Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Topiła się z gracją, jej tymczasowe, podwodne wymachy były zaledwie efektem niezliczonych rozterek i problemów. Przed skokiem poprosiła nas, żebyśmy udali się z powrotem do ośrodka, do którego przynależała plaża. Rozebrała się, pewnie chce wymusić akceptację przynajmniej na znalazcy swoich przyszłych zwłok. „Nie zamierzam na to patrzeć” wybełkotał któryś z przyjaciół po czym z właściwą chyba tylko zerówkowiczom egzaltacją rzucił grupie stanowczy zew, który do złudzenia imitował rozkaz:
-Chodźmy stąd!
Reszta grupy złożona, w większości ze zgrabnych dziewcząt o oskarżającej urodzie modelek, poczęła gorączkowo przytakiwać nowo obranemu dowódcy. Po zaledwie minucie plaża była pusta. W pierwszej chwili nie dowierzałem martwocie własnego ciała, nie podążałem za zniesmaczoną, jednolicie podrygującą głowami dziesiątką. Mało tego wyrażałem sprzeciw jej konformistycznemu charakterowi. Moje bose stopy były nadal wbite w pierwsze deski mola, podczas gdy depresyjna nagość pieściła teraz jego przeciwległy kraniec. Uzasadnienie, że przecież jestem mężczyzną i może to właśnie golizna zatrzymała mnie w posągowym immobilizmie, wykradło się z mózgu równie szybko jak się w nim pojawiło. Smutek drugiej osoby rzadko bywa bodźcem seksualnym, a moje oczy utkwione były właśnie w jego najszczersze ucieleśnienie. Co więcej zamiast owej oczekiwanej przez większość z państwa erotyki, przeszywał mnie jakiś żal, nieostrożnie graniczący z bólem gardła. Skoczyła.

Topiła się na siłę, ruchami wprawnej pływaczki, która gdy raz nauczy się utrzymywać na wodzie nie jest już w stanie porzucić swojej zdolności. Nurkowała pod naporem łez, ciężkie wzdychanie i czkanie oczyściło płuca z resztki dzisiejszych wyładowań atmosferycznych – tego ranka pioruny waliły bez namysłu i zostawiły w powietrzu ostrą woń pieprzu.
Powodów dla których warto było spróbować wypić jezioro było od groma. Poczynając od niezłomnego kaca, a kończąc na, grasującej pod czaszką, macierzystej głupocie… Ale czy idioci popełniają samobójstwa przez własny idiotyzm ? Oczywiście, że nie! Tego rodzaju pobudki bezapelacyjne zanegowałyby ich ograniczenia. Największy sofizmat świata głosi, że lepiej być żywym imbecylem niż martwym mędrcem. Ona jednak, filozoficzny topielec, odległy i bezludny koniec mola, nigdy nie sprawiała wrażenia kretynki (o ile to stwierdzenie nie kłuci się z wymogami konkursu, w którym wraz z innymi lalkami brała udział). Nie rozmawialiśmy ze sobą, toteż pozostawało mi zaledwie dumanie nad psychicznym zdrowiem przyszłej miss. Teraz kiedy z niewątpliwą premedytacją oddała skok trudno byłoby ją namówić do powrotu.

Topiła jasne, całkowicie odarte z wiatru ,włosy najgłębiej jak mogła, a mimo to blond czupryna jakby osiadła na mieliźnie. Mentalnie, ale również fizycznie, brodziła cztery metry nad dnem. Nagle, zapewne kątem oka, spostrzegła moje spojrzenie, w którym ambiwalentnie pobłyskiwał dryg kinowego widza i pod jego badawczym naciskiem rozłożyła się na tafli, twarzą w dół. W tym momencie słodka, rozgrzana popołudniem woda, w której towarzystwie urlop zamieniał się w minimalistyczną wersją wniebowzięcia, zaczęła wylatywać mi przez dziurki w nosie, jej poziom nieuchronnie sięgnął by uszu, ba, nawet zatopił mózg, gdybym nie podjął ostatecznej decyzji. Z chwilą gdy świadomie przestała się ruszać, ponownie nawiedził mnie znamienity ból gardła, który do tego dnia pojawiał się rzadko, jeśli nie wcale. Utonięcie pod żadnym pozorem nie jest prostą sprawą zwłaszcza, że sam Weltschmerz nie jest jeszcze w stanie rozstrzygnąć sprawy. Ale z takim uporem i w ten sposób mógł zatonąć każdy, co gorsza nie byłem do końca przekonany czy będę w stanie zauważyć krytyczny punkt i wyciągnąć ją w porę – bo jak zdążyłem wspomnieć: powziąłem decyzję o misji ratunkowej.


