, w bluzie texas, częstujący
się marlboro...Złudzeń cena na przekazach
comiesięcznych wyda się żałośnie mała.
Polski kryzys to są takie alimenty
za nieznajomośc cnót rozumu. Cena seansów
ideowych co szły serialem i w kolorze
na modę "jeża". Zajeżoną dyktaturą
sadzące figi na nawożonych gadką polach.
Cóż, obrodziły ponad miarę, jak wszystko
co się z wiatrem siało. Nie ugór został
a pustynia. Nowych trzeba lat czterdzieści,
by dojść do ziemi obiecanej. Potrzebny mąż
opatrznościowy na pełny etat. Boże! - znów
potrzeba nam Mojżesza, którego w Polsce
brak lub nadmiar. Czuwasz? Czuwaj.
Widzę ciemność. Głupiejemy. Zasypiamy.
Ukradkiem
badać "Puls" nam przyszło, i nie wiadomo,
kto tu lekarzem a kto chorym. Wyciskanie
starych pryszczy, nakłuwanie starych wrzodów,
po chrześcijańsku, po semicku...Czy Żyd zawinił?
Czy doktory Wiecznego Rzymu?...Może
Sobieski? Poniatowski? Bór-Komorowski?
Może Kuroń? Może Pietrzak, Michnikowski?
Albo ten wiecznie za plecami, zawsze bez twarzy,
i zdolny bardzo, do wszystkiego, pomocnik
wszelkiej władzy - Piszczyk?
W krew
swojej matki ja nie wnikam. Synagogalny
śpiew kantora huczący nadal w starych
murach czas zatrzymuje. Tora pisana znów
popiołem. Każdy miał naród swą golgotę.
Bronił języka swoim ciałem. Ciekawym Żyda,
bo go z kawałów tylko znałem. Z Biblii, Singera,
Kanowicza, i z opowieści pokolenia spod znaku
wojny-holokaustu. Z pamięci wyławiam wiersz
Norwida - "Żydom Polskim". Komu przymiotnik
ten przeszkadza. On nie ujmuje, on dopełnia.
Tłumaczy, jedna, dopowiada do poznanego
to nieznane co było wcześniej.Więc zostało
w tym, co jest teraz.
Wszystko nas tworzy i formuje.
Szukam, i w sobie szukam Żyda, świadomym
będąc, pewnym będąc, że nie zawinił Żyd
czy Niemiec za ślady jego tak znikome. Wiem,
że zawinił tutaj człowiek. Ten nie chciał
łączyć tylko dzielić, lecz dzielić tak,
by pozostawić wszystko - sobie. Dopóki
myśl się nadal wzdryga, że chlebem naszym
Ciało Żyda - myśl nierozdzielna z sakramentem,
klękanie będzie tylko gestem, modlitwa tylko
manifestem, a wiara - pustą deklinacją
imienia Pana bez ojczyzny. Ewangelia będzie
legendą Palestyny. Chrześcijanin
w swoim kraju z Boga uczynł bożka
na swym progu , i groził wszystkim owym
krzyżem. Krzyż miał pojednać. Nie zabijać.

Ukradkiem "Puls" nam przyszło badać...
Oglądać "Przedświt" w sennej porze
przy drzwiach zamkniętych, za kotarą
na okna szczelnie zaciągnietej; znajome
myśli z drukiem wiązać, rysować w mroku
znane twarze, by ze zmarszczki wróżyć
proces, wpadkę, podwyżkę lub ustawę
w majestacie swego prawa bezprawie
ustanawiające. I mocniej biła krew
w ojczyźnie, gdzie krew to pieniądz,
pieniądz - woda.
"Kulturę" znać to
obowiązek tam, gdzie minister każdym
gestem chłopa obraża i smolarza. Każdym
słowem wzbudza grymas. Za którego
wstydzi się nawet Liga Kobiet. "Kulturę" znać
to obowiązek tam, gdzie kultura zna tylko
mundur i "judaszka", i samogonu woń
braterską. Machniesz ręką, że "paryska"...
