Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Właściwie to nie regulamin należało przeczytać. Przejrzyj może wszystkie działy ‘orga’, oprócz wskazanego przeze mnie Forum dyskusyjnego jest dział Tłumaczenia (już któryś z przedmówców Ci to sugerował) - nie lepsze to miejsca dla tego wiersza?
Ale wiadomo, to Twoja decyzja i nie mnie ją zmieniać.
Oskar, i żeby było jasne, ja Cię nie atakuję, wyrażam swoje zdanie, z którym wcale nie musisz się zgadzać.
Pozdrawiam

  • Odpowiedzi 152
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



fiem rze moje słofo nie wiele znaczy bo śie jokam na papieże... ale hwała ci za tego bokowskiego! powinno śie tu wiencej ómieszczać czegoś pożądnego inego bo śie morzna zastenchnąć... ja w karzdym razie nie daje jurz rady hyba śie stond skasóje a zapiszem do bibljoteki???
Opublikowano

Wiele w odczytywaniu dzieła zależy od kontekstu kulturowego. Był on inny dawno temu w Ameryce i inny jest we współczesnej Polsce. W czasach Bukowskiego (nawet w Polsce... - ale to nie do dyskusji) otaczała ludzi inna kultura popularna niż ta, która otacza nas. A jak zapewne wiecie, drodzy czytelnicy, pop jest tym morzem po którym żeglujemy i nurkujemy na codzień. Dawno, dawno temu była sztywność i trzymanie fasonu w telewizji, zakaz wulgaryzmów, ugładzone teksty w muzyce. W Polsce jakieś 10 lat temu niejaki "hakenbusz" czy jak tam się to pisze, śpewał w jednym ze swych najlajtowniejszych utworów: "...je...ł cię pies, jeb...ła cała wieś..." . Potem był i scyzoryk i cały ten hiphop, ze swoją mnogością poziomów. Obecnie porno jest wszędzie: w gazetach codziennych, w polityce, w internecie, reklamuje się na mojej poczcie. Więc gdy Bukowski wyskoczył z takim szokującym tekstem w swoje realia, to był nowatorski. Z upływem czasu, niestety, stał się ów tekst jedynie obleśny, jak Łyżwiński, zdezaktualizował się kompletnie. Zaszokować to on może na serwisie poetyckim, moderowanym tak, że gdyby umieścił go ktoś o pseudonimie np. hujek to trafiłby do kosza, ale już w koment. na onecie byłby niezauważony. No i 15 latką może się podobać, bunt, te sprawy, zeszmacenie się... mniejsza o to. Pozostało epatowanie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ponieważ ani afera Leppera, ani formuła 1 z kubica, to nie są w ogóle utwory literackie. Chociaż to nie jedyny powód, tomyślę, że wystarczający.

ależ skąd! to są utwory literackie!
Skoro Pan tak twierdzi...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wszystko inne? Dyskusja z uczuciami w roli argumentów nie może działać, bo są one nieweryfikowalne i wyglądać będzie tak:

- ja czuję, że to dobry wiersz

- ja, że zły

- ale ja czuję, że mam rację

- a ja że nie masz

- no to sobie podyskutowaliśmy...
Na ogół właśnie na tym polega dyskusja o sztuce! A jakie "wszystko inne" masz na myśli? Co to takiego?

To:
'link'
drugi przypadek
Acha. W takim razie zgadzam się z Tobą - liryka nie ma obowiązku być harmoniczną. Ale po co to piszesz? Ktoś mówił, że ma? Różne są cechy liryki, niekoniecznie akurat harmoniczność (chyba że w liryce japońskiej, nie wiem). Liryka musi różnić się od prozy, to na pewno. Ale niekoniecznie akurat harmonicznością.

