Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

* * *

Znów sobota. Znów pusta ściana przed oczami. I cień, nieruchomy. Oczy drążą płytę pokrytą laminatem tynku. Słychać, jak w mieszkaniu obok słychać gra telewizor. Mieszczański instynkt osiedla. Oby na ścianach bloków palec wyrysował Mane Tekel Fares. Czasem w trzewiach rodzi się wręcz zazdrość. Nie wiadomo co. Może o spokój płynący z nieświadomości. Codzienne unikanie spłaszczenia otrzymanych chwil i jednoczesne nieustanne porównywanie z posiadaczami, konformizmem i konsumpcją. Powiedzieć nie wszelkim zadrom i belkom w oku, własnym oku. Przekreślić wszystko i zredukować się do obserwacji.

Spacer. Okrążenie po osiedlu. Retrospekcja. Kolumny topoli przypominają dzieciństwo. Takie same, jak stały wokół szkolnego boiska. Kraina dzieciństwa skurczyła się do trzech ulic, jednego przejścia przez pasy i terenu dwieście na dwieście metrów, należącego do szkoły. Niegdyś kryła cały świat. Teraz przechodzę go w kilkanaście-dziesiąt minut, mimowolnie ale brutalnie, depcząc altanę tego, co było.
Wspomnienia. W ciemnopomarańczowej salce tęga pani o miłym uśmiechu. Na środku ołtarz zielonej tablicy. Tłum, hałas, bieganina. Kolorowo. Głośno. Coraz szybciej. Karuzela. Tam pod ścianą Samanta. Samanta. Jak rodzice mogli ją tak nazwać. To nie były jeszcze czasy tysięcy polskich soap operas. Żeby chociaż Alexis, jak bohaterka Dynastii.

Była jeszcze Ania. Nie Ala. Rudawa, spokojna dziewczyna o piegowatej twarzy i jasnym spojrzeniu. Tyle lat. Czas. Cholerny czas, który przysypuje, który łagodzi linie, zaokrągla kanty i buduje pomniki. Tak łatwo wszystko zapomnieć. Byle przespać, zapomnieć. Niech czas mija.