Znaczy, że "europejska". Myśmy ze wspólnego
szczepu, naukę tworzyliśmy razem. W Paryżu
Urban nie rozminąłby się z karierą, zostałby
gwiazdą kabaretu, pierwszym aktorem.
Został błaznem i zamiast Legii Honorowej
za zdrowy śmiech i cięty dowcip - papugi
rolę wziął i pensję. Z rolą żołnierskie dyrdymały,
wiadomo, że jak moździerz ciężkie. Papuga
w sam raz na koszary - tam kawały zawsze
słucha się na baczność i dlatego pomylić
łatwo je z raportem. Tam - znaczy w Polsce
czyli nigdzie. Kraj zamorski Guliwera.
"Kulturę" znać to obowiązek, by wykształcenie
zyskać pełne i jeden tego jest mankament,
że wokół przemądrzałe niemowlęta będą
moczyły każdą sprawę balkonowym swawoleniem
i ględzeniem. Jesteś skazany na samotność. Los
filozofa, los poety co pod chorągwią lecz nie
z pieluch idzie, gdzie niebo rozpościera wonny
aksamit. Błam tej woni na drzewcu dźwiga
swego cienia i w pochodzie do Wieczności (w tym
miejscu dekadent pisze - do Nicości) idzie bez
grosza, bez wawrzynu, bez skargi, prośby,
bez zdziwienia, idzie głęboko zamyślony
nad tym co mija co spostrzega, czyniąc uwagi
z Panem Bogiem, z pliszką i z kundlem wyliniałym;
bo każdy swoją dźwiga mądrość. Ten boso,
tamten na bułanym, inny na "czterech", lub
na czołgu...Albo bez spodni, jak Don Juan.
Do mądrości nie zawsze dotrzesz samochodem.
Czasem jak owe łachmaniarki, kładąc pod głowę
swój tobołek, przeżyjesz chwile nawiedzenia,
i dla tej jednej, niespodzianej, tej jednej chwili
rozjaśnienia dźwigasz na plecach taki ciężar
przez długie lata. Cierpliwością się zwycięża
opór materii. Dowodem tego ewolucja.
Lekceważąc przywilej swego wyniesienia,
sprzeniewierzeni własnej myśli, wpadamy w wir
zniecierpliwienia, w powietrzną trąbę rewolucji
rwąc tkanę Czasu, tkankę cierpliwie budowaną,
dla której tylko Czas lekarzem. Tak zamiast
w przód - o most zerwany się cofamy płacąc
zmarnowanym Czasem. Człowiek to pomnik
cierpliwości całej Przyrody. Rozum zawdzięcza
cierpliwości swojej własnej. Człowiekiem
jesteś łachmaniarko, śpiąca na ławce w wielkim
mieście, czy z konieczności, czy z wyboru...
Że posiadasz pamięć, wolę, ludzkiej rodziny
jesteś cząstką. Tobie poświęcam ten poemat.
Życiem nigdy, równani zawsze tylko śmiercią,
porzućmy raz na zawsze mity o ziemskim raju
w obliczu Twoim - łachmaniarko. Łachman
twój wart jest epopei bardziej niż srebrny lis
i toga, nie mniej niż mundur i kapelusz.
Że byłaś matką czy kochanką - pewnie - że
plotka nie oszczędza. Któż pamięta,
że jeździłaś białym "fordem" za kordon obcy
ideowo w dniach czujności i budowy
najprawdziwszej wieży Babel. Nie miałaś
złudzeń patrząc na żelbet i na cegły
spajane żywcem z ludzkim ciałem, niczym
w obrzędzie totemicznym, gdzie bóstwem
czaszka objedzona. Pragnęłaś żyć nie życiem
woła, co jeśli pada to w zaprzęgu, na zagonie
ogarniętym przez nieboskłon, a gdy chwalony
to za kości - bo smaczny bywa z niego rosół.