Topiła się chytrze, powoli, jej fałszywa stagnacja była formą przebiegłości, a zarzucany falami brak garderoby, przynętą. Znalazłem się w istnie patowym położeniu, ponieważ ostatkiem starań pragnąłem zachować dziewiczą postawę odbiorcy tej sztuki, odrażało mnie jej współtworzenie. Miałem nadzieję, że owa upadła, a nawet umierająca, anielica nie liczy na zbawienie z moich rąk. Nadzieja to jednak ciężko upośledzona dama (nie bez powodu nazywa się ją matką głupich) dlatego nie zamierzałem zostać jej ofiarą. Inna pani, intuicja, podpowiadała mi natomiast rzecz następującą: „poczekaj, przypatrz się jeszcze, a wtedy owa ślicznotka, zrozumie, że masz zamiar wygrać tę partię! Sama wyjdzie z wody, a ty będziesz miał suche, a może raczej umyte dłonie!” Jakkolwiek mądre były to rady, uderzały o muliste dno z impetem głazów. Nie zamierzałem słuchać kobiety, ostatecznie to jedna z nich bezwstydnie demonstrowała mi aktualnie własne słabości. Bez dalszych ceregieli wyczułem, że moja , wciąż nieruchoma, wilgotna famme fatale, liczy tylko na mnie. Sekundy mijały - rozmyślałem. Cóż, życie to nie mecz szachów, nie przegrywa się niczego ratując kogoś od śmierci. Skoro jednak znalazła się kolejna doradczyni (same baby! Sic!), jak się okazuje z najdłuższym stażem na tej planecie, postanowiłem z demokratyczną cierpliwością wysłuchać, co ma do powiedzenia. Trzecia humanistka, Natura (podobnie jak nadzieja nazywana matką – z tym, że nikt nie zna IQ jej dziatwy) od małego jest niesprawiedliwą stronniczką zwycięzców, dlatego też usiadłszy po turecku, tym razem na ostatnich fragmentach mostku, zamiast dawać wyraz gotowości do pomocy, forsowałem kolejne żeńskie argumenty. „Zostaw ją! Nie pchaj się tam gdzie cię nie potrzebują!” zapętliło się niczym suflerski podszept na tanim spektaklu. „Jeśli jest zdrowa, potrzebna, jeśli ma zostać wybrana i wygrać, wygramoli się na brzeg o własnych siłach. Nie chcemy słabych ogniw. Lichość jednostki płoszy ewolucje! Trzymaj się od niej z daleka, albo skocz i utop się razem z nią!” Czułem się jak narzędzie zbrodni, nóż (czy może lepiej: woda) w rękach feministycznej bojówki oczyszczającej swoje szeregi. Byłem męczennikiem bez płetw, chłopcem do bicia, młodszym bratem Otyli Jędrzejczak, ale mimo to obecnego układu zamieniłbym na żaden inny, a już na pewno na wyłożone solidarną aprobatą fizjonomie pozostałych kandydatek.

Topiła się coraz wolniej, rozleniwiona bezwonną cieczą. Topiła się resztkami zapału, resztkami energii. Topiła się w mojej świadomości, nie zważając na opinie trójcy rzeczoznawców. Topiła się swoim oddechem, topiła się brakiem oddechu, topiła się przewidując miny policyjnych biegłych i podpisy na aktach zgonu. Czas mijał, szczerze mówiąc nie ruszała się już od przeszło minuty, (czego nie pisałem wcześniej z obawy przed koniecznością wysuwania przedwczesnych prognoz na temat finału) ból gardła potwornie nasilił się, transformował do wyrzutów sumienia i pozjadał wszelką polemikę. „Jeśli ona nie żyje, to znaczy jeśli zdołała się utopić na moich oczach, a ja nic z tym nie zrobiłem”. Ta myśl przeraziła mnie, wskoczyłem do wody, bynajmniej nie po to żeby sprawdzić jej puls - zamierzałem pójść w jej ślady. Rozlałem się na powierzchni prześwietlając zaciemnione odmęty i choć nie byłem do końca pewny jej śmierci, wypatrywałem zmartwychwstania.
Czekałem ufając, że ona uratuje mnie pierwsza, boje się śmierci, bardziej jej niż swojej, może jednak zesztywniejemy równocześnie, utrzymamy ten remis do końca, a następnie w pojednawczym uścisku szachistów wybierzemy się do pierwszego, lepszego Hadesu na kawę, gdzie taki impas zapewne zostanie dobrze przyjęty.

