Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Pierwsza lekcja jazdy konnej.

Odprowadzał brat do stajni klacz.

Klacz była stara, siwej maści.

Była to własność babci, i stajnia też do niej należała.

Prowadził brat tę klacz przez podwórze, a ja tam akurat się bawiłam.

Przywołał mnie brat, i nim się spostrzegłam posadził mnie na grzbiet tej klaczy.

Nagle znalazłam się wysoko nad ziemią, ale na dłuższe rozmyślania to nie było czasu.

Zauważyłam, że siedząc na grzbiecie klaczy nie zmieszczę się w drzwiach stajni, bo były zbyt niskie.

Do stajni było już tuż, tuż, więc z tym ładunkiem niespodziewanych emocji w sobie, zaczęłam wrzeszczeć wniebogłosy.

Wtedy, oczywiście w odpowiedniej chwili, po prostu zdjął mnie brat z tej kobyły, i postawił na ziemi, bez słowa, bo sam musiał zająć się klaczą.

Było, minęło ale dobrze pamiętam, a urazu nie mam.

Zajączek wielkanocny.

Święta Wielkanocne, to jedno z najważniejszych świąt w roku, i wszyscy uroczyście je świętują.

Tak samo było dawno temu, około roku 1965, chociaż świat wyglądał wówczas mniej kolorowo,

a jajka malowało się przeważnie w cebulaku, tzn.w wywarze z łupinek cebuli.

Mama organizowała te święta, i obmyślała listę potraw, a rodzina tylko jej "pomagała". 

Brat, jak to brat...też był pomysłowy.
Tego dnia, gdy przebudziłam się rano, na dworze leżał śnieg, i było chłodno.

Przyszedł brat z tajemnicza miną, i powiada;
- Wstawaj i ubieraj się szybko, pójdziemy do sadu, bo chyba już zając wielkanocne jajka roznosił, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Nie dowierzałam, ale czułam zapowiedź przygody, i słodki niepokój.

Poszłam do sadu, a tam pod krzaczkami leżały kolorowe, jeszcze ciepłe pisanki malowane w cebulaku.

Bardzo się ucieszyłam z tej niespodzianki, jednak moją uwagę przyciągnęły ślady w śniegu.

Sądząc po rozmiarach śladów, to ten zajączek był mutantem, bo nosił buty numer dziewięć.

Oniemiałam...


W puszczy. 

Pewnego razu zabrał mnie brat około półtora kilometra od domu, jak mi się wówczas wydawało, bardzo daleko.

W głębi pola, choć nie daleko od drogi, rosła kępa drzew i zarośli.

Nazywaliśmy to miejsce puszczą.

Owa puszcza wydawała się wówczas dla mnie tajemnicza, i nieco groźna.

Po dotarciu na miejsce rozejrzeliśmy się po terenie, i po zaroślach.

Przyznaję, że niewiele widziałam, bo trawy były tam wyższe ode mnie.

Brat zaproponował mi zabawę w chowanego.
- Ja będę Cuckiem - tak nazywał się pies sąsiadów - a ty zajączkiem, powiada brat.

Odwrócę się twarzą do drzewa, i policzę do dziesięciu, a potem będę ciebie szukał, tylko dobrze się schowaj.
Tak też zrobiłam.

Nie oddaliłam się zbytnio.

Schowałam się za grubym pniem.

Brat trochę przedłużał to szukanie, ale w końcu mnie znalazł ukrytą za grubym pniem drzewa.
- Teraz ty odwrócisz się, i policzysz do dziesięciu - tylko nie podglądaj - a ja się schowam - kontynuował zabawę.
Jak powiedział, tak też zrobiłam .

Policzyłam do dziesięciu, i zaczęłam rozglądać się.

Zarośla i drzewa urastały do rozmiarów puszczy, a brata, jak nie widać, tak nie widać.

Zaczęło mi się zbierać na płacz, bo może tak mnie tu zostawił, i poszedł sobie.