Nieboskłon -
jak to się zlewa słowo w słowie. Jeśli w mistyczny
wpadłeś zachwyt, domaluj sobie jeszcze dworek
z pękniętą krokwią, jednym skrzydłem w tej
ruinie ocalałym, a na zabitych drzwiach deskami
powieś tablicę: Z A B Y T E K. Niżej - tablicę
drugą przybij, i tu masz więcej do wyboru: KLUB,
BIBLIOTEKA, lecz najtrafniej P G R zgrabnie
wyliteruj. Pod niebem wokół czarna ziemia -
państwowa rola, czarna dola. Twoje są poty i
zmartwienia, po zysk i plony idź do Sejmu;
na twoją prośbę wyda ustawę o pogodzie
na pięć czy ile tam chcesz lat. W młodości
swojej łachmaniarka dokładnie lata swe liczyła,
bo znała czasu wąski przedział na urodę i
pragnienia. Łachmaniarka - nomen omen, że
społecznie ruchliwa była, że aktywna w klasowej
walce, w narodowym pierwsza froncie, przez
dyrektora nagradzana, u boku szefa wyjeżdżała
hen - na saksy, gdzie wyzysk ścigał się z rozpustą,
gdzie Kain dybał na Kaina o cuchnący fałszem dolar.
Przodownica pewnie była zaszczepiona przeciw
wściekliźnie i odporna na pokusy i na gnicie, lecz
jak baba - nieodporna na pończoszki i kożuszki;
łachmaniarka - jednym słowem, na saksy wybierała
się po ciuszki, cieszące oko każdej damy. Jak
kaprysiła - nie do wiary! - lecz że chodliwy to
był towar, nic nie traciła. Wprost przeciwnie.
Ją dyrektor, ona pilnowała dyrektora, wypełniając
ewangeliczne przykazanie, by brat dbał o brata
swego. Biedak przegrał i cnót klasowych nie
dochował. Zamiast czcić, czuwać - sabotował.
Zmieniła szefa na elitarny departament, uczulony
na turystyczne krajobrazy, gdzie w planie choćby
jedna palma a dookoła ciepłe morze. Tam, jak
w bajce, strzała dopadła ją amora - bożek
niczego sobie, owszem, przystojny, śniady,
z greckim nosem, rzekłbyś rodzony korsykanin,
gdybyś nie słyszał mazurzenia, kiedy rozmarzał
się o Polszcze, i kiedy grzecnie ją całował. Lecz
kiedy stawał się niegrzeczny - on milczał a tęskniła
ona.
Miłość - nie ma nic nad to dla kobiety. Alfa i
omega życia. Oczekiwanie na religię ciała. Coś
więcej ponad samczy podziw. Bezustanne
obecności potwierdzanie dusza przy duszy.
Czas wyboru na spotkanie, w którym ofiarować
trzeba wszystko i wszystko przyjąć. Zło i dobro
- z wiarą że zło się zwalczy wspólnie. Co kto
poskąpił i co ukrył, tego mu braknie w ważnej
chwili. Z tego co miał - w dwójnasób straci.
Miłość dziwną się rządzi ekonomią, z niczego
daje i pomnaża, albo roztrwoni co zebrane
nie ubożejąc nigdy sama. Każda wartość
w niej się odmienia i nabiera mocy, i bywa -
stawi znak równania pomiędzy sędzią a zabójcą,
między bankierem a żebrakiem. Wiem, bo
kochałem. Gdy zapragnąłem mieć - płakałem
jak dziecko które chce mieć księżyc. Szkoda oczu
i soli która oczy zżera. Daremne chcenie. Masz
tylko to co masz w spojrzeniu. Obraz. Chcesz,
pal przy nim świece i się oddawaj zachwyceniu.
Nie chcesz - zajmij się uprawą chmielu. Koi
pragnienie, chłodzi i sprowadza sen.
Łachmaniarka wroga ludu na jawie pokochała,
o czym nie wiedział lud ni kat, a wiedział tylko
tajny wywiad.