Znowu ławka w parku. Patrzę w przestrzeń dżungli betonu. Ponad białą płaszczyzną przykrytego śniegiem trawnika czarne badyle bezlistnych drzewek. Szczekanie cholernego psa. Czarna dziewczyna znów z prawej. Tak, teraz już pamiętam. Dziewczyna z pudlem. Dziewczyna z szydełkiem. Hm, może kobieta. Nie chcę jednak mówić, że kobieta, bo sam się postarzam, zawsze lepiej być chłopcem, który nie wie.
Czarna powoli podchodzi. Krok za krokiem. Pies obsrywa drzewko obok. Na mój widok zaczyna szczekać.
- Nie szczekaj na pana – uśmiech i czarna odciąga kudłatego zwierzaka.
- Niech szczeka. Nie przeszkadza mi to.
Śmiech czarnej.
Nie wiem co powiedzieć.
- Niech sobie chwilę poszczeka. Ale lepiej usiąść na chwilę.
Siada. Patrzy w tę samą bryłę betonu przede mną. Milczenie. Lekkie kręcenie głową. Wicie się w miejscu.
- Wiesz, zawsze chciałem cię poznać.
- Mnie – zaśmiała się – dlaczego?
- Nie wiem, nikogo innego nie widywałem.
- Haha. Mnie przecież też nie widujesz.
Milczenie. Uśmiech pełen wyrazu.
- Masz rację. A więc uświadom sobie, jak bardzo nikogo nie widuję.
- Kup sobie psa. Ja mam psa i już kogoś widuję. Nawet sprzątam po nim rano – Czarna roześmiała się. Najwyraźniej moje problemy egzystencjalne wydawały się jej tak odległe.
- Jak masz na imię? – spytałem.
- Magdalena.
- Magda? Karol. Miło mi.
- Magdalena. Magdalena. Magda dla przyjaciół
- Zostańmy przyjaciółmi.
- Może, Karol – czarna zaśmiała się. Tak perlisty śmiech. Czysta radość.
- Wiesz, widziałem że szydełkujesz.
- Haha. Tak – chwila przerwy na uśmiech – Podglądasz mnie?
- Przypadkiem widzę czasem z okna, jak siedzisz na ławeczce. Po prostu.
- Po prostu.
- Intryguje to mnie. Skąd taki pomysł?
Ten sam lekki perłowy śmiech.
- Nie wiem. Lubię jak mi ciepło. To takie praktyczne. Wiesz – zawiesiła głos – taka jestem praktyczna.
- Ja chyba nie. – co za kretyńska odpowiedź.
Znowu śmiech.
- Widać.
- Czemu widać?
- A kto inny siedziałby tutaj i zaczepiał dziewczynę, pytając o szydełkowanie. – znów perłowy uśmiech.
- No rzeczywiście. Nie potrafię inaczej.
Siedzimy razem dalej. Ja i ona. Wokół krąży ten mały śmieszny piesek i obwąchuje ławkę. Czekam, aż uzna moje nogi za drzewo i je obsika.
- Lubisz filmy Jarmuscha?
- Haha. Skąd to nagłe pytanie?
- Szydełkowanie nie spodobało się, to spróbuję teraz film – zażartowałem lekko. – Zawsze odpowiadasz pytaniami?
- Wiesz, widziałam Stranger than paradise tylko.
- I co?
- Nie wiem. Taki ciekawy klimat.
- Mnie się kojarzy z marzeniami. Marzenia tkwią w nas, pomimo naszej szarości. I raj jest też dla szarości. Tym niemniej my sami tkwimy w naszych korzeniach. Takie fatum. Na końcu czeka nas powrót. Grota początku. I trochę jak Beckett
- Ale ciekawie to powiedziałeś. A dlaczego Beckett?
- Bo zawieszone w próżni. Czekanie na Godota. Nic się nie zaczyna. Nic się kończy. Jak mój, twój, ich dzień. Jak cały Jarmusch. Jakby dzień kończył się i zaczynał w tym samy miejscu. Pośrodku pętla czasu. Pętla w przestrzeni, w której nas zawieszono, bez naszej woli lub sprzeciwu. Siedzimy na kanapie jak w Broken Flowers, wszystko tu się zaczyna, ale też tu kończy. Pomiędzy jakieś wydarzenia, ale to może nie mieć znaczenia, skoro koniec jest taki, jak początek..
Śmiech. Chyba wyszedłem na pretensjonalnego głupka. Może nie głupka. Dupka. Wszystko jedno.
- A skąd wiesz jaki jest mój i „ich” dzień. Jaka pętla?
- To taka przenośnia.
Znowu śmiech.
- Niech więc będzie przenośnia.
Cała nasza znajomość stała się przenośnią. Metaforą normalnego związku dwóch ludzi w posranej rzeczywistości zagubionych umysłów. Nie wiem, czy ją kiedyś zrozumiałem, nie wiem, czy ona mnie zrozumiała. To było nieustanne poszukiwanie. Zadawanie pytań, na które odpowiedź nie zawsze przychodziła.