Trwało to dłuższą chwilę.

Widocznie obserwował mnie z ukrycia, bo akurat odezwał się.

Wtedy go dostrzegłam. Ukrył się wysoko na drzewie, pomiędzy konarami.

Tak wysoko, gdzie nawet nie starałam się go szukać.
 - Nie bój się, jestem tu, już do ciebie schodzę - powiedział mój duży brat.

W ten sposób - w zabawie - mógł mnie uratować z opresji, i zabrać z groźnej puszczy do domu.


Spotkanie z trzmielem.

Innym razem zabrał mnie brat na łąkę.

Było to latem, i byłam lekko ubrana.

Miałam na sobie kolorową sukienkę, i buciki.

Powietrze drgało w upale, asfalt był lepki, tu i ówdzie rosły poziomki.

Poziomki były słodkie, dorodne i aromatyczne.

Wokół pełno było różnych owadów: fruwały, pełzały, latały, skakały, brzęczały, i bzykały.

Byliśmy około kilometra od domu.

Sielanka.

Nagle brat wpadł na jeszcze jeden świetny pomysł.
-

Zdejmij bucik z prawej nóżki

- powiada do mnie.
- Po co mam zdejmować bucik? - pytam.
- Jak mówię zdejmij, to zdejmij - nalegał brat.
Posłusznie zdjęłam więc bucik z prawej nóżki.

Tuż, tuż w trawie latał brzęczący bączek, to znaczy trzmiel.
- Nadepnij nóżką bączka - nakazał brat, nic ci się nie stanie -zapewnił.
Nadepnęłam więc nieszczęsnego bączka, a on natychmiast wkłuł mi żądło w spód stopy.

Rozpłakałam się, bo to było bardzo piekące.

Stopa obrzękła mi od spodu, więc brat musiał zanieść mnie do domu "na barana".

Być może zaserwował mi naturoterapię...


Otwieraj, jestem bandytą.

Pewnego dnia na długiej przerwie miałam przyjść do domu - to było bliziutko od szkoły - aby doglądnąć chleba, który piekł się w piecu, i nie mógł tam "siedzieć" zbyt długo, bo przypaliłby się.

Przyszłam więc, otworzyłam piec, i robię, co mi nakazano, aż tu nagle ktoś wali do drzwi.
- Otwieraj, jestem bandytą - krzyczy za drzwiami nosowy głos.

Wystraszyłam się bardzo.

Otwierać ani myślę, tylko pędzę do drugiego wyjścia, i wydostaję się do ogrodu z drugiej strony domu.

Szybko biegnę przez sad do furtki.

Za furtką to już była droga, a za drogą boisko szkolne.

Dopadłam furtki, oglądam się blada ze strachu, z sercem w gardle, a zza domu wyłania się mój brat i mówi:
- Nie bój się, to ja, żartowałem tylko.
Popatrzyłam, odetchnęłam, i jeszcze roztrzęsiona pobiegłam na kolejną lekcję.

Nic się nie stało.


Zakład. 

Zabrał mnie kiedyś brat ze sobą na zabawę.

Zbytnio o mnie się nie troszczył, bo też nie musiał.

Tego wieczoru przyszedł mu jednak do głowy jeden z ciekawych pomysłów.

Mój brat był brunetem o ciemnych oczach - teraz już mocno szpakowaty - opalał się na kakao, i wzrostu mu nie brakowało.

O jego pomyśle nic nie wiedziałam, więc nie byłam świadoma tego, co się dzieje.

Brat spotkał swoich kolegów, i zaproponował im zakład.

Mniejsza o co, mnie to nie dotyczyło. Koledzy mieli za zadanie odnaleźć na sali siostrę, bez żadnych dodatkowych wskazówek.

No i szukali wyrośniętych brunetek, gdy ja tymczasem spokojnie bawiłam się w towarzystwie rówieśników.

