Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Odkochałem się w jednej chwili.Błyskawicznie. Jak dziś pamiętam ten szary, wiosenny dzień.

Wszystko zaczęło się pół roku wcześniej, późną jesienią.

Tak jak każdego dnia, snuliśmy się z kumplem z ulicy na ulicę, od sklepu do sklepu, od baru do baru.
Knajpy zapchane do granic możliwości, rozpierał dym papierosów i gromki śmiech panienek ze szkół średnich. Szkoła jest nudna, wiadomo.

- Zostajemy tu? - zapytał Rex z miną, jakby przegryzł cytrynę.
Spuściłem wzrok z wyświetlacza telefonu, w którego pamięci odnalazłem wielce zagadkowe sms-y z soboty i rozejrzałem się dookoła.
- Ok. Siadamy przy barze... Fajna barmanka - stwierdziłem i schowałem do kieszeni komórkę.
Rozsiedliśmy się na wysokich, mało wygodnych hockerach i wlepiliśmy wzrok w kolorowe butelki drogich alkoholi. Nowa barmanka wyglądała co najmniej tak atrakcyjnie, jak Johnnie Walker Black Label .
Bez pośpiechu nalewała piwo jakiemuś klientowi i z uśmiechem Mona Lisy przyglądała się Rexowi.
Miała na sobie białą, obcisłą bluzeczkę, a pod nią,kształtne piersi z sutkami tak ją wypychającymi, jakby chciały spod niej wystrzelić. Ten widok wywołałby grzeszne myśli, chyba nawet u zakonnika. Wreszcie podeszła.
- Co dla was? - zapytała.
- Dwa Żywce na początek - poprosił mój towarzysz.
- A może na początek zapłaciłbyś kreskę? - zapytała grzecznie, lecz stanowczo.
- Jaką kreskę!? - rzucił zdziwiony Rex.
- Pięćdziesiąt sześć złotych - wyjaśniła otwierając zeszyt dług?. - Ze soboty - dodała.
- Ty chyba jesteś jebnięta! - krzyknął Rex tak głośno, że słyszeli z pewnością wszyscy przy barze. - Chodź, idziemy stąd - zwrócił się do mnie. Stał już na nogach i poprawiał kurtkę.
Do drzwi na szczęście nie było daleko, więc nie musieliśmy długo słuchać stękań barmanki.

- Byłeś tu w sobotę? - zapytałem już na ulicy.
- Coś ty! Byłem w Manieczkach - wyjaśnił dość przekonywająco. - No chyba, że nad ranem - dodał po chwili.
- Ha ha ha...


Ruszyliśmy w stronę deptaku. O tej porze bywało tam ciekawie. Młodzież akurat wypryskała ze szkół i jak rwąca rzeka przelewała się w dół, w stronę rynku i PKS-u.
Czasem w tej szarej masie ludzi wprawne oko "rybaka", potrafiło dojrzeć całkiem zdrowe "rybki". Welony, bojowniki, skalary, gupiki i wiele innych gatunków o przeróżnych kolorach, kształtach, zapachach i smakach. Nie ważne, że łowiliśmy daleko od tropików, w krainie, gdzie nie ujrzysz lazurowych plaż i koralowych raf. To właśnie tu znajdowaliśmy przepiękne okazy. Najpiękniejsze pod słońcem.
Już sam ich widok sprawiał nam wiele radości, ale oczywiście samym patrzeniem się człowiek nie naje. Dlatego uważnie wypatrywaliśmy tak zwanych "złotych rybek". Te, jak wiadomo, chętnie spełniają życzenia.

Wtedy ujrzałem JĄ. Dzieliło nas grubo ponad pięćdziesiąt kroków, ale już wtedy wiedziałem, że mam do czynienia z niecodziennym zjawiskiem.
Szła z dwiema koleżankami po bokach. Obracała głowę to do jednej, to do drugiej i zarzucała, jasnymi jak słońce w południe, długimi włosami.
W towarzystwie swoich co najmniej mało urodziwych koleżanek, wyglądała jak istota z innej planety. Jaśniała niczym brylant na szarym tle i to nie z powodu włosów, czy ubrania, ale przez jakiś dziwny, wewnętrzny blask.