Kolejna niedziela. Upragniony weekend. Uciec od zgiełku, byle dalej, zgubić morze betonu. Uciec od czasu. Od tego cyklu, współczesnego rytmu ósma-szesnasta. Poniedziałek-piątek. W weekend długi spacer do lasu. Wyjście poza czas. W krainę drzew. Głębokie oddechy, aż do zachłyśnięcia się świeżym powietrzem. Kora brzóz, ciepło świerków, pospolita cudowność sosen. Prywatna mitologia i religia uspokojenia. Jak w kościele. Zieloność drzew pozwala na zapomnienie. Uspokaja. Daje nadzieję. Byle dalej. Idziemy przez las. Moje pokrzywione spojrzenia na przestrzenie i ten kłębek myśli, który składa się na Magdę. Magdalenę dla mniej znajomych. Chyba więc Magdę.
Gąszcz sosen przerzedza się. Wiosenne słońce przebija pomiędzy konarami, ponad kopułą igliwia. Przytrzymała mnie za rękę. Stajemy. Z lewej świątynia młodych brzóz, po prawej i za nami sosny. Mazowieckie sosny. Na tych wydmowych piaskach rzadko coś więcej urośnie. Słońce przed nami rzuca cień. Kolumny drzew odbite na zielonej płaszczyźnie mchu. Gra świateł. Wstrzymujemy oddech. Tylko cisza brzęczy w bębenkach. Tylko zawieszony gdzieś, tam wysoko, ponad drzewami, podmuch leciutkiego wiatru przypomina o istnieniu dźwięków.
- Dużo myślisz, wiesz?
- Wiem. Odpowiedź może i zarozumiała, ale popłynęła prosto ode mnie. – Chcę szukać istoty, chcę poznawać prawdę. Chcę widzieć wszechświat. Chcę widzieć prawdę. Wierzyć w sprawiedliwość. Tyle tego „chcę”, że szkoda nawet wymieniać.
- Wiesz… Wszystko jest jak te cholerne cienie drzew. Zmieniają się jak słońce się przesuwa.
- Nie wierzysz w jakąś ideę, co stoi poza tym wszystkim, za tym słońcem?
- Na początku był chaos – zaśmiała się. – Nie. Może i coś tam jest. Nie obchodzi mnie. Widzę to, co widzę. Patrzę na mech i obserwuję jak cienie się przesuwają po tym pieprzonym dywanie z igliwia. Raz tu, raz tam. Trzeba to zrozumieć i nie mieć klapek na oczach.
- Dla mnie to są właśnie klapki na oczach. Trzeba odejść od tego mchu i spojrzeć na słońce. Ono jest przecież. Jest źródłem tych cieni. Jakby nieruchomo zawieszone na niebie generuje wtórne odbicia, które trafiają na siatkówkę twoich oczu. A więc ono jest, nie twoje obserwacje.
- Za dużo naczytałeś się o jaskini Platona – zaśmiała się Magda. – Słońce nie jest zawieszone. Też krąży. Jest noc. Później jest dzień, wszystko się zmienia. Wiesz. Jestem jedną wielką nihilistka. Wszystko to kwestia punktu widzenia. Kąta padania promieni słonecznych. Raz tak, raz inaczej. Wszystko to bullshit, zależny od tego, jak na niego się spojrzy.
- Gdyby tak było, całość nie miałaby sensu. Gdzieś musi być sens.
- Nic nie musi. Dlaczego musi. Wstajesz rano jak debil, przepraszam. Wiesz, o co chodzi. Wstajesz rano do pracy i nie ma żadnego sensu, jedyny sens, to żeby zarobić na chleb i obiad. A później spać, to jest twój sens. Mój tez, tyle że ja to rozumiem. Ty jeszcze nie.
Spojrzenie w górę. Słońce nieruchomo, nisko zawieszone na ramionach Atlasa tej dalekiej szerokości geograficznej. Ciemne dnie i długie noce ludzi Północy. I tylko alkohol rozświetlający obraz przesyłany z wpatrzonych w szarość źrenic nadaje posmak tęczy. Nie wiem kto ma rację. Co to jest racja. Pytania bez odpowiedzi.

* * *

- Karol…
- Karol…
- Mm. Co się stało? – zachrypięty, zaspany głos. – która godzina.
- Nie wiem.
- …
- Wiesz. Miałam taki sen. Że nie było ciebie. Że odszedłeś. Zostaniesz?
- Tak, kocham cię. Czemu miałbym odchodzic.
- Nie wiem. Było ciemno.
- Noc. Ciemno. Śpij.
- Ale to był dzień, ale było ciemno.
- To skąd wiesz, że dzień.
- Nie wiem… Po prostu był dzień. Czułam słońce na twarzy.
- Śpij, jest trzecia w nocy. Rano będzie wszystko dobrze.
Przytulenie się do tego ciepłego ciała.
- Będzie dobrze, śpi już.
- Nie wiem. Tak strasznie było. Będziesz ze mną?
- Będę. Śpijmy już
- Nie mogę. Kochasz mnie?
- Tak, wiesz że cię kocham.
- Na pewno?
- tak, na pewno.
- Nie odchodź. – jakaś tęsknota, jakiś smutek w jej głosie dochodzi do mojej wpół przytomnej jaźni.
- Nie odchodzę. Nie odejdę. Na pewno.