A może bym się nawet zgodził, gdyby ten wiersz z samego dialogu się składał.
No przestań! Naprawdę uważasz, że kawałek niemądrej, wulgarnej narracji różni ten dialog od dialogów z filmów pornograficznych? No to po pierwsze: jesteś formalistą, a nie poetą! A po drugie: widziałam kilka pornusów, które jak najbardziej zawierały narrację - właśnie w takim stylu. Jedną z tych narracji pamiętam niemal dokładnie (a przynajmniej wstęp):

Johnny i siedem dziewcząt uratowali się z tonącego statku. Udało się im dopłynąć do bezludnej wyspy. Tam zamieszkali razem w jaskinii. Codziennie rano dziewczęta ustawiały się w kolejce do Jonny'ego i prosiły:
(DZIEWCZĘTA):
- Johnny, wyliż mi cipkę!
- Johnny, ja miałam dziś być pierwsza!
- Nieprawda! To mi obiecywałeś, że będę rano suczką!
- Johnny, dawno już mnie nie przeleciałeś!
- Chodź, Johnny, kotku, do swojej najlepszej kiciuni!
(JOHNNY z niechęcią):
- No dobrze, po kolei. Ustawcie się. Najpierw Mizzy, dalej będzie Kitty, później Cindy, Mandy, Blondy, za nią Kendy i na końcu Cippy. Dlatego, że wczoraj od niej zacząłem.
Tak było codziennie. Johnny stawał się coraz słabszy i wciąż bardziej wyczerpany. Ale mimo, że przeszukał wraz z dziewczętami całą wyspę i wysłał w butelkach listy na sąsiednie wysepki, niestety nie udało im się znaleźć żadnych innych mężczyzn, nawet jednego. Musiał więc zaspokajać coraz bardziej zdziczałe dziewczęta sam, nie miał wyboru.
Z czasem Johnny i dziewczęta - aby zapobiegać codziennym kłótniom i bijatykom - zaczęli wymyślać nowe pozycje, w których coraz więcej partnerek mogło uczestniczyć równocześnie.
(W TLE - POKAZ RÓŻNORODNYCH POZYCJI SEKSUALNYCH JOHNNY'EGO Z CORAZ WIĘKSZĄ LICZBĄ DZIEWCZĄT RÓWNOCZEŚNIE).


I tak dalej.
Powiedz mi, Oskarze: czy powyższy dialog z narracją - to jest wiersz? Czy to peele i sytuacja liryczna? Czy też jest to za mało "turpe" i "niekonwencjonalne"?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wszystko inne? Dyskusja z uczuciami w roli argumentów nie może działać, bo są one nieweryfikowalne i wyglądać będzie tak:

- ja czuję, że to dobry wiersz

- ja, że zły

- ale ja czuję, że mam rację

- a ja że nie masz

- no to sobie podyskutowaliśmy...
Na ogół właśnie na tym polega dyskusja o sztuce! A jakie "wszystko inne" masz na myśli? Co to takiego?

To:
'link'
drugi przypadek
Acha. W takim razie zgadzam się z Tobą - liryka nie ma obowiązku być harmoniczną. Ale po co to piszesz? Ktoś mówił, że ma? Różne są cechy liryki, niekoniecznie akurat harmoniczność (chyba że w liryce japońskiej, nie wiem). Liryka musi różnić się od prozy, to na pewno. Ale niekoniecznie akurat harmonicznością.

A może bym się nawet zgodził, gdyby ten wiersz z samego dialogu się składał.
No przestań! Naprawdę uważasz, że kawałek niemądrej, wulgarnej narracji różni ten dialog od dialogów z filmów pornograficznych? No to po pierwsze: jesteś formalistą, a nie poetą! A po drugie: widziałam kilka pornusów, które jak najbardziej zawierały narrację - właśnie w takim stylu. Jedną z tych narracji pamiętam niemal dokładnie (a przynajmniej wstęp):

