Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 47
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Bardzo mi się podoba.

Pragnę też zauważyć, że Pan grabarz prawie każdego ktomu da komentarz całuje, czy to kobieta czy facet. Mam nadzieję, że i mi sie cos dostanie. Podlizując się dalej powiem: bardzo lubię czytać Pana trafne komentarze ( serio).

P.s. I wyciełabym jedno " spierdalaj" - to na końcu wersu :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




dziękuję bardzo za miły i zaskakująco pozytywny komentarz
dziękuję także za sugestie

co do drugiego spierdalaj - oczywiście treściowo wiele w wierszu nie zmienia, natomiast
urytmicznia ten fragment, powtórzenie zwraca także uwagę na większa irytację,
i jest to "melodyjna" prośba o spierdalanie - proszę przeczytać na głos - dużo zmienia
nie mógłbym z niego zrezygnować :)

co do całusów
czy mają mieć coś wspólnego z owym podlizywaniem się, o którym Pani pisze, czy tylko w policzek ?

pozdrawiam ;p
Opublikowano

mam wreszcie coś dla Ciebie skarbie
lećmy se prosto od początku
pierwszy dwuwers – sam wiesz, dobra elipsa, fajny; zwyczajnie i bez padania na kolana ‘fajny’ to najlepsze dlań określenie (głównie o tem oblewaniu mówię)
następne dwa: ciut mi zgrzyta, że tak niby dwa podmioty rzucasz – z tej pary starzec/kloszard postarałbym się jednego pozbyć (chyba, że nie rozumiem ukrytego celu)

potem jest świetne kilka wersów… i nagle przychodzi mi do głowy taki ambaras, żeby nie pisać, że ‘ma dla mnie’ – tylko, że ‘ma’ generalnie… i idąc tym tropem wyrzucić ‘jakem autor’ i zrobiłoby się zajebiste poplątanie kto tak naprawdę autor, kto narrator itd. to rozmycie i teraz istnieje ale tylko przez chwilę (chociaż nawet gdy usunąć to o czym mówię to i tak początek ‘autobusem do innych art.’ wywołuje skojarzenie, że mówisz o sobie i innych Tobie podobnych – ale nie szkodzi)

stosujesz powtórzenie ‘znakomitą’ – nie sądzę by było niezbędne
erotyka retoryka – super i wiele skojarzeń i pojemne i w ogóle
w poincie widać to zadęcie, tę chmurną wyższość (komiczną) i tak ma być – namacalnie, sugestywnie (chciałoby się rzec ‘syntetycznie’ ale się nie rzeknie;) )
tekst jawi się zatem sympatycznie blisko człeka… że to picie, że wulgaryzm, że łikendowe wspominki a jednocześnie podsuwa rozkminy (roskminy? – nie wiem nie ma w słowniku;)) podoba się, co będę wodę lał:)

zpas wukłonikiem po izdrówką
Twoja misia

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



pogadaliśmy prywatnie, więc się nie muszę odnosić tutaj już, chyba, że ktoś z czytelników by chciał
bo nurtowałaby go moja odpowiedz (na pewno będzie takich wielu, całe hordy ;d)

dzięki Michalino za rozskmine głębszą

pzd
Opublikowano

wesoły grabarz z owym "spierdalaj" mało wesoły; to jest kopanie grobów pod artystami, Yoriku;
subtelność zawsze była u mnie w cenie, a dosadność odstręcza - także w poezji, w życiu takoż...bo to takie chodzenie z trąbą, kiedy nie wiadomo - kto tą trąbą, czy to dwie trąby...masz ciągle tą samą gombrowiczowską manierę - przedrzeźniania, czas wyrosnąć, czas! J.S

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Jacku Drogi!
Nie mów o manierach, subtelnościach, dosadnościach (o Gombrowiczu lepiej też nie, zostań przy Krasińskim :)) - o treści ni słowa nie rzekniesz? A może treści zwyczajnie w tym nie ma - jesli tak mniemasz - proszę napisz.
To kwestia poetyki i pokolenia.
Poetyki - bo skrajnie innej od Twojej.
Pokolenia - bo ja (mimo, że obca) potrafię na Twoją się otworzyć, Ty zaś na moją już nie.

Nachodzi mnie myśl smutna - nie pierwszy raz o Gombrowicza zahaczasz Jacku - a rozumiesz z niego tyle co z mojego wiersza.
Który nota bene m. innymi o Twoim rozumieniu poezji mówi.