* * *

Rzadko patrzymy sobie w oczy. Zwykle siadamy obok. Albo czasem naprzeciwko siebie i patrzymy w przestrzeń podłogi. Ziemię niczyją. Albo w ten sam płomień. Chybotliwy ogień świecy obracany naszymi oddechami. Jest jeszcze szklana kula. Niewielka bryła z zatopioną imitację fontanny. Nasze szklane źródło. Patrzymy w nie i od niego wychodzimy. Do niego się sprowadzamy. Patrząc w nie i rozmawiając, włączamy je do naszej mitologii. Teofania w kawałku tworzywa. Cowieczorne studium przedmiotu i zaklinanie rzeczywistości.
- Widzę brak sensu. Brak spełnienia. Gubię się. Karol…
- Znajdź punkt oparcia.
- Nie ma. Nic nie ma. Jest ciemność i tylko my oboje.
- Coś musi być. Nie jesteśmy znikąd. Musi być jakaś idea, stojąca za wszystkim, za naszym powstaniem i istnieniem..
- Nie czuję tego tak. Dni mijają. Nic się nie kończy nic się nie zaczyna. Wiesz…
- …
- Dobrze, że jesteś.
- Dobrze, że ty jesteś.
Cisza. Zawisła w powietrzu tęsknota za sensem. Ziarenka betonu. Ziarenka piasku, krople wody. Sekundy wieczności. Wszystko, co samo w sobie jest niczym. Tylko przypomina, że jest plaża, że jest dom, że jest ocean.
- Chciałbym wierzyć. Nie. Wierzę, że jest sens. Że jest jakaś prawda, że trzeba iść, walczyć, nawet jak nie wychodzi
- O co niby walczyć? Jedyny skutek to zmęczenie. Koniec zawsze taki sam.
- Nie. Trzeba mieć nadzieję.
- Jest takie przysłowie na temat nadziei. Na temat nadziei i matki.
- Trzeba, trzeba.
- lubisz mocne słowa. Trzeba. Prawda. Iść. Cel. Tylko nie wiesz, co stoi za nimi.
- Bo dopiero szukam ich prawdziwego znaczenia.
- Jak znajdziesz, daj znać – uśmiech jaskini źrenic Magdy. Mojej Magdy.
Siedzimy dalej. Ona i ja. Pomiędzy nami gasnący płomień świecy i szklana kula zastygłej fontanny. Często tak wieczorami dogasamy. Ona i ja. Czasem myślę, że chcę tak zawsze tonąć w jej dużych, ciemnych oczach. Aż do końca.



- Wiesz Magda, wciąż uczę się. Ulotności. Lekkości, przemijalności.
- Ale nauka. Ja to wiem. Nie muszę się uczyć. Wszystko to chwila. Wszystko to cień. Powiedz mi lepiej coś nowego.
- Wiesz. Celem nie jest zrozumienie czy wiedza. Celem jest uświadomienie
- Nie boisz się czasu?
- Czas. Czas. Czas goni nas. Nie wiem co to czas. To tkwi w nas. Jedyne co jest, to czas.
- Ja jestem. Ty jesteś. Jesteśmy razem. Ta płyta chodnikowa, na której trzymasz swoją nogę też jest – ta bezlitosna pewność w jej oczach, przebijające z niebieskich tęczówek umiłowanie konkretu.
- Płyta jest tylko chwilowo. Czas ją zniszczy.
- Może. Sama nie wiem. Ale argumentując w ten sposób, dojdziesz do wniosku, że nic nie ma sensu.
- Czasem, mimo wszystko, wydaje mi się, że może tak właśnie jest. Może jedyny sens to siedzieć na ławce i patrzeć na przestrzenie. Na ruch. Na zegarek. Na zegarek nawet nie trzeba. Wystarczy go czuć.
- Wiesz… nie chcę tak. To nie ma sensu. To zabija sens.
- Nie. To tylko uświadomienie.
- Niby czego?
- Tego, żeby iść. Że czasu jest mało. Że upadek spowoduje, że nas nie ma. Że nie warto pamiętać o kolejnej drobinie pyłu, która wypadła z toru.
- …
- Chcę być sobą, oczyszczonym ze wszystkiego. Z tego miejsca, z tego co robię, co jem. Tylko to co pozostanie,. Dopiero to jest człowiek.
- Co niby pozostanie?
- Nie wiem. Czas. Wiązka czasu w przestrzeni. Wiązka przestrzeni w czasie.
- Chciałbyś się pozbyć mnie. Dopiero wtedy będziesz czysty, zredukowany do czasu i wymiaru przestrzeni.
- Nie. Magda, nie.
Milczenie. Co to znaczy nie. Co to znaczy tak. Ta cholerna śmieszność dźwięków, słów i myśli. Kołatka tak-tak, nie –nie. Cóż to jest tak. Coż to jest nie.
- Wiesz Magda, chciałbym, żeby wszystko było jasne, ale czasem wszystko, co jest to zadawanie pytań.
- Odpowiedź to ja. Odpowiedź to ty. Nie jest tak?
- Może. Inaczej ciężko.
Przytulenie do oazy ciepłych piersi. Picie ze źródła blado różanych ust.