Tu się zaczęło przesłuchanie,
lecz nie wiedział żaden esbek, że przesłuchanie
zakochanego serca należy tylko do poety; ale
taki rzadko tam bywał na etacie. Służba zbyt
odpowiedzialna. Poeta zawsze odwalał chałupnictwo,
nie dlatego, by był takim domatorem, głównie dlatego
że gadułą. Bezczelnym i nieposkromionym, a w gadce
zawsze coś się wypsnie, co zamącić może w głowie.
W tychże czasach każdy wieszcz stawał się hipo-
- hondrykiem, co mądrze gadał tylko z ścianą,
a pajacował poza domem. Przykładem Bryll i
Woroszylski. Łachmaniara znała tylko Broniewskiego
jako danie podstawowe, a deserowo - "Gęś Zieloną".
Lecz co za deser - palce lizać! Taki jak kucharz. Mistrz
Ildefons gęsinę śmiechem faszerował, bo kiedy
trzeźwiał to zieleniał - wszędy gęsina na urzędzie...
Nic dziwnego, że w końcu dostał niestrawności i
bredził coś o jakimś iźmie... W słowniku szukaj
medycyny, tak ciężkie kończą się choroby.
Łachmaniarka była zdrowa kiedy przyszła do Urzędu
Prostowania Wszelkich Pionów; na postawione tam
pytania odpowiadała krótko - gówno. Dla wyjaśnienia
tutaj dodam, że pytania stawiano zawsze w formie
zarzutów albo groźby.
Kobieta gdy pokocha -
o serce się upomni w rzeźni, bo o kochanka jest
zazdrosna. Cóż władza od niej może chcieć, gdy
miłość to dla niej dziś jedyna władza. Nie darowali,
oskarzyli o szpiegostwo, znaleźli ciuchy - doszedł
wyzysk. Gorszego nic nad kapitalizm! Z wrogiem
ludu paktowanie. Chciała więc zrujnować przemysł
odzieżowy, tekstylny, galanterię, słowem cały handel
RWPG, zachwiała całą ekonomią planowaną z takim
trudem...
Planowanie jest najwyższą teraz sztuką:
np. dzisiaj słońce oznaczało będzie księżyc; jutro
pięć planowaną wartość osiem, a pojutrze będzie zero.
Dzisiaj kłamstwo będzie znaczyło prawdę świętą, jutro
już będzie zająknieniem, a pojutrze - zwykłym
ordynarnym łgarstwem. Chytry majstersztyk, genialne
wielkie czarowanie bliskie hipnozy. Czuje się czarta
w tej zabawie. Z przodownicą właśnie tak się zabawiano;
sąd kapturowy, stos opinii...Wszyscy się jakoś obłowili
na tej sprawie. I ona nieźle zarobiła - dziesięć latek
medytacji. Wyszła wcześniej, lecz nie ze szczęścia się
rozpiła. Raczej za straconym szczęściem. Rajem stała
później się melina. Dom pechowców i bankrutów.
Bractwo złamanych serc, kalekich dusz, złamanych
nosów. Wyspa skarbów Hugo i Dostojewskiego.
Dobry bimber
ma w sobie rozum jego twórcy. Ale taki, który język
rozwiązuje nawet umarłym i stąd nazwany "Chuch
denata" - tylko taki może przymiotnik nosić świetny.
Ten każdemu przynosił ulgę już po setce. Łachmaniarka
matkowała tam niezgułom i ofermom, takim samobójcom
- co to z własnej ręki nie umieli nawet zginąć. Ci nazywali
ją mateńką, jako gdy trzeba przytuliła czterdziestocztero
letnie dziecko, albo jak ojciec przysoliła dłonią, spojrzeniem,
ciężkim słowem. Nim wysłuchała - najpierw nakarmiła, potem
kieliszki dwa stawiała, bo jak twierdziła - spirytusem dobrze
przemywać rany duszy.
Wiem ja dobrze, jakie dziś modne
są krucjaty przeciwko różnym alkoholom i zła godzina
je dopadła - trzynasta - cóż godzina trefna, ostatnia
która będzie trzeźwa z tych które czas na doby dzielą.