Była coraz bliżej. Musiała poczuć mój wzrok na sobie, bo urwał jej się temat z koleżankami i spojrzała prosto na mnie. W oczy. Uśmiechnąłem się odruchowo, bo nigdy nie byłem najlepszy w zabawie "kto dłużej wytrzyma bez śmiania się".
Ona też uśmiechnęła się lekko.
- Znasz ją? - zapytał Rex, kiedy minęły nas dziewczyny.
- Nie - odpowiedziałem, odwracając głowę za siebie, żeby jeszcze raz przyjrzeć się zjawisku z innej perspektywy. Zmierzyłem łydki, uda i tyłeczek. Ten, zawsze był dla mnie najważniejszy. Dużo ważniejszy niż charakter, kiedy w grę wchodził jedynie przelotny romans.
- Niezła dupa - stwierdził kumpel.
Miał absolutną rację.


Z Kasią spotykałem się już od roku. Śliczna brunetka, której zalety mógłbym wymieniać godzinami. Jej jedyną wadą, były niewielkie piersi. Innych minusów nie stwierdzałem. I co z tego? Co pomógłby jej nawet najwspanialszy biust? To nie piersi Kasi były naszym problemem. Ten siedział we mnie. Syndrom wiecznie głodnego samca - o tym mówię.
Jak chodziłem z brunetką, rozglądałem się za blondynkami.Kiedy chodziłem z blondynką, napalałem się na czarnulki. Gdy byłem z cycatą, szukałem takiej z małymi, a jak już ją miałem, znów śliniłem się na tamte. Przeklęta skaza charakteru! Może to dlatego, że w młodości miałem za mało miłości? Może za mało byłem bity? Nie ważne. Nikogo za to nie winię i w ogóle nie warto o tym rozmyślać, bo i po co? I tak nic już tego nie zmieni. Jestem jak kogut, który nie wejdzie drugi raz na tę samą kurę, dopóki nie obskoczy całego kurnika. Dokładnie tak.

Kasia, jak można się łatwo domyślić, od samego początku nie miała ze mną łatwo. Stale podejrzewała, że ją zdradzam na prawo i lewo, ale było znośnie, bo nie wiedziała tego na sto procent. Dziewczyny mogą podejrzewać i żyje im się z tym całkiem dobrze, ale pewności mieć nie lubią.


Nadeszła zima. Mroźna zima. W dni powszednie rozgrzewałem się Kasią i marihuaną, a w weekendy chemią i innymi panienkami.
Blondynkę widywałem najczęściej na początku tygodnia, czyli wtedy kiedy moja forma intelektualna, była bliska dna.
Nie miałem odwagi podejść do niej w taki dzień. Zresztą chyba żaden nie był dobry. Jestem stworzeniem nocnym.Księżyc dodaje mi mocy. Wtedy jestem zdolny do rzeczy niemożliwych, dla zwykłego śmiertelnika - nadludzkich wyczynów, podbojów... O wschodzie słońca czar pryska. Byłbym w stanie zaprzedać duszę diabłu, gdyby potrafił on rozciągnąć ciemności na całą dobę.
Blondyna uśmiechała się do mnie, przy każdym naszym spotkaniu i to coraz piękniej. Chyba tylko ślepy nie zauważyłby, że coś między nami iskrzy. A iskrzyło z całą pewnością, ale ja nie mogłem, nie potrafiłem do niej podejść!
Nie jestem nieśmiały, nigdy nie miałem większych oporów w kontaktach z dziewczynami, ale przy niej dopadał mnie jakiś dziwny paraliż! Doprowadzało mnie to do szału, tym bardziej, że koledzy szybko zauważyli, te żałosne, dziecinne podchody.
Opowiadali czego to, by nie zrobili z nią na moim miejscu. Gdzie, w jakiej pozycji i jakby jej się to podobało. Byłem wściekły! Jakby na to nie patrzeć - podważali moją męskość i odwagę. Ale nie to było w tym wszystkim najgorsze, ale to, że mówili o niej w taki sposób. Mówili o niej, jak o kimś zwyczajnym!
Czy nie dostrzegali, że jest inna!? Czy nie rozumieli, że tak nie wolno!? Według mnie za każdym razem, kiedy używali tych sprośności, profanowali istotę świętą. Do cholery! Oni bezcześcili ikonę!
Byłem gotowy walczyć z nimi na słowa, a nawet na pięści, lecz hamowałem swój gniew - z trudem, ale hamowałem.
Może oni zachowują się normalnie, a to mi odbija? - myślałem czasem.