Opublikowano

idzie bardzo ładnie...można by powiedzieć na samo dno, ale zabrzmiało by to sarkastycznie :)
a tak poważnie; to czyta się świetnie, choć może finał trochę rozczarowuje,
ale naprawdę tylko trochę...bo to tak już jest, że zawsze by się chciało więcej
pozdrawiam

Opublikowano

Przypomina mi się "Rejs" i wywód w wodzie : " Nie mogę być równocześnie twórcą i tworzywem..."
Uwielbiam błyskotliwe zdania typu "oskarżająca uroda modelek", albo "całkowicie odarte z wiatru włosy". , albo cały ostatni akapit z tym jej topieneim się. Niby proza, a z poetyckim zabarwieniem, dobrze się płynie przez ten tekst. Fantastycznie oderwałeś się od rzeczywistości i porwałeś mnie w swój świat. I choć świat jakby ze snu, jednak z odnośnikami do rzeczywistości. Jest ok.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiem, wiem czasem mnie ponosi z "odartymi z wiatru włosami" i "oskarżającą urodą" przecholowałem i to moja wina jeśli zalatuje banałem, ale dzięki za wpłynięcie na moje wody.
pozdrawiam Jimmy
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiem, wiem czasem mnie ponosi z "odartymi z wiatru włosami" i "oskarżającą urodą" przecholowałem i to moja wina jeśli zalatuje banałem, ale dzięki za wpłynięcie na moje wody.
pozdrawiam Jimmy

