Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

wskazuję na siennik wiszący na ścianie
zwolniony od ciężaru w śnie pijanych sprężyn
- jak pani się podoba ten publiczny strych
kto tu zbłądził -pytam - ja
pani czy on - ależ proszę pana
ktoś już przyniósł różę

na wiszący siennik kładę głowę swoją
galernik tej galerii
odchodzę mając w piersi sprężynę bijącą
do pani biedna pani w objęciach tej róży

Opublikowano

Puszczam do Ciebie duże oko Jacku i wyobrażam sobie Twoją minę przy pierwszym zetknięciu się z rzeczonym dziełem. A reakcje "pani", to osobny rozdział ;)
Moim zdaniem znakomicie "zredagowana" miniaturka, dająca do myślenia, mało tego - wprost podająca stosunek PLa do zjawisk turpistycznych, które mój przedmówca niesłusznie, moim zdaniem, zarzucił autorowi.
Pozdrawiam serdecznie:)
Andrzej Maciej

Opublikowano

Całkiem przyzwoita instrumentalizacja - plus styl (a sam styl jest jakością samą w sobie). Może faktycznie za dużo tych nosówek - no, ale kto bez winy, niech pierwszy wiersz napisze :)
Ja za (i nawet nie przeciw)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Poeto!
w pełni, w całej rozciągłości Twojego komentarza zgadzam się z zarzucanymi tu grzechami - ale jak Jego Wysokość Gramatyk zauważył słusznie, to stylizacja na manieryczność...i jakże to ma wyglądać bez nadużycia inwersji? bez tej sztuczności, pozy, podkreślanej brzydką parką? (!);
dziwię się, że nie zapachniało Ci qrvizmem!...i żeby choć na sianie, ale w GmachU Wyższej Użyteczności!
nieusprawiedliwiony pozostaję, i na pewno skreślony przez Ciało Pedagogiczne...ja tak lubię powtórki z rozrywki... :) J.S
Opublikowano

amk.; przyjacielu! :))
antemurales chrystianitatis na nic się zdaje, kiedy sławetny Interlokutor wskazuje palcem ewidentne błędy...trzeba je przyjąć bijąc się w piersi na klęczkach i popiołem z dzieł własnych posypać głowę; bo co racja to racja, co prawda to prawda;
ale jest jeszcze tischnerowska "prawda", i czasami warto jej się trzymać; ale zaznaczam: czasami!
pozdrawiam Twoją szlachetność Rycerzu i obrońco uciśnionych, ale czasami dobrze jest dostać kopa, zwłaszcza od przyjaciela! :)));
J.S

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



powinieneś zostać Michale dyplomatą, ale wiesz wszakże, że z Bogdanem jak z immamem...jak nie utrupisz musisz zatańczyć bajaderę, jak ci zagra...
to instrumentalizacja na farsę, z nosami albo bez...i tak trzeba nakichać, co z rozkoszą czynię...
moją największą winą jest to, że nie wiem, kiedy ostatni wiersz napiszę, co źle wróży ewentualnym czytelnikom i kulturze masowej (nosowej)... :))) J.S
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



przeciwnie! bardzo się przejąłem, bo jak sobie pomyślę, że wspomniany Człowiek tak moim wierszem się naćpał, że zobaczył wyrocznię...to ja od razu zgłaszam się na policję, jako wielokrotny zabójca, który przy pomocy białej śmierci (kartki) uskutecznia holokaust elity...J.S
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Co do "naćpanej" - trudno mi wyrokowac ;P - Pan widzisz może i lepiej (po malarsku?).
Ale "szybko mu mija" oprotestowuję całą siłą swej woli:
jeszcze Orgia nie zaznała z mojej ręki tremy,
a już Eugen się odważa snuć kalumnie ściemy!

:)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


my dziewczyny lubimy tulipany ;)
sorrry już znikam
Ja uwielbiam lilije bo do nich trudno coś mieć:))
Wiersz mi się podoba:))) bardzo:))) Pozdrawiam:)) EK
Opublikowano

Dorma.; "galernik" to tyle co męczennik: (!) :) J.S

Ewa Kos.; lelije to symbol niewinności, dziewictwa...rzeczywiście, do nich trudno coś mieć! :)));

Bogdan Zdanowicz.;
Ty to masz zawsze fuchę - teraz robisz jako krakowska Pythia...ciut odurzona swoja rolą; i tak przychodzili do Pythi a nie Pythia do nich, spoko...

Fanaberka.;
to całkiem zrozumiałe, tuli pany; tylko panów coraz mniej a chamów coraz więcej...

dzie wuszka.; różyczka to symbol kiczu, złego smaku; jest jak najbardziej na swoim miejscu;
krakowskie mieszczaństwo miało wszystko w różyczki - poduszki, firany, kapcie,
szlafroki, tiule, falbanki, koronki...

Stefan Rewiński.; no właśnie; Kraków pozdrawia Górki Bardzkie ( bo góry są tyko w Tatrach); :));

seweryna żuryńska.; to się nazywa dowartościowanie...bardzo mi miło! :)))); J.S

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Co do "naćpanej" - trudno mi wyrokowac ;P - Pan widzisz może i lepiej (po malarsku?).
Ale "szybko mu mija" oprotestowuję całą siłą swej woli:
jeszcze Orgia nie zaznała z mojej ręki tremy,
a już Eugen się odważa snuć kalumnie ściemy!

:)

"Ty to masz zawsze fuchę - teraz robisz jako krakowska Pythia...ciut odurzona swoja rolą; i tak przychodzili do Pythi a nie Pythia do nich, spoko..."
Bez komentarza. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Co do "naćpanej" - trudno mi wyrokowac ;P - Pan widzisz może i lepiej (po malarsku?).
Ale "szybko mu mija" oprotestowuję całą siłą swej woli:
jeszcze Orgia nie zaznała z mojej ręki tremy,
a już Eugen się odważa snuć kalumnie ściemy!

:)

"Ty to masz zawsze fuchę - teraz robisz jako krakowska Pythia...ciut odurzona swoja rolą; i tak przychodzili do Pythi a nie Pythia do nich, spoko..."
Bez komentarza. Pozdrawiam.

Proszę spróbować więcej dziurawca, szałwi, może nawet rumianku - wtedy i zdrowiej będzie, i z większym poczuciem humoru (rewanżystowstwo na dłuższą metę zabija, zabija jak nic - kilna) ;D
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



nie ufam zatem roli róży w wierszu. w otoczeniu innej faktury wygląda jak doklejona. no lel to ino mnie tak wygląda :)). zwyczajnie marudzę :))
Joasia powinna w Góry albo w Górki ne ferie, to by miała wszystko w różyczki.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




a mi się podoba
peel konsekwentnie buduje
konkretny rodzaj atmosfery
nie tylko semantycznie
ale także dzięki dobremu rytmowi
(który nawiasem mówiąc łamie się delikatnie w przedostatnim wersie, ale jak mniemam to zabieg celowy - patrząc na treść)

dwa b. dobre fragmenty:
"wskazuję na siennik wiszący na ścianie
zwolniony od ciężaru w śnie pijanych sprężyn" - ten z powodu rytmu i poetyckości
i:
"galernik tej galerii" - jako gra słów świetne - tym bardziej, że słowo "galeria" pozostawia duże pole do interpretacyjnego popisu

na tak Jacku

(ale i tak nie chcesz zrozumieć > Gombrowicza ;d )

pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...