Pozdrawiam serdecznie i zaznaczam, że w tym co napisałem nie ma ani krzty złoścliwości czy jadu - poważnie.

ps., wyrosnąć? z tego? nigdy w życiu.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ja tam lubię miłość francuską ;)

czy mam rozumieć, że na oczach milionów uprawiamy jawny flirt, w wykonaniu co najmniej odważnym? ;>


hehehe

A co wolałby Pan na privie? :) Niech Pan to rozumie jak chce. Głodnemu chleb na myśli :) Ja tylko Panu odpowiedziałam na pytanie, że lubię miłość francuską. :) A Pan?

I nie przesadzałabym z tymi milionami.. :)
Swoją drogą niektórym to podobno dodaje adrenaliny.. :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie ma się czego bać, taka straszna nie jestem :)

Dlaczego Ty?

Dzielicie się dziewczynami? ;)

dziewczynami - nigdy
ale Kowalsky zawsze zazdrości mi
atrakcyjnych i inteligentnych dam
które mają do mnie słabość

w swej pyszałkowatości Pan Miś
sądzi, że po swoim marnym pocałunku
z pewnością damę mi odbije

to mu się
rzecz jasna
nie uda
prawda Pani Dormo? ;>
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie ma się czego bać, taka straszna nie jestem :)

Dlaczego Ty?

Dzielicie się dziewczynami? ;)

dziewczynami - nigdy
ale Kowalsky zawsze zazdrości mi
atrakcyjnych i inteligentnych dam
które mają do mnie słabość

w swej pyszałkowatości Pan Miś
sądzi, że po swoim marnym pocałunku
z pewnością damę mi odbije

to mu się
rzecz jasna
nie uda
prawda Pani Dormo? ;>

Zależy od tego, który z was będzie pierwszy, hehe :)


A to po najprostrzej linii oporu idzie Pan Kowalski :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Jacku Drogi!
Nie mów o manierach, subtelnościach, dosadnościach (o Gombrowiczu lepiej też nie, zostań przy Krasińskim :)) - o treści ni słowa nie rzekniesz? A może treści zwyczajnie w tym nie ma - jesli tak mniemasz - proszę napisz.
To kwestia poetyki i pokolenia.
Poetyki - bo skrajnie innej od Twojej.
Pokolenia - bo ja (mimo, że obca) potrafię na Twoją się otworzyć, Ty zaś na moją już nie.

Nachodzi mnie myśl smutna - nie pierwszy raz o Gombrowicza zahaczasz Jacku - a rozumiesz z niego tyle co z mojego wiersza.
Który nota bene m. innymi o Twoim rozumieniu poezji mówi.

Pozdrawiam serdecznie i zaznaczam, że w tym co napisałem nie ma ani krzty złoścliwości czy jadu - poważnie.

ps., wyrosnąć? z tego? nigdy w życiu.