* * *

To nie jest dzień, chociaż za oknem świeci słońce. Od godzin trwa istnienie poza czasem.
Początek brzmiał jak koniec. Przerwany sen dzwonkiem telefonu. Na wyświetlaczu ojciec Magdy.
- Magda. Magda – przerywany głos w słuchawce. Jakby echo łez.
- Co Magda?
- Magda…
… coraz większe napięcie. Rzut oka na zegarek. Piąta rano.
- Magda miała wylew.
- Niemożliwe.
Słowa stają w gardle. Cisza w słuchawce.
Co, gdzie. Dlaczego. Gdzie. Kiedy. Świat obrócony w tysiąc pytań, a wszystko kończy się na wielkim zawrocie głowy.
Szary mur. Ciasna recepcja. Gdzie leży. Nazwisko. Brązowe wnętrze windy. Żółty korytarz. Biała sterylna przestrzeń oddziału intensywnej opieki. Twarz bez wyrazu pod przezroczystą maską. Dżungla kabli. Pikanie. Bum. Bum. Dźwięki odbijają się głębokim echem we wnętrznościach i dudnią w trąbce Eustachiusza.
Pytania.
Biało ubrana pielęgniarka w dyskretnym półdystansie za moimi plecami.
Co teraz.
Dlaczego.
Niemożliwe. Młoda. Zdrowa.
Tak bywa, proszę pana. Przykro mi.
Śmieszność głosek krążących w głowie. Myśli bez wyrazu. Jałowe impulsy przesyłane po korze mózgowej. Myśli bez końca. Bez początku. Bez ładu i schematu, ciąg impulsów. Jeden wielki zawrót głowy, tkwiący w gardle i zawieszony zimnym kamieniem na wysokości żołądka. Stoję, jakby zarażony tym jej bezwładem. Wokół kraina bez ucieczki.
Matka. Ojciec stoją obok. Matka usiadła na łóżku. Jej matka. Jej. Kimkolwiek ona jest. Magda. Magda. Magda. Słowa zostają w krtani, na wierzch wydobywa się tylko bulgot wołania o tlen.

Pielgrzymki do miejscowej wyroczni, biegającej, ślizgającej się po piętrach szpitala na codziennym obchodzie. Gdzieś w oddali słychać charczenie własnej krtani.
- Panie doktorze, panie doktorze!
Powolny obrót ciała do tyłu. Przytłusta twarz skryta za szkłem grubości dna butelek.
- Jak będzie?
Cisza. Nieruchomy pierwszy, drugi i trzeci podbródek zaczepionego.
Palec do góry wymownie wskazuje na instancję odwoławczą. Milczenie przynoszące więcej ładunku, niż mogłyby dać słowa.

Noce, kolejne noce. Tygodnie. Pustka.
Słowa. Pojawiają się słowa. Słowa proste. Ka. Karol. Nie wstanie. Podobno nigdy. Pozostaną tylko słowa i ruch prawego, lewego ramienia. To wszystko, oczywiście o ile dobrze pójdzie. Wie pan jak to jest. Mówię, że rozumiem. Nic nie rozumiem. Dni przepływają pomiędzy skrońmi. Dni bez sensu i dni bez nadziei.