Trzynasta bije - jest okazja! bo okazja rządową dana ci
literą uczyni z ciebie jeśliś pijak - pijaka zdyscyplinowanego;
pijesz tylko po trzynastej, nigdy przed nią. Pożytek cudny
z tej ustawy zrozumiesz wówczas dostatecznie, kiedy ustawa
nowa wejdzie - picie jest prawne po toaście - przed
karane będzie surowo w trybie przyspieszonym.
Kraj
z przepisów tworząc świętą księgę, religię ustaw, paragrafów,
zasłużył bodaj choć na kaca. U łachmianiarki na melinie
nie było godzin. W tychże czasach wychowywano konsekwetnie
- w pracy, do pracy, pracą, praca. Piło się po katolicku -
na imieninach i przy święcie. Dziś pije ateistycznie, naukowo,
dziś zwyczajnie i po prostu pije się przy własnym stole
po trzynastej. Zaklęta liczba, jak w kabale. Trzynasta tworzy
nowy dogmat i traktuje chorobę według nowych reguł,
chorobie wszakże obojętnych; zmieniono papier na receptę,
godziny przyjęć i lekarza - pacjent jak cierpiał nadal cierpi.
Nie cierpieli ci, co przychodzili do meliny "u mateńki". Tu
kieliszek podawany był na sercu. Na lekarstwo czasem ważna
jest podstawka. Lekarz eliksir zna, klienci znają się na szkle
i szkiełkach, jednym słowem na kryształkach.Serce "mateńki"
to był kryształ. Oszlifowany po mistrzowsku przez najlepszego
w świecie mistrza; nazywał się on pospolicie, bo mistrzem tym
to było - życie.
Co kryje się pod jednym słowem, by pojąć,
zajmijmy się, ot tak po drodze, badaniem struktury kryształów.
Wspomniany kryształ dzwonił bardzo melodyjnie i refleksy
ciepłe rzucał tak - że go brałeś za poduszkę i pierzynę;
na dłoni pachniał i zachwycał. Jeśliś pragnął, rosił się jak
szklanka wodą, którą w spieczone lałeś usta. Kryształ,
jak każdy w świecie diament sprowadzał marzycieli i włóczęgów.
Dobrze rozumiał to milicjant, właśnie on jeden, dzielnicowy.
Nie powiem - kochał łachmaniarkę - faktem, że długie z nią
rozmowy wiódł. Pytał, na przykład: czy był Sznurek albo
Tabletka, i spokojny - mając od niej potwierdzenie, na żonę
sobie ponarzekał, na służbowe swoje buty. On jeden wiedział,
że melina oazą była samobójców, i każdy dzień spędzony
tutaj dawał szansę na przeżycie bez szpitala, bez aresztu.
Bywało, spędzał u niej dzień swój wolny, i "Chuch Denata"
wolno sącząc słuchał głosów nie z tego świata. Denaci
czuli przed nim respekt i też jak dzieci szanowali, bo chłop
miał poczciwe serce. Kryształ, choć nieobrobiony, odbijał
twarze w zimnym blasku trochę za ostro; gęby zawsze
winowate, z piętnem jakiegoś paragrafu, ale żywe, ale
własne. Czuli ochronę tego miejsca, wspólnotę podług ról
i losów, jakie przypadły im w udziale, w cieniu zawieszonego
gdzieś munduru, w świetle kielicha, stołu i "mateńki",
przychylającej wszystkim nieba.
Życie nie skąpi paradoksów;
rozumieć mistrza jest sztuką pojmowania wszelkich
przeciwieństw.. Tych rzeczywistych i pozornych. Szkoda
stworzonej tak harmonii, bo milicjant z przywilejów swych
skorzystał. Inny pan nastał i porządki. Dla meliny i jej gości
nie miał właściwego zrozumienia. Podskoczyła statystyka w
rybryce "zgony i przestępstwa". Mateńka, rozumiejąc
trudnośi naszej gospodarki, stare po domach łachy zbiera,
za kompaniję wróble mając, skrzydlatą bandę aferzystów,
szarą czeredę darmozjadów i plotkarek. Kontemplując
wśród krzaków biust dostojny Boya, wysłuchałem całej
historii łachmaniarki nie jak wścibski Boy-dedektyw;
przypadkiem zgoła słów świergotliwych niemy i niegodny
świadek.