Johnny i siedem dziewcząt uratowali się z tonącego statku. Udało się im dopłynąć do bezludnej wyspy. Tam zamieszkali razem w jaskinii. Codziennie rano dziewczęta ustawiały się w kolejce do Jonny'ego i prosiły:
(DZIEWCZĘTA):
- Johnny, wyliż mi cipkę!
- Johnny, ja miałam dziś być pierwsza!
- Nieprawda! To mi obiecywałeś, że będę rano suczką!
- Johnny, dawno już mnie nie przeleciałeś!
- Chodź, Johnny, kotku, do swojej najlepszej kiciuni!
(JOHNNY z niechęcią):
- No dobrze, po kolei. Ustawcie się. Najpierw Mizzy, dalej będzie Kitty, później Cindy, Mandy, Blondy, za nią Kendy i na końcu Cippy. Dlatego, że wczoraj od niej zacząłem.
Tak było codziennie. Johnny stawał się coraz słabszy i wciąż bardziej wyczerpany. Ale mimo, że przeszukał wraz z dziewczętami całą wyspę i wysłał w butelkach listy na sąsiednie wysepki, niestety nie udało im się znaleźć żadnych innych mężczyzn, nawet jednego. Musiał więc zaspokajać coraz bardziej zdziczałe dziewczęta sam, nie miał wyboru.
Z czasem Johnny i dziewczęta - aby zapobiegać codziennym kłótniom i bijatykom - zaczęli wymyślać nowe pozycje, w których coraz więcej partnerek mogło uczestniczyć równocześnie.
(W TLE - POKAZ RÓŻNORODNYCH POZYCJI SEKSUALNYCH JOHNNY'EGO Z CORAZ WIĘKSZĄ LICZBĄ DZIEWCZĄT RÓWNOCZEŚNIE).


I tak dalej.
Powiedz mi, Oskarze: czy powyższy dialog z narracją - to jest wiersz? Czy to peele i sytuacja liryczna? Czy też jest to za mało "turpe" i "niekonwencjonalne"?
Tutaj nie ma peela, tutaj nie ma refleksji - w tym tkwi roznica od strony formalnej.

Pisze o harmonii, bo jedną z jej odmian są własności fonetyczne haiku. ale ja też od tego nie jestem specem:P

Jeśli na tym ma polegać dyskusja o sztuce, do mnie proszę z niej wyłączyć i nie rozpowiadać, że ja o niej dyskutuje, bo będzie mi wstyd.

Może polegać na konkretyzacji, argumentatywności popartej wiedzą z jej teorii na przykład.

Może też polegać na utwierdzeniu w przekonaniu, że ma się rację i ma się na nią monopol i że oczywiste jest oczywiste:), jak robi to oyey.
Opublikowano

Kurcze, miałem nie wnikać, bo sam tekst jest dość męczący i rzeczywiście przypomina efekt specjalny z filmów o spidermanie. Ale - jeżeli jest, to znakiem tego, że funkcjonuje właśnie jako tekst literacki - w tym wypadku poezja. I teraz pytanie - czy walka trwa z twórcą wiersza, czy z jego tłumaczem. Bo jeżeli nikt nie zna oryginału to jest to swoisty paradoks, bo do końca nie wiadomo, czy ten utwór jest dobrze przetłumaczony, czy nie. Co do działu - tutaj tez nie widzę większych problemów, bo nawet, jeżeli to jest gniot, to jeden z wielu gniotów, który zasrywa ten dział. A niektórzy to działają jak sraczka - co tydzień jeden drzyzg i to od hohohohoho i trochę. I jeszcze są pewni, że są cudowni i niepowtarzalni.

