Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



dzięki Bogdan - bo z matko-ou-ą
toś mi i dowalił i pomógł, natomiast
co do Turzyn - w nazewnictwie traw
jest błędnie wpisana nazwa - turzyce
Słowianie rzadko używali wyrazów kończąców się na ce,
w okolicy mam dwie miejscowości Turza Wielka i Turza Mała
ale o nich więcejby pewnie Bartosz C.

zauważcie, iż mamy w swym języku

dębiny a nie dębice
leszczyny a nie leszczyce
postrzyżyny a nie postrzyżyce

nawet księżyc nam wpisali

ale oczywiście nie jestem specjalistą
może Miodek albo ciechanowski Bralski
więcej by i dokładniej


co do puenty - to cały czas z nią walczę
a jechać nie jechać to kiedyś się wróżyło
z wyrywania płatków z mleczy, stokrotków, hi
taka zabawa - kochać, nie kochać, kochać, ...

dzięki za wszelkie wskazówki Bogdan
z ukłonikiem i pozdrówką MN
  • Odpowiedzi 71
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Ja się tylko dziwię, że pan z Afryki na wszechpolaków nie trafił tylko na krowę, a może ona była biało czerwona?... Tak czy inaczej historyjka warta lektury.
ps
Messa gdzieś czytałem (to było chyba ogłoszenie), że jesteś kompozytorem... Bo wiesz ja z miłą chęcią bym jakiesik nutki na kontrabasik zaczerpnął i powariował przez święta, co ty na to? (może jakieś skany masz)
pozdrawiam Jimmy

Opublikowano

Przeczytałam i nie mogę zrozumieć skąd u Ciebie tyle czasu - przecież to długości. Nie jestem pewna ale gdybyś tak usunął z puenty dwa ostatnie wersy?. Skomplikowany ten Twój język:)
Przyjemny ale poprzedni bardziej dla mnie:)

Opublikowano

Messalnie, już wczoraj chciałam skomentować Twój wiersz, ale komputer zawiesił mi się akurat na Tobie i to ok. 2.30 nad ranem, to go wyłączyłam klawiszem i poszłam spać.
Wiersz świetny, oczywiście, nic dodać, nic ująć.
Co chcesz przebudować w końcówce?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tali - jak miło gościć Wać Pana
toż się zawiło u mnie z traw tyle
że każdy gość w dom - to radość sama
raczyć odpocząć z nim gdzie badyle
liści wypuścić nie chcą więc w trawy
"siądziem" - dyć, piwo, herbaty czy kawy?

z ukłonikiem i pozdrówką MN
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Jimmy - z tym kompozytorem to przesada
jam bard co bardzi choć potrafię w nuty
wpisać co nie co i tak się właśnie składa
że http://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=56139 dopóty
dopóki czasu starczy mi jeszcze
może coś jeszcze w lato (albo na jesieni) obwieszczę

z ukłonikiem i pozdrówką MN
ps. daleko masz do Ciechanowa?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



życie ma ze swej aranżacji
wiecej komplikacji
nizby ten wiersz i przycięcie
Bono - w płęcie czy puencie?
hihihi, sam już nie wiem
z ukłonikiem i pozdrówką MN
ps. dzięki, za kolejne odwiedziny - widzisz cały czas myślę nad końcówką
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



jesteś z Afryki? - to rób wytyki
jeseś z Europy? - to masz dwa kopy
z Ameryki jesteś? - zaraz ja Ci westerm ...!
jesteś z Oceani? - masz los do bani
a może Ty z Azji? - sam siebie nazwij, hihihihihi
a lbo z Antarktydy? masz zwidy, hihihihi
....
dyć, na tej Ziemi - żyją jacyś ciemni, hihihihihihi
z ukłonikiem i pozdrówką MN
ps. czy to prawda Krzysztofie co piszesz?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Michale ja Miłosza
czasami bym do kosza
ale mi szkoda no bo
tomik kosztował drogo
nie z racji wierszy ale
z nobla - acz, dla mnie zakalec

z ukłonikiem i pozdrówką MN
ps. do Miłosza wierszy najczęściej trzeba wstępu, dłuższego niż sam wiersz
kiedy się czyta bez jakiego słowa wstępnego najczęściej wiersz znaczy
tyle co nic przynajmniej dla mnie - grupa poetów do której podobno nale-
żał ten "wybitny" i "wielki" poeta (zwana Skamandrytami) chyba daleko
odrastała (jak moje trawy) od Miłosza, zresztą - rzeczywiście, napisałem,
że Miłosz był nikim, no bo w końcu kim był? Wiśniewski i Doda to przypadki
grafomanii - ale zobaczycie sami, kiedy któeś z nich wyda tomik ...
W Polskiej julturze istnieje jakieś i dogadanie i niedogadanie - nie wiem
czy wiecie, kto poprawiał ostatni tomik wierszy Papieża? to też ciekawy wątek
w końcu napisałem swoje ("Ci na dole się biją, a na górze? zbijają albo bąki
albo kasę - prawo natury i walki o ogień, ech ...) - kto chce mnie ukrzyżować?
kto chce mnie zlinczować? no proszę , chyba, że tylko rozmawiamy - to ok
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Michale ja Miłosza
czasami bym do kosza
ale mi szkoda no bo
tomik kosztował drogo
nie z racji wierszy ale
z nobla - acz, dla mnie zakalec

z ukłonikiem i pozdrówką MN
ps. do Miłosza wierszy najczęściej trzeba wstępu, dłuższego niż sam wiersz
kiedy się czyta bez jakiego słowa wstępnego najczęściej wiersz znaczy
tyle co nic przynajmniej dla mnie - grupa poetów do której podobno nale-
żał ten "wybitny" i "wielki" poeta (zwana Skamandrytami) chyba daleko
odrastała (jak moje trawy) od Miłosza, zresztą - rzeczywiście, napisałem,
że Miłosz był nikim, no bo w końcu kim był? Wiśniewski i Doda to przypadki
grafomanii - ale zobaczycie sami, kiedy któeś z nich wyda tomik ...
W Polskiej julturze istnieje jakieś i dogadanie i niedogadanie - nie wiem
czy wiecie, kto poprawiał ostatni tomik wierszy Papieża? to też ciekawy wątek
w końcu napisałem swoje ("Ci na dole się biją, a na górze? zbijają albo bąki
albo kasę - prawo natury i walki o ogień, ech ...) - kto chce mnie ukrzyżować?
kto chce mnie zlinczować? no proszę , chyba, że tylko rozmawiamy - to ok

No właśnie są tacy:
http://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=57384#dol

a co do dyskusji- mnie się Witku nie tłumacz, jakbym ja miał powiedzieć co o niektórych poetach sądzę - to niech Zews strzeże...
Chociaż powoli przekonuje się do Świetlickiego, mam wrażenie, że On bardzo pasuje do naszych czasów.
Opublikowano

jak zwykle z wiatrem w Szulmierzu pięknie bajesz

i niech się cieszy cała z wójtem wioska
że panna chłopa do szczęścia wybrała
teraz tkwi w Unii cała nasza Polska
a panna z panną też by ślub dostała
wiatr wszelkich swobód ciebie może dopaść
gdyż taką wolnością żyje Europa


pozdrawiam Jacek

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...