Nędza ukryła jej kobiecość., wynosząc wielkie
człowieczeństwo, taki - nie inne. Widzący ciebie, niechaj
powstrzyma prędki osąd, aby sam nie był osądzony.
Niechaj zrozumie bogactwo losów, niech pojmie równość
prawdziwą, równość nieludzką grosza i złotej sztaby
z sejfu.Taka jest równość naszych czynów - czy podejmie,
czy się powstrzyma od nich człowiek - może żałować
strony obie takiej decyzji. Stojąc przed nią, przed
łachmaniarką, bądź dyskretny; ławka jest przecież
dla niej domem, miejscem spoczynku; więc podziwiaj
wartość dywanów na wystawach także i z takiej
perspektywy. Pomyśl o tym, ile przedmiotów zbędnych
bywa dla tego życia, co biżuterię, kosmetyki odrzuciło -
dla pudełka, tekturowego pudełeczka. Czasem podobnie
czynią dzieci, na słomkę rower zamieniając, z której
mydlana bańka sfruwa. Że kolorowa - to jest ważne!
Dla łachmaniarki - mocny, byle cały karton rolę szafy
spełnia; czasem poduszki, stołu albo krzesła. Darmowy
problem, pełny komfort dla tych, co tak chcą właśnie
mieszkać, i nie chcą wygód w domu starców. Tu jest
sedno, bo właśnie tu jest sprawiedliwość - w tym
przypadku. Spróbuj, weź go, zamień na fotel wiklinowy
- usłyszysz - nie, nie płacz - przekleństwo. Narzuciłeś
swoją wolę, spętałeś całe jej jestestwo. Skrzywdziłeś
bardziej niż pomogłeś. Okradłeś z siły, gdyż wielką siłą
bywa nędza. Ona swój kościół ma, swój obrzęd,
w którym święcone sam dociekaj. Nie płosz, nie ględź
na swą modłę; przy ławce śpiącej nieco zwolnij
i przechodź kładąc, co uważasz. Sam bywa, groszem
też nie śmierdzisz. Czy wtedy za nędzarza się uważasz?

c.d.n.

Opublikowano

Łachmaniarka???pewnie tak, wróciłem do tamtego czasu i odnajduje się w nim, ale pańskiej łagodności, dystansu nie podzielam....dla mnie to czas rządów Bestii.
Sądzi Pan ,że Łachmaniarki już nie ma,a Bestia zniknęła??
Czekam na dalszy ciąg, przeczytam z zainteresowaniem,ten fragment biorę do ulubionych.

Opublikowano

Szubka.;
zamieszczanie poematu w dobie komputera to straceńczy pomysł - ale jeśli mam tak cierpliwych czytelników, mam coraz mniej oporów i wątpliwości...pozdrawiam Cię - MUFKO i życzę wytrwania...ukłony - :) J.S

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Może trochę krótsze kawałki, Jacku, bo muszę robić przerwy na polewanie.
wezmę to sobie Stefanie do serca, ale przed końcem roku chciabym zakończyć edytowanie poematu...sporo jeszcze zostało, a przed Tobą najsmaczniejsze jeszcze fragmenta...i polewaj na zdrowie! bo ja takoż trzymam szklanicę! :)) J.S
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Może trochę krótsze kawałki, Jacku, bo muszę robić przerwy na polewanie.
wezmę o sobie Stefanie do serca, ale przed końcem roku chciabym zakończyć edytowanie poematu...sporo jeszcze zostało, a przed Tobą najsmaczniejsze jeszcze fragmenta...i polewaj na zdrowie! bo ja takoż trzymam szklanicę! :)) J.S
Wiwat poezja!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...