Często myślałem o niej przed snem. Przypominałem sobie jej oczy, uśmiech, wyobrażałem sobie jej zapach... Wielokrotnie rozbierałem w myślach, ale nigdy, przenigdy do naga. Przecież to byłoby tak, jakbym rozbierał Matkę Boską!
Naprawdę nie wiem, czy nie dałbym plamy, gdyby kiedykolwiek dane mi, było zostać z nią w pokoju, sam na sam.

Z dnia na dzień interesowałem się nią coraz to bardziej. Powoli stawała się moją obsesją obsesją.
Sprawdziłem gdzie się uczy, dowiedziałem się, jak ma na imię, gdzie mieszka... Niemal każdego dnia, czaiłem się przy PKS-ach z przygotowanym wcześniej monologiem, kilkoma wersjami dialogu (w zależności od tego jak zareaguje) i mocnym postanowieniem: "Dziś idę śmiało!".
Skoro tylko pojawiała się na horyzoncie, serce zaczynało mi walić jak wściekłe, a wyćwiczona wcześniej kwestia, znikała w jednej chwili tak skutecznie, że zostawał tylko początek o treści: "Cześć" - i wielkie NIC.
Oczywiście "cześć" to o wiele za mało, żeby zrobić na pięknej kobiecie wrażenie. Doskonale wiedziałem, że pierwsze wrażenie jest szalenie ważne, ale w tym przypadku chyba, aż nadto się tym przejąłem.
Swoją pierwszą dziewczynę uderzyłem z głowy w nos na szkolnym korytarzu tak, że niemal się przewróciła, a mimo to narodziła się między nami miłość, która trwała, aż dwa lata. Pierwsze wrażenie zwaliło ją co prawda z nóg, jednak z całą pewnością nie było najlepsze.

Gdyby tak choć raz moja piękność się potknęła i przewróciła, to podbiegłbym i pomógł jej wstać. To byłby niezły początek. - myślałem. Jak na złość ona stąpała pewnie na swoich obłędnie zgrabnych nogach. Codziennie obserwowałem, jak znikają one na schodkach autobusu, który chwilę później odjeżdżał w siną dal.
Wtedy paraliż ustępował jak ręką odjął i mogłem wrócić do domu - zrezygnowany i pokonany.
W momentach ciężkiej desperacji myślałem nawet, żeby podbiec do niej i przyłożyć jej z główki i to nie niechcący, jak tamtej dziesięć lat temu, ale z prawdziwą premedytacją. Naprawdę zaczynało mi odbijać.
Pewien "mędrzec", widząc moje męczarnie podzielił się ze mną złotą myślą: "Pamiętaj, że nawet najpiękniejsza kobieta puszcza bąki i robi kupę."
Nawet to nie pomogło. Miłość to choroba - ciężka psychiczna dolegliwość. Są na szczęście na nią lekarstwa. Działają szybko, piorunująco. Wkrótce miałem się o tym przekonać.


Postanowiłem wziąć ją innym sposobem - na auto. Krążyłem gablotą po mieście - przy dworcu autobusowym, przed jej szkołą... Wyraźnie jej się to spodobało. Miałem nadzieję, że uda mi się kiedyś zatrzymać koło niej, opuścić szybę i wycedzić kozackie: "Hej. Podwieźć Cię?".
Jak na złość obiekt moich marzeń, zawsze chodził w towarzystwie, dwóch brzydkich jak noc przyzwoitek. Dlatego przestałem kursować.
Doszedłem też do wniosku, że "auto-szpan" na dłuższą metę nie ma sensu. Przecież, nawet gdybym codziennie jeździł nową furą, to ona i tak już szerzej nie mogła się uśmiechać. Choćby dlatego, że anatomia ust na to nie pozwala. Wiedziałem, że wszystko w niej krzyczy: "TAK, CHODŹ DO MNIE!".
Na co więc czekałem? Na co liczyłem? Chyba na to, że to ona pierwsza podejdzie! Zrozumiałe, że nie podeszła. Taka dziewczyna jak ona może przecież mieć każdego na skinienie palca. Ba, nawet tym palcem nie potrzebuje kiwać. Za sam uśmiech, nie jeden zrobiłby dla niej wszystko. Ja wskoczyłbym nawet w ogień.
Zdawałem sobie sprawę, że wszystko mi się w głowie pochrzaniło. Wcześniej żadna kobieta nie zmusiła mnie do większych wyrzeczeń, czy poświęceń. Teraz byłem gotowy klęczeć, tarzać się, pełzać...
Sprawa nie miała precedensu w całej historii mojego beztroskiego życia. Jakby na to nie patrzeć, w tej bajce to "rybak" wpadł w sieć "złotej rybki" i co gorsza, chętnie spełniłby nie trzy, a wszystkie jej życzenia, gdyby tylko zgodziła się, nigdy nie wypuszczać go ze swych sideł.