Czyli te dwa fikcyjne problemy odpadają, zostaje ostatni i najważniejszy - sam tekst. A jest on doskonałym przykładem na to, że takie treści mają odbiorców, co widać po morzu opinii i może pod tym kątem sprzedają się na świecie. Nie mnie to oceniać, ja za to nie płace, jednak warto rozmawiać nie kto i po co wkleja, tylko o czym to jest. O degradacji? To chyba w purytańskiej parafiańszczyźnie, bo albo szanowni czytelnicy wieczorami siedzą w domach, albo oglądają Tele 5 po 23 i mają takie pojęcie o stosunkach między ludźmi, jak to sobie telewizorek wyczaruje. W tym wypadku o tym, co się dzieje między podmiotem lirycznym a jego tzw. bohaterem lirycznym zachodzi analogiczna sytuacja co do wyobrażeń o całej rzece tematów o miłości - podmiot mówi - ty chcesz pięknej miłości, ja mam gówno, bo tylko na tyle na stać. I mam wrażenie, że to jest właśnie celna i szczera myśl. Nie każdego stać na bycie księciem z bajki, co najczęściej kończy się rozwodem i reklamą z solą, chociaż o tym raczej nie wypada pisać, bo to nie poezja. I jest to w dalekiej interpretacji uderzenie właśnie w strefę sacrum stwora, co się nazywa "poezja liryczna", cios w naciągaczy, którzy tworzą sztuczność i tych, którzy tą sztuczność mają za "poezje" (co bardzo wyraźnie jest nawet tutaj, daleko nie trzeba szukać) i wreszcie - o tejże miłości.
A czy to jest porno? Nie. Nie ma takich podstaw, a nawet jeśli, to poezja porno tez ma racje bytu. Był Sade, był Masoch, nie wiem, kto tam jeszcze był, ale pisanie o wierszu, że nie jest wierszem to typowa postawa obronna - nie wiem, jak ugryźć, to ciachnę byle jak i już mam super tezę. Byle jak, byle było.
A czy to jest dobry wiersz? Wg mnie okropny właśnie przez wulgarność i widoczną, chęć prowokacji (chociaż jest to część kultury, w której, z czego się orientuje nawet faszyzm może być propagowany, bo w Ameryce każdy pogląd jest uznawany przez tzw. wolność słowa), co rzeczywiście dzisiaj trąci już myszka. Pan Włodzimierz pisał o Huckenbushu, ale tzw. wulgarne piosenki padały znacznie wcześniej i artyści ponosili za to odpowiednie sankcje. Z tego, co się orientuje, Huckenbush był w tych latach, co już nie karano za takie piosenki (zresztą w latach 90 przyśpiewek wiejskich było na kopy, a pierwszy "oficjalny" Huckenbush pojawił sie w "Fali" w latach 90 - tych)
Przekład jest dobry na pewno. Choćby do dyskusji.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Różnica między poezją a prozą? Jesteś w błędzie. Istnienie peela i refleksji nie czyni jeszcze poezji: w prozie jak najbardziej istnieją refleksje i jest peel, nazywany bohaterem lub narratorem (zasadnicza różnica jest tylko w nazwie).
Jakaż to refleksja zawarta jest w tekście, który przetłumaczyłeś? Bo jeśli chodzi o ten banał, że człowieka się kocha z jego biologicznością i wadami, to jest to zbyt płytkie, żeby zdecydowało o zakwalifikowaniu tekstu do prozy artystycznej czy (tym bardziej) do poezji. W "moim" tekście też jest refleksja, nie mniej "głęboka": że popęd seksualny jest jedną z najsilniejszych potrzeb psychicznych osobników naszego gatunku, paradoksalnie wzmagającą się w sytuacjach ekstremalnych, kiedy zagrożone jest życie i/lub zdrowie ludzi.

Nareszcie się wydało. Nie umiesz dyskutować, ale można się tego nauczyć. Nie będę rozpowiadać, bądź spokojny, ne chcę Ci robić wstydu.

A nie polega?
Czy Twoim zdaniem odbiór dzieła sztuki to tylko "zimna" ocena teoretyczna? To się tak da w ogóle? Zastanów się!
Moim zdaniem nie sposób odczytać dzieła sztuki czysto "teoretycznie", jak bada się prawa fizyki na przykład. Zawsze [u]zasadniczym[/u] elementem odbioru sztuki jest jej [u]przeżycie[/u]. Dlatego dyskusja o sztuce jest dyskusją o przeżyciach, o gustach, o wrażeniach, o subiektywnych odczytaniach dzieł. I tylko czasami - czasami! - można wytknąć autorowi bezdyskusyjne błędy (np. poecie - gramatyczne czy ortograficzne, czy logiczne, czy też w klasycznych utworach - formalne). Ale nieczęsto tak bywa.