popatrz na swoje didaskalia w wierszu, na jego choreografię, jakiż to schematyzm! na takim sobie ostrzył ząbki Gombrowicz: starzec, śmierdzący pijany kloszard (to można spotkać wykąpanego i pachnącego perfumami?), artyści, autor, narrator - peel się dystansuje, peel ironizuje i pokpiwa ("...jeszcze coś o życiu śmierci bezwieczności i gwiazdach");
peel wskazuje na zewnętrzną, formalną stronę krytyki, która pomija najważniejsze - autentyzm; tak w odbiorze jak i tworzeniu;
rozdział na peela i autora ("spierdalaj podmiocie sperdalaj"), na podmiot i przedmiot okazuje się zawodny - nie można wyabstrachować z utworu autora, z myśli emocji; z pewnością jest to wiersz o klęsce pewnej optyki, sposoby odbierania (przyjmowania?) dzieła, dobry temat na artykuł, esej, pracę krytyczno-literacką, bo autor wiersza jest bardzo niekonsekwentny pisząc wiersz w którym przyjmuje wszystkie możliwe opcje widzenia rzeczy - czytelnika i artysty, krytyka i poety; nie - w tworzeniu trzeba umieć być po swojej stronie, ale tylko po swojej - inaczej grozi schizofrenia katatoniczna bo są to sprzeczności nie do pogodzenia, jak każdy totalizm ; J.S
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie zgadzam się z głosem js.
Zapewne do tego opisu posłużyła autentyczna sytuacja. Od strony czysto powierzchownej zacznę, od samej sytuacji i jej opisu. Myślę, że niemal każdemu zdarzało się paść "ofiarą" niezwykle familiarnego rzęcha. Patrząc ze strony "ofiary", mamy wszystko, co wypisał autor: obrzydzenie związane z wrażeniami sensorycznymi, złość ("spierdalaj"), zmieszanie wywołane nienaturalnym zmniejszeniem strefy intymnej ("i tak ramię w ramię
jak autor i narrator"). Nie ma może tylko współczucia/litości, ale ono nie w każdym człowieku się pojawia. Nie musi. I autor nie jest od tego, żeby przedstawiać rzewne i stające w gardle scenki społeczne - w tym świetni są dziennikarze, ale raczej powierzchownie. I co w tym złego? Jeśli wydźwięk jest pogardliwy, to co? Nie wolno? Czy mamy z tego tytułu potępiać autora, bo nie wykazał "słusznej wrażliwości"? Nie o to chodzi. Nie od tego jest autor, żeby pokazywać, co jest słuszne. Być może są poeci pretendujący do bycia czyimś sumieniem, ale ja takim z gruntu nie dowierzam.
Dalej mamy pomieszanie, o którym napisałeś, Jacku. Ponownie się nie zgodzę, nie widzę tego pomieszania, tak samo jak nie widzę uzasadnienia dla jednej jedynej optyki w poezji, którą zdajesz się lansować. W tym wypadku kłócę się co do zasady, bo inna to rzecz, czy autorowi wielowymiarowe spojrzenie wyszło. Ale nie o tym chciałem. Fragment "i tak ramię w ramię
jak autor i narrator" moim zdaniem wskazuje na zbytnią familiarność nieznajomego. Wykazuje on nadmierną poufałość. W imię czego? Zwykle raczej nie w imię miłości do bliźnich, lecz w imię partykularnego interesu, którym są symboliczne dwa złote. To budzi niechęć i sprzeciw: jakim prawem? I stąd odpór być może: spierdalaj. Peel właściwy mógłby powiedzieć: "idź sobie". Lecz nie jest Chrystusem. Jest człowiekiem, któremu czasem puszczają nerwy.
Mówi, że jest jego podmiotem lirycznym: podlizuje się, bo wiadomo, czego chce. Do mnie zwykle mówią "kierowniku", widocznie wyglądam na takiego, na którego to wystarcza.
Moim zdaniem ten wiersz porusza tematykę ludzkiej słabości, która jest główną przeszkodą w osiągnięciu wszechpanującej miłości do bliźniego, bez względu na to, jaki jest.
Co do schematyzmu. Prawdopodobnie tak. Tyle że sytuacja będąca rdzeniem konceptu jest sama w sobie schematyczna. To inna dyskusja, czy warto pisać opierając się na schematach życia codziennego. Ten rzęch jest schematyczny, choć wzniósł się na wyżyny swojej inwencji, to też swego rodzaju dramat;). Moim zdaniem peel właściwy nie przyjmuje tutaj wielu ról, to jest tylko manipulacja pojęciami, przy wczytaniu się w tekst widać, że służą one jedynie metaforyce i grom słownym.
To były uwagi ogólne, mk się już wypowiedział szczegółowo odnośnie warsztatu, chyba nie ma co tutaj dodawać. Na koniec napiszę, że chciało mi się ten wiersz przeczytać kilka razy. Tak samo, jak chciało mi się nieraz przeczytać twój wiersz, Jacku. Różnicie się, ale jesteście ludźmi. Dogadujcie się.;)
Opublikowano

Nie pamiętam...
ale - czy dedykacja nie jest dopisana ex post?
To by wiele wyjaśniało...
bo najbliższy rozgryzienia wiersza był właśnie Miś (to oczywiście tylko - moim skromnym zdaniem ;)
Pomimo pozorów - wiersz nie jest dopracowany (czyt. domyślany). Zwłaszcza początek, opis sytuacyjny, nakreślenie postaci występujących w "dramacie" (artysta? :P do innych artystów? - po egzaminach; hehe - Rimbaud rzucił naukę w liceum, gdy postanowił zostać artystą!); (ten drugi - obcy: nie dość, że starzec, to oczywiście śmierdzi, bo kloszard, więc musi być pijany i śmierdzieć, i być stary...? - bzdura, panie G.). Ten początkowy zapis równoważnikowy ma oddać niby autentyzm sytuacji - ale to narracja zewnętrzna, prozatorska, czy nawet gazetowa. To nic nie znaczy w wierszu.
Zatem już początek wzbudza w czytaczu irytację i podejrzenie "fałszu" - schematyzmu obserwacji, podziału ról.
jeszcze coś o życiu śmierci
bezwieczności i gwiazdach