Po korze mózgowej krążą ułamki słów. Przemykają się wspomnienia.
Karol. Nie odejdziesz, prawda? Nie zostawisz mnie?
Nigdy.
Czkawka. Niestrawność w żołądku. Strach, ból i wstyd. I ciemno przed oczami.
Chcę uciec. Biec jak najdalej i zapomnieć o wszystkim. Oderwać się od tej bryły, która była częścią mnie, a teraz patrzy nieruchomym wzrokiem. Od czasu uśmiechając się smutno.

Biec. Biec. Uciekać. Zapiąć się pod szyję. Nie odsłaniać. Cały czas garda w górze i przypadkiem nie schodzić ze swojego szczytu. Swojego Parnasu na piasku. Nie odkrywać ani jednego cholernego skrawka swojego wnętrza. Bo zaboli. Zamknąć się w czterech ścianach i przepięknie dusić swój żal. Tak. Nie oskarżać nikogo. Dusić.
Kiedyś wszystko się odmieni. Samo. Tak. Na pewno. Będzie lepiej. Przeczekać. Nic innego nie pozostało. A może wyskoczyć z okna. Dziesiąte piętro. Spokojnie i zimno. Tylko trochę szkoda, bo nogi i ręce wciąż sprawne. Wołanie o współczucie versus atawistyczny instynkt zaspokojenia ego.

* * *

Na szczycie nie ma nirwany, nie ma olśnienia. Nie ma nic. Jest tylko szarosine niebo z nadpływającym granatem chmur z zachodu. Wiatr zmywa mniejsze kamienie z grani. Burza włosów, mróz na policzkach. Chęć poznania paruje porami skóry, wchodzi przez uszy i krąży wokół mnie, jak nieznośne stado much przyciąganych do lepkiego od potu ciała. Pusty umysł czeka na myśli. Sezamie, otwórz się. Wrota zardzewiały. Trwać w bez ruchu. Trwać. Mantra przetrwania. Bez żadnej rewolucji, bez żadnego przełomu zejść w dół. Przełomów nie ma. Ewolucja pełza po krawędzi istnienia. Sens sprowadzony do cząstek elementarnych uczuć. Złożoność impulsów przesyłanych neuronami zredukowana. Wszystko sprowadza się do „ty”. Ja. My. Tak. Nie. Dobrze. Źle. Kocham. Nienawidzę. W oparach potu wydobywającego się ze zmęczonego ciała słyszę S.O.S. codziennej modlitwy ulatującej z dymem w górę. Algorytm przetrwania na kamiennych tablicach.

Powrót do Warszawy. Pusty pociąg z Zakopanego. Powolne dochodzenie do siebie. Nic się nie kończy. Nic się nie zaczyna. Jakkolwiek by nie było. Dzień. Ja. Słońce. Tlen. O dwa. Dzień za dniem. Zegarek. Wszystko, co jest, to zegarek i strumień fotonów. W nocy z gwiazd. Trzeba iść. Czuć i kochać. I nie zapominać. Bez końca, do góry, boso po ostrych kamieniach.
Wszystko, co jest to płomień świecy. Wędrówka po szczeblach drabiny. I nikt nie wie, gdzie jest góra, gdzie jest dół. Mgławica myśli. Galaktyka przeznaczenia.

Znów sterylna biel. Nasza szklana kula. Szklane źródło trzymam w ręku. Siadam obok Magdy. Szklana kula pomiędzy nami. Jej dłoń w mojej dłoni. Powtarzam starożytne zaklęcie. Ty jesteś i ja jestem. Nic poza nami. Ta sucha dłoń na moim szorstkim policzku. Łzy.

Opublikowano

hmm..wydźwięk treści podoba mi się, są kawałki które badrzo dużo mówią o ufności, o sensie o tych, Magdzie i tym który się w nią zapatrzył, a słowa nie miałyby żadnego znaczenia. Mimo tych "rzeczywistych mądrości" widać głębokość spojrzenia, to takie jakby " perełki"?
Puenta zaś mniej z nadzieją, może troche jej tam dorzucić>? Więcej pytań nie dodaję;)
Pozdrawiam ciepło

Opublikowano

Tekst strasznie długi, chyba nie dam rady przejrzeć go do końca. Co zauważyłem?:

1)"W mieszkaniu obok głośno słychać telewizor" - tam głośno gra - bo słychać jest aż tutaj
2)"Okrążenie po osiedlu" - krążenie
3) Głębokie oddechy, aż do zachłyśnięcia się świeżym powietrze. - powietrzem
4) Gdybym tak było, całość nie miałaby sensu. - gdyby

No, dzisiaj przeczytałem opowieść pod pierwszym zbiorem gwiazdek. Początek jest zniechęcający. Już miałem przestać czytać, ale dotrwałem na szczęście do dialogu. Dialog jest wyśmienity. Miałem tych dwoje przed oczami. Może jeszcze wpadnę, na pewno powinienem przeczytać do końca.
Pozdrawiam :))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Marek.zak1 zamierzam wydać zdaje się w Ridero czwartą książkę pt. O ironio ;)
    • @jjzielezinski   I wiem - co to jest kompromis, jednak: każdy kompromis musi mieć jakąś podstawę - oparcie i na jakiej podstawie chciałby pan zawiązać ze mną kompromis? Na podstawie dialogu? Człowiek, który ma przewagę Cielesną i Umysłową i Duchową miałby iść na kompromis tylko na podstawie dialogu?   To tak - jakby osoba bezdomna żądała kompromisu z właścicielem mieszkania - logiczne? Nie, nie ma pan racji: jako gospodarz to ja stawiam warunki - gość nie ma prawa niczego żądać i tym bardziej - nie powinien mieć jakichkolwiek postaw roszczeniowych.    Głosowałem przeciwko wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, także: byłem przeciwko wspieraniu Ukrainy, de facto: współczesnej - Chazarii i stanąłem po stronie ofiar - Liban, Palestyna i Iran, więc: mam czyste sumienie i nie mam żadnego obowiązku brać odpowiedzialności za wybory innych osób.   I serdecznie dziękuję za oświeconą polemikę i życzę miłego dnia - autor:   Łukasz Jasiński 
    • WOLNY NUMER 23 Września 2014 Spowalniam swoją pieśń Nie jestem szybki gość Ty chcesz wciąż pierwsza przejść A ja - ostatni dojść To wcale nie przez wiek Albo mój życia tryb, Że wolę wolność mieć To matka dała mi Niby zakładam dres, Lecz nigdzie nie chcę biec Będę, jak uda się Odłoż smycz, ja to nie pies To wcale nie przez wiek, Nie przez tą całą śmierć Wolność podchodzi mi Powolność mam we krwi, Lubię powoli wejść Nie chcę do przodu rwać A Ty chcesz szybko przejść: U mnie to musi trwać Nie to, że brak mi dni I nie przez głupią śmierć: Lubię powoli iść Tak mama miała mnie Za szybko prowadzisz się, Zbyt ostro wchodzisz w skręt No, daj mi choć wziąć dech Ta noc to nie jest wtręt Chcę wolno spędzać czas, Wstrzymać go, nim pójdzie w dal "W wieczór goszczę pod Twa Twarz, W wieczność, w Twych Oczu Źal" Zwalniam swoją pieśń Duszę mam wolną dość Ty chcesz w dzień nowy wzejść Ja chcę do nocy dojść Więc dziecko, już mnie puść W mieście szukają cię Jak ktoś chce ze mną pójść Mów, że z wolna zbliżam się Więc droga wolna, idź się puść Na mieście byle gdzie Jak ktoś z tobą zechce pójść: Od czterdziestki do zera zbliżasz się A ja, choć wolny ptak Chcę poszybować tam, Wejść w nocy stromy szlak Pieśni, służyłaś nam, Lecz ze służby zwalniam cię ... SAMSUNG W NOWEJ DZIEWICY Mówiłeś, że jesteś ze mną po grób Że przyjaźń przetrwa sto burz Czy naprawdę kochasz tej dziury bruk Czy udawałeś jak tchórz? Mówiłeś, że kochasz się w jej sekretach Jej wolnośćiach skrytych w licach dwóch Że jest od Ameryki bardziej przystępna Słyszałem, mówiłeś, nie myli mnie słuch Mówiłeś, "Jak to się mogło stać?" Pytałeś, "Jak może być tak? Resztek zhańbionych brać W barze Tout Blues leży na wznak A my, co miłosierdzia Wbiwszy się w dno, w jamę tą Czy nasza modlitwa była tak niewierna, Że Syn odrzucił ją? Zbierzcie morderców tłum mi Zwieźcie ich w dziurę tą Przywiąźcie tu, do kolumny A zburzę świątynię tą Król wasz dobry i dumny Jego korona we krwi Postawcie mnie przy tej kolumnie