Chyba się nie kapnąłeś, że Dr Oyey podkpiwa sobie nie tylko z Ciebie (bo uważasz, że masz RACJĘ i monopol na nią), ale i z siebie samego (właśnie za to go lubię).
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Podobnie jak poezja disco polo lub poezja hip hop. Zresztą te dwa kierunki poezji są bardziej poetyczne niż ta tutaj "poezja porno".

To jest i tak mniej "obronne" i bardziej eleganckie, niż ciachnięcie w stylu: "To nie wiersz, tylko śmierdząca kupa".
Ale w tym przypadku wyjątkowo tak odczuwam. Dla mnie tekst, który traktuje o lizaniu odbytów, gównach i pierdach, i używa tych rzeczy jako metafory miłości, nie jest niczym innym, jak tylko właśnie śmierdzącą kupą.
A dlaczego to postawa obronna? Przed czym niby?
Dla mnie po prostu jedne teksty wierszami są, a inne nie są. Myślę, że dla Ciebie również. Dla każdego chyba.

O tak. To na pewno. I bardzo dobrze. :-)
Opublikowano

Najlepszy wiersz miłosny, jaki mogę w tej chwili napisać (Ch.B.)

- Słuchaj – powiedziałem do niej – mogłabyś wcisnąć język w mój odbyt?
- Nie – odpowiedziała a ja na to – Jeśli najpierw ja wcisnę swój język w twoją dupę,
czy wtedy ty poliżesz moją?
- W porządku – powiedziała
Mam więc głowę tam na dole i rozglądam się. Rozwieram pośladki.
Język suwam do przodu.
- Nie tam – mówi zdziwiona – nie tam! To nie to miejsce!

Wy kobiety macie więcej dziur, niż szwajcarski ser.

- Nie chcę żebyś tak robił!
- Czemu?
- Cóż... potem ja będę się musiała zrewanżować, a wtedy ty, na następnej imprezie
będziesz się chwalił wszystkim, jak to lizałam twój odbyt.
- Załóżmy, że obiecam nikomu nie mówić?


- Upijesz się... powiesz.

- No dobrze – powiedziałem – obróć się. Wcisnę go w to drugie miejsce.
Obróciła się i wsadziłem język w to drugie miejsce.
Miłowaliśmy się.
Miłowaliśmy się – proszę o wybaczenie – Miłowaliśmy się z wyłączeniem tego, co zwykłem
nazywać wyjątkami. Nie kochaliśmy się z naszymi odbytnicami.

Ona teraz chce, żebym napisał wiersz miłosny.
Ale ja myślę, że jeśli ludzie nie potrafią pokochać swoich odbytów i pierdów i swojego gówna
i wstydliwych części tak samo, jak kochają miejsca dumne, to
nie jest to całkowita miłość.

Więc tak daleko jak sięga miłosny wiersz, dalej my nie sięgamy.

Ten wiersz będzie musiał jej wystarczyć.

Charles Bukowski z "Poems and insults" (1973)
przeł. z ang. Oscar Dziki

Ostatnio edytowany przez Oscar Dziki (2007-08-05 22:12:04)




Dnia: 2007-08-03 22:43:07, napisał(a): Oscar Dziki
"Nie znoszę cytatów"-Oscar Dziki