Ależ ja miałem dobre skojarzenia na myśli. Podobało mi się. Jaki tam znowu banał?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dzięki. Pozdrawiam. 
    • @Poet Ka Och ...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @andrew Rwany sposób przechodzenia od myśli do myśli imituje chaos, którego doświadcza człowiek w codziennym życiu.   Wiersz jest próbą, a raczej wezwaniem do stworzenia sobie własnego świata i ostrzeżeniem przed tłumem.   Dwa ostatnie, krótkie wersy, niczym zaklęcia, dookreślają, że „swój mały świat” to „swój kawałek podłogi” i „azyl”.   Myśl oraz wezwanie są kierowane do bliskiej osoby (nie w całym utworze- ponieważ pojawia się forma "z nią", jest to element tej rwanej struktury), ale także do wszystkich ludzi – a właściwie do każdego z osobna.   Moim zdaniem ten urywany sposób pisania oraz powtórzenie myśli stanowią największą siłę utworu, nadając mu indywidualny rys.
    • Sam tytuł ma dla mnie taką wymowność, że to wiersz o tym co zostało. W wierszu w zestawieniu do " kurtyny" odczytuje to tak, że kurtynę zawsze można podnieść, skorupa jest tym, co się ukształtowało. Każdy ma swoją skorupę po stracie. W wierszu mamy dwie strony skorupy lewą i prawą. Zastanawia mnie przedstawienie lewej jako pierwszej. Może sugerować swoje spostrzeganie " świata" . Mamy tu lewą dłoń,  to logika, zewnętrzna strona skorupy, to ona chroni mózg. Ona przewodzi prąd, który zabija to, co jest w środku.  Neuronoprzekaźniki się stykają, iskrzą się na " słomianym stosie się spalają " tu odczytuję słomiany stos jako coś kruchego, co szybko się spala. Po lewej stronie pojawiają się także " stare wyblakłe fotografie, które po dotknięciu ręki się rozpadają. Metalowa klatka pod ziemią , gdzie nie dociera światło- to dla mnie obraz, który odczytuję jako coś, co zostało ukryte, jest trwałe, bo z metalu, jednak zakopane pod ziemią, nie jest widoczne "gołym okiem". Tu jako jako coś w rodzaju wspomnień.  Dalej pojawia się pytanie : " Co tu się właściwie stało? ". Odpowiedź na nie jest taka, że to jest ciało podmiotu lircznego. On diagnozuje siebie jako kukiełkę, która jest poruszana dwoma nitkami. Następnie określa siebie jako drugoplanową aktorę w sztuce, której to podmiot liryczny  nie zapisał własnymi rękoma. Podmiot czuję pustkę, całkowity brak emocji. Bierze wszystko takim jakie jest, bez oceny - automatycznie.  Dla mnie ten wersy są obrazem tego, że podmiot wie, że to nie on kieruje swoim życiem. Nie ma nawet rąk, jest " poruszany za pomocą kruchych nitek.    Kolejne wersy pokazują sam stan wewnętrznych  uczuć, to prawa strona, która także  zanika.  Tutaj mamy emocje, dzieciństwo, rodzinny dom. Pojawiają się tu magiczne stuczki, snieżobiałe poduszki. To obraz tego, co kiedyś było  " magią czucia " . W zestawieniu do " zardzewiałych doniczek"  pokazuje obraz rodzącej się wewnętrzniej pustki. Te doniczki nasuwają mi na myśl zardzewiałe, czyli już trochę zatarte wspomnienia. Nikt ich nie " konserwował" dlatego zardzewiały.  Po raz kolejny pojawia się także obraz opadającej kurtyny, zamknięcie powiek. Spektakl życia jest skończony. Może zbyt daleka interpretacja, jednak odczytuję to tak symboliczną śmierć. W przenośni umieraja to, co pozwala być człowiekiem. To obraz pustki. Dalej pojawiają się po raz kolejny teatralne obrazy, tj. tekturowa zasłona. Podmiot słyszy swoje imię.  Pokuszę się tu o odczytanie iskierki nadziei.  Skoro słyszy swoje imię to dla mnie oznacza to, że jest w podmiocie lirycznym jeszcze odrobina "ja".  Z kolei  końcówka  jest pytaniem o to kim jestem i jaką rolę mam w swoim życiu.  Podmiot nie wie czy jest iskrą czy cieniem.Mamy tu bardzo jasne, trafne porównania. Jeszcze szuka siebie. Końcowe dwa wersy są odpowiedzią. Jest pionkiem na szachownicy życia. Potwierdza to, że jest sterowany. Kończy się słowami " Mój ruch".    @Mel666 To wiersz, który wywołuje refleksję aby zajrzeć w głąb siebie. I odpowiedzieć sobie na pytanie jaki będzie " mój ruch".  To bardzo dobre zakończenie, bo pozwala na to, aby każdy dokonał własnej diagnozy. Kiedyś napisałam wiersz o maskach, które nosimy. Dla mnie Twój wiersz ma podobny wydźwięk.  Czytałam w napięciu i swoją odpowiedź już znam.  Dziękuję za ten wiersz.  Pozdrawiam Cię serdecznie.   
    • WIELKA FLAMANDZKA (1968) (Zagraj w "Flamish")   Flamandki idą w tan, nie mówiąc nic Nie mówi im nic niedzielny dzwon Flamandki idą w tan, nie idąc w noc Flamandki to nie mówiący typ Idą w tan, bo mają dwadzieścia lat Wiek, gdy musisz zaręczyć się Zaręczyć, by móc wziąć ślub Ślub, byś dzieci mieć mógł Tak uczyli rodzice nas Mnich, i z eminencja sam, Co w katedrze ma dom  Dlatego tak, dlatego tańczą wciąż Idą w tan, nie idąc w dreszcz Nie idą w dreszcz w niedzielny dzwon Idą w tan, nie roniąc łez Flamandki nie ze łzawych są Idą, bo minął trzydziesty rok A to rok, gdy dobrze pokazać, że Wszystko dobrze, dzieci rodzą się Jak chmiel i żyto w krąg Że dumą rodziców są I Mnicha, i Eminencji, co Kapłanem w katedrze jest Dlatego tak, dlatego tańczą tan ten Flamandki idą w tan, nie brnąc w śmiech Nie brną w śmiech, w dzwonu broń Nie brną w śmiech, bo śmiech to grzech Flamandki nie mają zmysłu doń Tańczą wciąż, choć już sześć dych - Dostojny wiek, czas pokazać, że Dobrze jest, wnuki wyszły ci Jak chmiel i żyto w szkle Wszystkie spowite w czerń Jak Mnich, Eminencja Jej Co w klasztorze pędzi też Dziedziczą ją, jak tan ten Flamandki idą w tan, choć minęło lat sto A na sto lat musisz wykazać się Pokazać, że umiesz wychylić szkło Z chmielu i żyta, co utrzymało cię Idą w sto pas do przodków, w ten sam dzwon Co mnich, a nawet Ekscelencja, co Archiprezbitrem post mortem zrobili go I dlatego idą jeszcze raz w  ten tan, w to szkło Idą w tan, choć nie chce zgiąć się krzyż, Zdjąć się krzyż, ten wielki dzwon Wziąć ten krzyż, krzyż lżejszy niż Tan tan, tan ten po zgon Flamandki Flamandki Fla- Fla- Pa pa Pavluflon    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...