Musiałem w końcu coś zrobić. Jakikolwiek krok. Takie zawieszenie pomiędzy "tak", a "nie" ciągnęło się już o wiele za długo. Wiedziałem, że najrozsądniej, byłoby dać sobie z nią spokój. Miałem przecież dziewczynę. Kasia była wspaniała i dopóki nie pojawiła się blondynka, żyło mi się z "Kicią" bezstresowo, wesoło i luksusowo.
Przy całej masie swych zalet była też nadzwyczaj tolerancyjna. Jak żadna. Przymykała oczy na wiele spraw - nawet na moje weekendowe harce. Zdawała sobie przecież sprawę, ile chętnych panienek kręci się w dyskotekach. Doskonale wiedziała też, że nie należę do tych facetów, którzy odmawiają takim dziewczynom - zwłaszcza jeśli w dodatku są ładne. Ja nie odmawiałem nigdy. Przecież to niegrzecznie odmawiać potrzebującej kobiecie.
Która dziewczyna, poza Kasią, potrafiłaby się z tym pogodzić?
Gdyby nie "Blondie", żyłbym z moją dziewczyną długo, szczęśliwie i kto wie, czy nie do końca życia, bo wydawała się wymarzonym wręcz "materiałem" na żonę!
Potrafiła nieźle gotować, sprzątała (nawet w moim pokoju), kochała dzieci, kochała się kochać... Przed Kasią miałem wiele dziewczyn, ale tamte tak naprawdę, dobrze to umiały tylko malować paznokcie, oczy i usta. Kasia malowała tylko paznokcie, ale i tak przebijała wszystkie urodą. Nie ma ideałów? No może i nie ma. Cycki miała stanowczo za małe. Ale czy to mogłoby stanąć nam na drodze do szczęścia? Oczywiście, że nie!
Prawdziwym problemem, było tylko i wyłącznie moje chore uczucie do innej - prawdopodobnie także nie potrafiącej nic poza wyglądaniem.
Musiałem sprawę szybko i jak najkorzystniej zamknąć. Wymyśliłem trzy rozwiązania:

1. spróbować poruszać się po mieście tak, aby jej nie widywać i żywić nadzieję, że powoli mi przejdzie.
2. przełamać się, poznać ją, przelecieć, stwierdzić, że nic nadzwyczajnego i uwolniony od balastu żyć dalej z Kasią.
3. skonstruować trójkąt - Nie byłem pewien, czy Kasi spodobałoby się poszerzenie horyzontów, ale prawdopodobnie zgodziłaby się pod groźbą szantażu. Nie wykluczone, że wreszcie spodobałoby się to i jej, i "nowej".

Nie zdążyłem wcielić żadnego z trzech planów w życie, bo oto pojawiła się czwarta opcja, jakby samoistnie. Kończyła się zima. Ani zimno, ani ciepło. Na chodnikach ni to śnieg, ni to woda, słońce nijakie - ani białe, jak w zimie, ani żółte, jak latem. Skoro, "ani na sanki, ani popływać", zaczęliśmy jarać. Paliliśmy osiem dni w tygodniu, do rzeczywistości wracając dwa razy przez cały miesiąc. Pierwszy raz, jak policja zabrała nam samochód na parking strzeżony - za alkohol w wydychanym dymie, a drugi raz, jak pożyczonym autem wjechaliśmy w drzewo. Zresztą nawet wówczas stwierdziliśmy, że to drzewo w nas uderzyło pierwsze.
W takich okolicznościach prawie zapomniałem o niej.