Komentarzy: 2394

Wiem: jestem okropny


Pan nie jest okropny, tylko głupi, ten "wiersz" to zwyczajna kawa na ławę, chłam pełen wulgarności, brak w nim wzniosłej idei, ducha prawdziwej poezji.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Heh. To może przynajmniej okropnie głupi? Ale mnie się podoba taki melanż: tu niby "Pan" a zaraz "głupi". Tak, w wierszu brak wzniosłej idei, ale pomyślałem, że Pan już takie cuda ze wzniosłymi ideami porobił, że ja nie muszę się ich dotykać:)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Różnica między poezją a prozą? Jesteś w błędzie. Istnienie peela i refleksji nie czyni jeszcze poezji: w prozie jak najbardziej istnieją refleksje i jest peel, nazywany bohaterem lub narratorem (zasadnicza różnica jest tylko w nazwie).
Jakaż to refleksja zawarta jest w tekście, który przetłumaczyłeś? Bo jeśli chodzi o ten banał, że człowieka się kocha z jego biologicznością i wadami, to jest to zbyt płytkie, żeby zdecydowało o zakwalifikowaniu tekstu do prozy artystycznej czy (tym bardziej) do poezji. W "moim" tekście też jest refleksja, nie mniej "głęboka": że popęd seksualny jest jedną z najsilniejszych potrzeb psychicznych osobników naszego gatunku, paradoksalnie wzmagającą się w sytuacjach ekstremalnych, kiedy zagrożone jest życie i/lub zdrowie ludzi.

Nareszcie się wydało. Nie umiesz dyskutować, ale można się tego nauczyć. Nie będę rozpowiadać, bądź spokojny, ne chcę Ci robić wstydu.

A nie polega?
Czy Twoim zdaniem odbiór dzieła sztuki to tylko "zimna" ocena teoretyczna? To się tak da w ogóle? Zastanów się!
Moim zdaniem nie sposób odczytać dzieła sztuki czysto "teoretycznie", jak bada się prawa fizyki na przykład. Zawsze [u]zasadniczym[/u] elementem odbioru sztuki jest jej [u]przeżycie[/u]. Dlatego dyskusja o sztuce jest dyskusją o przeżyciach, o gustach, o wrażeniach, o subiektywnych odczytaniach dzieł. I tylko czasami - czasami! - można wytknąć autorowi bezdyskusyjne błędy (np. poecie - gramatyczne czy ortograficzne, czy logiczne, czy też w klasycznych utworach - formalne). Ale nieczęsto tak bywa.

Chyba się nie kapnąłeś, że Dr Oyey podkpiwa sobie nie tylko z Ciebie (bo uważasz, że masz RACJĘ i monopol na nią), ale i z siebie samego (właśnie za to go lubię).
Nie chce mi się już dziś tego czytać. Może jutro.
Opublikowano

zajrzałam dopiero teraz:)
czytałam kilka jego tekstów - nie cacka się. ale i umie wciągnąc kiedy opowiada.

rozbawiła mnie kiedyś jego wypowiedź o kobietach "Nazywam je maszynkami do narzekania. Dla nich z facetem nic nigdy nie jest w porządku. Człowieku, kiedy jeszcze dorzucisz do tego tę histerię... zapomnij. Muszę wtedy wyjść, wsiąść w samochód i jechać. Dokądkolwiek. Wpaść gdzieś na filiżankę kawy. Gdziekolwiek. Cokolwiek, byle nie jeszcze jedna kobieta. Chyba są po prostu inaczej zbudowane, co? " - ma rację. ale i tak myślę, że jest świnią.


co do twojego tłumaczenia (pewnie dobre), jeśli chodzi o sam tekst - nie kręci mnie, co nie znaczy, że nie uśmiechnęłam się raz, czy dwa;).

serdecznie pozdrawiam
Lenka

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jeśli Twoim zdaniem peela nazywamy narratorem, to my chyba nie mamy o czym rozmawiać na polu lit..

Aha. No to Ty przeżyłaś, że to nie jest wiersz, a ja nie będę z tym polemizował. Ja tam o gustach gadał nie będę. Po co? Za dużo czytałem profesjonalnych krytyk i polemik literackich, przez co jakoś przywykłem do prób obiektywizacji argumentów i unikania subiektywności.

Wow! A czy on wie że niecelnie? Fajnie, że wiecie co uważam, nawet przede mną. A wiecie już może na kogo będę głosował w kolejnych wyborach? Zaoszczędźcie mi rozterek proszę:) To teraz jak już zdemaskowaliśmy ten żarcik, to napisze coś do rzeczy?

Męczy mnie juz ta rozmowa. Nic nowego w niej się nie wydarzy. Wy macie wiedzę wewnętrzną, a ja się jakoś nie mogę do niej przekonać...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...