Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W objęciach Nocy
w deszczu strumieniach
wiję się z bólu
w błotnistym szambie

taplam się szaleńczo
we własnych odchodach
suto zaprawionych
paletą wymiotów

połkniętej trucizny
działanie okrutne
wolno i skutecznie
czyni ze mnie ścierwo

gdy skończy się męka
świt piękny otuli
gnijącego trupa
mojej kobiecości

Opublikowano

jedyne uczucia, które wiersz we mnie wywołuje, to niesmak..
jeśli taki miałaś zamiar.. :)
jednak, pomimo wszystkie okropności, chyba zrozumiałam o co chodzi..
więc przekaz, choć drastyczny ;) całkiem jasny..

hmm.. a wojaczek, cóż.. jego wiersze nie są.. odrażające

Opublikowano

a ja sobie ten wierszyk skopiuję, i będę miał jak znalazł w kłótniach z feministkami ;)))
a na poważnie: to o ile z moją wizją kobiecości (być moze wyidealizowaną - nie wiem) teżsiętrochę kłóci, o tyle efekt jaki zakładam że miał wywołać - u mnie wywołał...

Opublikowano

bardzo niesmaczne, ale mi się to podoba i to jak podoba(staram się ciebie zrozumieć i myślę że to mi nawet dobrze wychodzi) i jeszcze coś czekam na odrodzenie kobiecości – przecież trzeba ,,przedłużyć gatunek”
pozdrawiam

Opublikowano

Nie rozumiem, dlaczego dla większości ten wiersz jest "niesmaczny i odrażający". Poezja to nie tylko piękno, fantazyjne metafory czy pochwały przyrody. Poezja to życie. I nie można udawać, że brutalności i drastyczności tego życia nie dostrzegamy!
Wiersz wywołał burzliwe reakcje, to znaczy że jest dobry.
Lubię poezję, która porusza i trzęsie (chociaż po takim utworze dobry jest wiersz uspokajający, wyciszający)
PS. Tytuł mógłby brzmieć Upadek kobiecości.
Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...