Zburzyć świątynię dajcie mi Mówiłeś, "Co się stać mogło?" Mówiłeś, że to wilczy zew Łańcuch spadł, wzniósł się obłok A burza niesie wolność i śpiew... Są pewnie lepsze odzew Z całą pewnością tak jest Oślepłem od śmierci i gniewu A to nie jest dla ciebie najlepsze z miejsc Tam w oknie czeka kobieta I łóżko w dzielnicy Saint Roch Napiszę, jak się skończy rok stulecia Jak świątynię obrócę w proch PRÓŻNA 666 ]Nach der technischen Korrektur[ Byłem twoim kompanem, gdy kur piał, Ostatniej kolejki byłem wart. A potem skończył się nam fart, Lub wszystko, co los nam dał. Najpierw w kamasze wzięli cię W najbardziej cywilnej z wojn. Leżała jak sen, więc nie liczyło się, Po której walczysz ze stron. To nie było takie proste, Gdy wstałeś i poszedłeś w świat. Ale zostawmy tę historię Na jakieś sto lat. Wiem, że jarzmo to ci ciąży, Gdy je ze sobą niesiesz w noc. Niektórzy mówią, że czas je wydrążył, Lecz przecież ono ci ciąży wciąż. Zostawiłeś brudne naczynia, Dziecko i strych pełen farb. Wiem, że z partyzantami trzymasz I że ich bronisz barw. Mówiłeś, że jesteśmy równi, Więc daj mi przy tobie stać. Jako przypis do części głównej, Do barw spłowiałych flag. Miły, ja słyszałem twoją spowiedź, Z tobą paliłam, chciałem konie kraść. Zapomnij tę z mchu opowieść, Gdzie zdrada-zemsta ma koniec kłaść. Widzę Ducha Kultury, Na nadgarstku numer ma. Salutuje konkluzjom, które Jakoś umknęły nam. Płakałem po tobie w ten poranek I będę jeszcze płakać znów. Nie jestem stróżem twych snów, Więc nie pytaj, kiedy na twe rany Popłynie deszcz win i róż, I szampana magnum opus bez słów. Lecz nigdy, przenigdy nie będziemy już Tak życiem pijani aż po nów... I już po zabawie, wyjechali przyjezdni, Lecz ja na nogach stoję, stać chcę. Będę stał na tym rogu, gdzie Wczoraj jeszcze tętniła jezdnia. Byłem ci wszystkim, co Bóg dał, Nieba byś przychyliła mi. Lecz się przeliczyły dni, Niebo uchyliło się od liczby ciał.  TANGO ANUS Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść, Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg, Wtańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób, Utańcz mnie w miłości grób.. Pokaż mi swe piękno, Gdy świadczyć miał nie będzie kto Daj  poczuć, jak tętni W tobie Babilonu noc  Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź, Wtańcz mnie, gdzie miłość traci moc.. Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, tańcz mnie wciąż i wciąż Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag, Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią  Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą, Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to... Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas, Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar, Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić, Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic... Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg Wytańcz mnie w ten płonący skrzypcami piec Dotknij nagą dłonią lub rękawiczką choć Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc Wtańcz, gdzie zechce Bóg "Przytańcz tam, gdzie miłość wciąż jest."    
    • @LessLove to bardzo wzruszający, intymny wiersz. Czuć w nim życie,  które było bajkowe, zrozumienie siebie i drugiej osoby. Wyczuwam także  świadomość  kresu przeżytych razem dni. Trzeba mieć w sobie niezwykłą wrażliwość aby tak pięknie to opisać. Kochać kogoś to niezwykły dar, zwłaszcza w świecie, który uczy nas brać niż dawać. Wzruszasz.
    • @JuzDawnoUmarlem Takie dodatkowe kapcie mają właściciela, który się zadomowił i one się cieszą razem z Tobą :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...