- czy autor może wytłumaczyć jaką funkcję w wierszu pełni ten fragment? (pomijamy, że może był to zapis prawie automatyczny z realu).
Sprzeczność widzę też w zestawieniu:
"jak autor i narrator" (są "ramię w ramię") - "mówi że jest moim / lirycznym podmiotem"
Chyba poloniście nie muszę tłumaczyć, że coś tu zgrzyta (nie przyjmuję do wiadomości, że monolog po alkoholu - to za proste wytłumaczenie, a nie widzę potrzeby/konieczności zaplątania dwóch różnych działów pisania, jeśli już konsekwentnie ma być autotematycznie, niech zostanie wiersz i jego atrybuty).
I jeśli byś WG przyjął taką optykę - sam zobaczysz, że wiersz zaczyna się od "mówi..." (powiedzmy, że jest przedtem wers wprowadzający). Wtedy byłby to essay o niemożliwościach w poezji.
Oraz o heroicznej postawie Autora ;)
Ale nie innego artysty!
Kloszarda, nb. skąd to francuskie określenie nagle się tu wpina?, mamy swojskie: "król życia" czy też zwykłe "dziad" utrwalone już w 'spieprzaj dziadu' ;)
Końcowa gra słowna jest może i zabawna, tylko co daje drugi uzyskany sens? Wytłumaczysz mi z łaski swojej?
b
PS. bardzo dobry tytuł i to pointowe "retoryka" (w tym wierszu więcej jest formy, niż "życia" ;)
PS 2 - ironii musisz się jednak jeszcze uczyć od Misi ;)
PS 3 co nie zmienia faktu, że to Twój najlepszy wiersz, jaki czytałem - grabka ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Jacku Drogi!
Nie mów o manierach, subtelnościach, dosadnościach (o Gombrowiczu lepiej też nie, zostań przy Krasińskim :)) - o treści ni słowa nie rzekniesz? A może treści zwyczajnie w tym nie ma - jesli tak mniemasz - proszę napisz.
To kwestia poetyki i pokolenia.
Poetyki - bo skrajnie innej od Twojej.
Pokolenia - bo ja (mimo, że obca) potrafię na Twoją się otworzyć, Ty zaś na moją już nie.

Nachodzi mnie myśl smutna - nie pierwszy raz o Gombrowicza zahaczasz Jacku - a rozumiesz z niego tyle co z mojego wiersza.
Który nota bene m. innymi o Twoim rozumieniu poezji mówi.

Pozdrawiam serdecznie i zaznaczam, że w tym co napisałem nie ma ani krzty złoścliwości czy jadu - poważnie.

ps., wyrosnąć? z tego? nigdy w życiu.


popatrz na swoje didaskalia w wierszu, na jego choreografię, jakiż to schematyzm! na takim sobie ostrzył ząbki Gombrowicz: starzec, śmierdzący pijany kloszard (to można spotkać wykąpanego i pachnącego perfumami?), artyści, autor, narrator - peel się dystansuje, peel ironizuje i pokpiwa ("...jeszcze coś o życiu śmierci bezwieczności i gwiazdach");
peel wskazuje na zewnętrzną, formalną stronę krytyki, która pomija najważniejsze - autentyzm; tak w odbiorze jak i tworzeniu;
rozdział na peela i autora ("spierdalaj podmiocie sperdalaj"), na podmiot i przedmiot okazuje się zawodny - nie można wyabstrachować z utworu autora, z myśli emocji; z pewnością jest to wiersz o klęsce pewnej optyki, sposoby odbierania (przyjmowania?) dzieła, dobry temat na artykuł, esej, pracę krytyczno-literacką, bo autor wiersza jest bardzo niekonsekwentny pisząc wiersz w którym przyjmuje wszystkie możliwe opcje widzenia rzeczy - czytelnika i artysty, krytyka i poety; nie - w tworzeniu trzeba umieć być po swojej stronie, ale tylko po swojej - inaczej grozi schizofrenia katatoniczna bo są to sprzeczności nie do pogodzenia, jak każdy totalizm ; J.S

didaskalia i choreografia - dobrze się czujesz? :)
kloszard wcale nie musi śmierdzieć i być pijany
(to jest w ogóle problem drugorzędny - ale te perfumy to przechodzenie w skrajność - b. powszechny i niezwykle mało wyszukany zabieg retoryczny)
ja w wierszu nie stoję pożadnej stronie
a pomieszania z poplątaniem nie ma
piszę z JEDNEJ perspektywy

cóż, zupełnie nie czujesz tego wiersza Jacku
i nie chcesz czuć
trudno

pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...