Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Cesarz zdobywał obce kraje
A Bóg jakby nie wiedział o tym

Czy czasu nie miał dla nikogo
Czy mówić nie miał o czym
Czy w tekstach za ubogo
Czy czas się kołem toczył

Czy gdzieś na drugim końcu
Nieznany drzemał w słowie
Czy wolą świat myślący
Nikomu nie odpowie

Terwingów
Piechoty osiemset ludzi
Łuczników tysiąc do dwóch tysięcy ludzi
Ciężkiej jazdy około tysiąc ludzi

Greutungów
Łuczników i lekkiej jazdy pięćset do tysiąca ludzi
Ciężkiej jazdy trzy tysiące do czterech tysięcy ludzi
Alanów, Hunów i Tajfalów wszystkich około pięć
Do siedmiu tysięcy

Wieczorem cesarz nie żył
Gdzieś pośród innych ludzi
Nim otoczony spłonął
Sam walką się utrudził

Jak zwykły żołnierz
Był niegdyś dowódcą tarczowników

Nie chodzi o błędy taktyczne
Nie o obecność Boga
Nie o milczenie świata

Chodzi o ciszę. Która zapada
Ciszę jak noc
Ciszę jak ołowiana chmura
Ciszą pokryte wszystko

Życie, pobojowisko
Mentalny obraz Boga
Ten co troska i trwoga
Ubezsprzecznia dla chwili spokoju

Cisza jest bezpieczna
Cisza jest konieczna
W walce nieunikniona

Opublikowano

Jaro Sławie
Trudno mi oceniać Twój wiersz, piszesz oryginalnie,
do Twojego stylu trzeba się przyzwyczaić, a ja chyba
jestem dopiero na tym właśnie etapie. Krytykować
za bardzo nie umiem, więc powiem co podoba mi się
najbardziej, co do mnie przemawia szczególnie:

Nie chodzi o błędy taktyczne
Nie o obecność Boga
Nie o milczenie świata

Chodzi o ciszę. Która zapada
Ciszę jak noc
Ciszę jak ołowiana chmura
Ciszą pokryte wszystko

Życie, pobojowisko
Mentalny obraz Boga
(...)

Cisza jest bezpieczna
Cisza jest konieczna
W walce nieunikniona


Nie wiem czy się mylę, ale wyczytałam tutaj jakiś żal do Boga - pierwsze trzy strofy. Takie
wrażenie jakby nie był Wszechmogący? Może jakaś podpowiedź?
Serdecznie pozdrawiam

Opublikowano

Żal do Boga jest chyba jasny i wyraźny:
"Cesarz zdobywał obce kraje
A Bóg jakby nie wiedział o tym"
- pierwszy dwuwers zapowiada, o czym jest wiersz - właśnie o tym żalu do Boga, według mnie. I o to, że dla tych, co giną na polu walki, nic już nie ma znaczenia - nawet Bóg. Bo dla nich po prostu nie ma nic.
Tak odbieram ten wiersz, choć może nie wszystko z niego wyczytałem.

Opublikowano

Terwingów
Piechoty osiemset ludzi
Łuczników tysiąc do dwóch tysięcy ludzi
Ciężkiej jazdy około tysiąc ludzi

drażni mnie powtórzenie w tych wersach rzeczownika 'ludzi'. Nie mam pojęcia dlaczego, ale jednak. Reszta na duuuuży plus; powiem klasycyzmy i oryginalności :))) Sprawnie napisana historia z Bogiem w tle, tragizmem peel'a, który zmarł pośród zwykłych żołnierzy. Egzystencjalny rozważania wpisane w dzieje Rzymu :) tak bym to ujął :) Naprawdę mi się podoba.
Pancolek

Opublikowano

Ten żal do Boga, to coś dlatego, że Walens (główny pierwowzór) był Arianinem i z racji tego w oczach niektórych historyków (ówczesnych) "należało mu się", jest zresztą przekaz,ze przed bitwą jakiś kapłan wzywa go do nawrócenia.... (dowódcą tarzowników - był Wespazjan, ale nie chodzi tu przecież o konkretną postać)

Poza tym jest to okres sporów teologicznych, wtedy o credo Nicejskie, dalej spory Chrystologiczne i trynitarne...

ale oczywiście nikomu nie odbieram prawa do własnej interpretacji. Kojarzy mi się jeszcze "cienka czerwona linia", gdzie każdy z bohaterów miał jakieś wytłumaczenie tej sytuacji, zresztą zajęcie osobistego stanowiska względem śmierci w obliczu możliwości tejże, jest całkiem naturalne....

:o)

Pozdrawiam

Opublikowano

Jaro Sławie
dzięki za objaśnienia, co to znaczy:
" jest zresztą przekaz,ze przed bitwą jakiś kapłan wzywa go do nawrócenia...."
- nawrócenie na jakiś kościół nie jest nawróceniem, co innego - indywidualny
kontakt z Bogiem, bez względu na wyznanie. A jeśli był arianinem to dla mnie jak
najbardziej byl człowiekiem wielkiego formatu i o Bogu na pewno wiedział więcej
niż niejeden kapłan. Tak myślę, a że akurat wyjeżdżam na dwa dni, to pewnie
nie będę mogła podyskutować - o ile zajdzie taka potrzeba. Ale jak wrócę to
zerknę tutaj, bo jestem ciekawa co Ty na to. Pozdrawiam :)

A osobiste stanowisko wobec śmierci - oczywiście, trzeba jakieś zająć, bo
na każdego to przyjdzie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Biorąc pod uwagę sitz im leiben tamtego okresu to: ...
... przekupki na rynku w Konstantynopolu spierały się wtedy o naturę Ducha Świętego, podobnie stronnictwa powstałe na tle sporów Chrystologicznych walczyły o palmę pierwszeństwa w wyścigach rydwanów (ta tak jakby kluby piłkarskie miały odpowiednie przekonania religijne dziś, albo na odwrót), Jak św. Augustyn, wprowadził do liturgii tekst ze zmienioną przez siebie nazwą jednego krezwu, to całe zgromadzenie zakrzykneło "błąd" (a było tego troche luda), bo dotychczas było inaczej.

