Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Kombinuję i kombinuję, i nie bardzo wiem co, ale coś mi nie pasuje.
Niby tak:
życie przemija - głupio
na wszystko brak odpowiedzi
nim dopełznie
zaśnie na twardej poduszce
pacierza

ale też nie tak.
Nie wiem... Jak się doszukam - powiem. ;)
Słonka, Stasiu!
Opublikowano

Stasiu,
temat bardzo - w mojej tonacji:)

a może tak:

życie mija
wciąż znaki zapytania
nim dopełznie zaśnie
na twardej poduszce
pacierza


uzasadniam - nie zawsze mija głupio,
nie na wszystko brak odpowiedzi
a ten kokon jakiś takiś


Pozdrawiam b. serdecznie

Opublikowano

I chyba się zgodzę z egzegetą - wytoczył dobre argumenty. :)
Chociaż wersja ze znakami zapytania też nie bardzo mi pasuje.
Nie powinnam się chyba wymądrzać skoro nie mam nic pomocnego do powiedzenia,
więc proszę mnie nie słuchać. :)

Opublikowano

Jako pani od przyrody (;-) stwierdzam, że kolejność jest taka: pełznie (to najtrudniejszy, najbardziej niebezpieczny etap) - zasypia w kokonie - odfruwa.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pozdrawiam
:-)
Opublikowano

jesteście naprawdę cudowni, tyle mądrych rad przytoczyliście... a najważniejsze, że prawdziwych
serdecznie WAM dziekuję za uformowanie kolejności w "mojej" miniaturce
i Lady, I Egzegeto, I Marlett, Steffi, Fanaberko, I Antku, I Eugenie, buziaczki ze Szczecina ślę!!!!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



też podzielam zdanie Leny


czasem przemija
tak głupio bez odpowiedzi
by zasnąć
na twardym pacierzu


to dopiero będzie zagadka poetycka :)
Pozdrówka ślę do Szczecina

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...