Wszystko wróciło wraz z nadejściem wiosny. Na bulwarze prowadzącym do PKS-ów, jak kwiaty po deszczu wyrosły kolorowe parasole ze wszystkich polskich browarów i rozbrzmiała muzyka.
W tę i z powrotem spacerowały młode dziewczyny w przewiewnych sukienkach, uradowane, że wreszcie mogą pochwalić się rozkwitającą w nich kobiecością. Trudno było oprzeć się urokowi tej ulicy. Ja nie potrafiłem.
Przesiadywaliśmy tam każdej wiosny i mierzyliśmy śmigające panienki, czasem oceniając na punkty. Dziewczyny szybko odkrywały, że są obserwowane przez przystojnych jurorów. Zaczynały malować się, inwestować w ciuchy, fryzjerów, kosmetyczki... Ulica Rynkowa od południa do trzeciej godziny, zmieniała się w Aleję Gwiazd, niczym w Cannes. Z tą różnicą, że we Francji gwiazdy ogląda się przez jeden dzień, a na Pomorzu przez całą wiosnę.


Tego dnia siedziałem pod parasolem sam. Był poniedziałek. Piękna pogoda. Bezchmurne niebo przecinała tylko biała smuga odrzutowca Warszawa - Gdańsk.
Niewiele w sumie jeszcze działo, ale powoli zaczynał się desant ze szkół.
- Siemka czarnuchu! - usłyszałem.
Podniosłem wzrok znad miesięcznika "Laif". Po drugiej stronie niskiego płotka stał Jacek "Gruby" i Arek "Pies". Arek to stary imprezowy kumpel. Skąd ten pseudonim? Czy od nazwiska, czy od stylu życia? Nie wiem, nigdy nie wnikałem. A co do Jacka, to pochodzenie jego ksywki, nie jest tajemnicą chyba nawet dla idioty.
- Siema, wskakujcie - wskazałem krzesła.
Pokonali plot (Gruby ze sporym trudem). Przywitali się ze mną tym swoim, śmiesznym, murzyńskim sposobem (kolejności ruchów ręką chyba nigdy nie zapamiętam) i rozsiedli się wygodnie w plastikowych krzesłach.
Zaczęła się nawijka:
- Chyba pół roku ciebie nie widziałem - trochę przesadził, ale faktycznie minęło sporo czasu. - Musimy wyruszyć na jakieś dupeczki, jak kiedyś - dodał wyciągając paczkę L&M-ów.
- No raczej - odparłem.
- A gdzie teraz imprezujesz? Byłeś gdzieś w sobotę? - spytał odpalając papierosa.
- W Terminalu. Jak co tydzień.
- Pierdolić Terminal! Kiedyś też tam jeździłem z Rexem. Terminal, Ekwador, Odyseja... do porzygania! Znudziło mi się.
- Taa? I co teraz?
- Teraz? Wioski bracie. Na tych "techniawach" jest ok, ale jak się grubo naćpasz. A ile można? - i tu mnie zaskoczył, bo co jak co, ale nie spodziewałem się, że z jego ust usłyszę kampanię antynarkotykową.
- Wioski!? - roześmiałem się. - I co? Tańczysz w kółeczku przy disco-polo?
- Ej, nie jest tak źle. Za disco-polo to bym osobiście DJ-a zastrzelił. Słuchaj, muzyka jest pojebana... fakt, ale za to jakie towary tam się kręcą! I wszystkie najebane - winem i piwem. Zero dragów. Jedyni naćpani, to ja z Grubym. Mam ci tłumaczyć co robi alkohol z dupami?
- Hmm.
- No to ci wytłumaczę. W Terminalu wszystkie są tak nafaszerowane, że nawet jakbyś im fujarę przystawił do nosa, to i tak jej nie dostrzegą przez te ciemne okulary. - Wytłumaczył dość obrazowo. Przebarwił, ale musiałem przyznać mu rację.
- A na wiosce bracie... - kontynuował. - namierzasz najlepszą laskę, mówisz jej, że jesteś z miasta i już jest twoja! - zaciągnął się głęboko dymem - Tak jak teraz, nie Gruby? - dodał wypuszczając dym w kształcie okręgu w kierunku Jacka.
Jacek pokiwał wielką głową, nie spuszczając wzroku z wyświetlacza telefonu, i lekko się uśmiechnął.
- Jak jedziesz do Terminala, to se nigdy nie poruchasz, no prawie. A na wiosce - zawsze. W tą sobotę, rozumiesz... - I zaczął nawijać, jak nakręcony.
Przyszło mi na myśl, że musieli wciągnąć "mąkę" nosem na śniadanie.
Mówił, że zabrali z dyskoteki jedną pannę na domek. Opowiadał, ze wszystkimi szczegółami, jak posuwał ją całą noc i tak dalej - cały Pies.