Na pewno podejście ludzi do spraw wiary było zupełnie inne niż dzisiaj, natomiast czy bardziej świadome w gruncie rzeczy - nie wiadomo.

Walens był przede wszystkim cesarzem, jak na nasze standardy może nawet nie za czystym moralnie, źle obstawiał stanowiska, zgarniał za nie kasę, można powiedzieć, że w tym okresie organizacja cesarstwa i armii chyli się ku upadkowi (aczkolwiek do upadku jeszcze daleko).

Nie przeceniałbym - z mojego punktu widzenia - neofickiego zapału, jakim charakteryzują się ludzie związanii z jakimś ruchem o charakterze religijnym. To normalne, że jakaś mała grupa, zwłaszcza ogarnięta poczuciem jakiejś misji, wprowadza w życie zasady, które przyjęła za własne, z jakąś gorliwością, nawet sama chęć i świadomość wyróżniania się wprowadza dodatkową motywację.

Dla mnie to sprawa wiedzy i wyważenia (taki Stoik ze mnie). Wiem, że są i niedouczeni i tacy sobie kapłani, ze są i bardzo godni naśladowania zwykli ludzie. Ale recepty na wielki format związanej z "przynależnością" nie ma, na wielki format pracuje się całe życie.

Arianie, nestorianie, monofizyci - takie były czasy, zwykle niejeden urodziwszy się w takim a nie innym środowisku, przyjmował pewną mentalność i ponosił tego - zwykle poplątane, jak to w środowiskach społecznych - konsekwencje.

Co do Walensa - późniejsi chcieli zbudować na tle wydarzeń jakąś budująca opowiastkę, faktem jest, że wyszedł do walki nieprzygotowany, dał się może nawet i Gotom oszukać, koncepcja bitwy była - dziwna, Goci sprawili się lepiej (paradoksalnie nawróceni przez wysłanych przez cesarzy Arian sami stali się Arianami, co miało doatkowe konsekwencje historyczne później).
Jest taki aspekt tej sprawy, pokutujący do dziś w Europejskim światopoglądzie - że rozmowy i umowy są najważniejsze, niestety i Las Teutoburski, i Adrianopol, i wybuch II wojny światowej, wreszcie przykład Srebrenicy temu przeczą, ale Europa jakoś tego nie widzi, jesteśmy w tej mierze spadkobiercami ludzi pokroju Walnesa, może Warusa (tego od lasu Teutoburskiego) też.

:o)
Opublikowano

Proszę Autora,
imponuje Pan wiedzą bardzo, pomysłem na wiersz też. Szkoda, że zabrakło konsekwencji, bo gdyby to doprowadzić do końca w formie "śpiewki dziadowskiej", która ładnie kontrastuje z historycznymi quasicytatami (ileś tysięcy itp.) byłoby pięknie. Szkoda, że wiersz przełamuje się bez uzasadnienia (!) w połowie i staje traktatem quasi filozoficznym(?). Piszę "quasi", bo rozważania o "ciszy" są dla mnie czymś takim właśnie.
Cóż więc to jest w sumie? Niekompletny wiersz czy hybrydyczny esej?

Opublikowano

Jaro Sławie
Dzięki za objaśnienia, nadal podtrzymuję to co napisałam:
"indywidualny
kontakt z Bogiem, bez względu na wyznanie. " - to jest to,
co być powinno i zgadzam sie z Tobą:
"recepty na wielki format związanej z "przynależnością" nie ma".
A może masz w zanadrzu jakiś wiersz o M. Lutrze? ;)
Ja zamyślam, ale Ty pewnie wiesz o nim więcej niż ja? :)
Dzięki za rzeczowe objaśnienia, teraz na pewno lepiej rozumiem Twój
wiersz. Pozdrawiam
P.S. Zawsze lubiłam historię, ale zapamiętać to wszystko... to już gorsza sprawa :(

Opublikowano

Nie wiem ,czy wiem więcej o Lutrze, żeby napisać, to musi mnie coś poruszyć, ale pomysł jest. Coś o Lutrze i coś o Husytach, i o tej całej historycznej zawierusze, z polityką i wojnami w tle...

(Tak na marginesie, to mam w rodzinie luteran, wszyscy ciekawi, taka z nas rodzinka oryginałów, i znamy się parę pokoleń w te i we wte

A może by to mógł być i esej, ale jakoś emocjonalnie mi na tę ciszę zeszło. Zobaczymy, może za jakiś czas przerobię, albo pozostanie.

Moje zainteresowania szermierką i walkami wręcz prowadzą mnie do tej ciszy właśnie, jeżeli w ta refleksja nie znajdzie oddźwięku - tym gorzej dla wiersza. Cóż, jednak to określenie "hybrydyczny esej" zaczyna mi się podobać....

:o)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...