Mało interesowało mnie w sumie to erotyczne opowiadanie Arka, bo czy to pierwsze takie słyszałem z jego ust? Co mnie obchodzi jakaś wiejska nimfomanka!?

Tymczasem ulica zaczęła ożywać, a na sześciu przystankach powoli gromadziła się młodzież.

Arek mówił dalej, ja patrzałem jednym okiem na niego, a drugim na przystanki.
Muszę przyznać, że z tego co opowiadał można, by napisać całkiem dobry scenariusz do pornosa. Dziewczyna naprawdę zaszalała i dała z siebie dosłownie wszystko, ale czy to mało już takich filmów? Oscara by raczej nie zdobył.
Najciekawsza była końcówka, gdzie okazało się, że nawet Gruby bzyknął ją nad ranem. Naprawdę trudno mi było w to uwierzyć.

Wtedy na horyzoncie pojawiła się ONA. Poczułem kołatanie serca i duszności.
Majestatycznie posuwała się na dół bulwaru z dwiema zmorami po bokach. Musiały być szczęśliwe, że mają taką koleżankę.
Każda brzydula ma, nie dające się przecenić, korzyści z takiej znajomości. Poznaje dzięki niej facetów, o których inaczej mogłaby tylko pomarzyć.

Dostrzegła mnie z odległości jakichś dwudziestu metrów. Wyglądała, jakby zobaczyła UFO. No, ale nic dziwnego, przecież nie widzieliśmy się świetlny rok. Uśmiechnąłem się szarmancko i czekałem wzajenmość z jej strony. Tymczasem zareagowała dziwnie.
Na chwilę przystanęła, spojrzała za plecy i znów w stronę PKS-ów. Przeszła na przeciwną stronę ulicy, a stamtąd ruszyła szybkim krokiem w kierunku przystanków. Zostawiła daleko z tyłu swoje zdezorientowane, rozglądające się dookoła koleżanki.
Najwidoczniej niczego nie rozumiały. Tak samo jak ja.

Właśnie mijała nasze parasole. Patrzała prosto przed siebie. Nawet na ułamek sekundy nie spojrzała w bok.
Wreszcie dotarła na trzeci przystanek i usiadła na ławce. Chwilę później, dosiadły się do niej koleżanki.

Zrobiło się duszno. Nagle poczułem się paskudnie - jak ryba wyrzucona na piasek.
Mogłem zrozumieć, że ma do mnie uraz, ostatecznie to olałem ją wtedy. Ale żeby, aż tak!? Czułem, że teraz jest już "po zawodach" - definitywnie.

Arek nie przestawał ględzić, Gruby pisał sms-a swoimi tłustymi paluchami, a ja myślałem tylko o swojej głupocie. Już było po wszystkim - pozamiatane.
Nagle pociemniało. Wszyscy spojrzeliśmy na niebo. Nie wiedzieć skąd, ani kiedy, przyszły te chmury! Lazurowe przed chwilą niebo, było ciemne jak grafit.

- Oho! Zaraz pierdolnie - stwierdził Jacek.
"Oby porządnie" - myślałem. Było mi już wszystko jedno. Mógł spaść czerwony deszcz, stutonowy grad, żaby, mógłby zabić mnie piorun... Obojętnie.
Dla mnie świat się skończył minutę wcześniej.

Wstaliśmy od stołu. Gruby przeciągnął się, demonstrując przy okazji ogrom swego brzucha i krzyknął:
- Ty! Ona tam jest! Na "PeKaeSach".
- Kto? - zapytał Pies, odwracając głowę w stronę przystanków.
- No ona! Ania, czy jak ona tam miała...

Zrobiło mi się słabo, ale musiałem zapytać:
- Na którym przystanku?
- Na trójce - odparł. - Blondynka w białej koszuli - usłyszałem...
GRZMOT I BŁYSK.

  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

Dziękuję :) Cieszę się, że się podobało i aż się dziwię, że taka reakcja! Zamieściłem ten tekst dawno, dawno temu i wstawiłem tu dość pochopnie. Później przeczytałem go jeszcze raz, chwyciłem się za głowę i diametralnie przebudowałem. Ostateczną wersję wklejam powyżej, stara tymczasem idzie w niepamięć.

  • 4 lata później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...