Pamiętam, że w czasie tej zabawy poprosił mnie do tańca jakiś mężczyzna w wieku brata, ale mnie o nic nie wypytywał.

Brat wygrał zakład.

Po zabawie zabrał mnie do domu.


Osiemnastka.

Ukończyłam osiemnaście lat, piękny to wiek.

Urodziny świętowałam skromnie z rówieśnikami, na łonie natury i do późna.

Taki ciepły, przyjemny, majowy wieczór.

O urodzinach pomyślał też następnego dnia mój brat, i tak do mnie powiada:
- Skończyłaś osiemnaście lat, to napij się ze mną wina.
Byliśmy w sadzie, brat wyjął czerwone wino.

Rozmawialiśmy o banalnych sprawach, i popijaliśmy to wino.

W pewnym momencie poczułam się dziwnie.

Po prostu moja miarka już się przebrała.

Powiedziałam bratu, że czuję się nieprzyjemnie, i tego wina mam absolutnie dość.
Brat popatrzył na mnie uważnie, po czym powiedział:
- No, widzisz, jak to jest... od dzisiaj będziesz wiedziała, że tyle wina, to ci już nie wolno pić.

Tak skończyła się lekcja picia wina,

i muszę wyznać, że wina nie lubię pić.

No, maleńką lampeczkę, przy szczególnej okazji, jeśli bardzo dobre.

Edytowane przez _Mari_anna_ (wyświetl historię edycji)
  • 3 tygodnie później...
Opublikowano (edytowane)

Nie dowiedziałam się, czy pomysły - to tylko niektóre - mojego starszego brata podobają się, czy nie?

Z mojego punktu widzenia, to lepiej, że je miewał, niż gdyby nie miał żadnych.

Ten mój starszy brat, to - bywało za czasów szkolnych - na wywiadówkę zamiast rodziców chodził. 

(Dokładnie mówiąc, to mój Ojciec nie był nigdy na żadnej wywiadówce, a żył ponad 90 lat. 

Pamiętam jego powiedzonko, być może na serio:

"Jak nie chcesz, to się nie ucz, będziesz krowy paść".

W sensie, że pracy nie brakuje. 

Uważam, że - pomimo wszystko - był niezły z matematyki. 

Porozumiewał się z nami przeważnie niewerbalnie; spojrzeniem, miną, niewiele mówiąc, więc trudno było poznać jego przeszłość; dolę i niedolę).

Edytowane przez ~Mari*anna~ (wyświetl historię edycji)
  • 13 lat później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nocą skradam się gdy spisz łapię serca twego rytm w dłonie nim spłonie ostatni zmysł pożądanie rozpuszcza czas mogę tak trwać stać na skraju jawy i snu dzień po dniu dotykać twych ust i poruszać jak nikt scałować cały lęk i wstyd rozpieścić szósty zmysł wbijam paznokcie w blady świt nie chcę iść przywieram do ciebie nim otworzysz oczy i siebie zapłonę po stokroć zapalę te iskry gwiazdy na niebie pragnień nie oddam żadnej lecz oddam się jak chcesz każdej nocy w każdy dzień w każdym śnie pragnij mnie nie nasycisz się wcale choć jestem skazą twój kosmos rozpalę oddalę się by wpaść w twe dłonie zapłoniesz a z tobą świat wiem żadnych szans lecz proszę oddychaj mną jeszcze choć jestem skażonym powietrzem wnikam w nas wciągasz mnie a ja twój error piekielny żar(t) chcę trwać...
    • @Berenika97Musisz go odnaleźć i przekonać.... Wiersze to nasze dzieci, powinny nam ufać .... Pozdrawiam:)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Alicja_Wysocka Dodam jeszcze:  Bywają tak zwani "wszystkojady" czyli jedzą wszystko: warzywa, owoce, mięso i oczywiście słodycze w różnej postaci, a ich żołądki to istna przetwórnia witamin i cukrowych przysmaków. Taka mieszanka zapewne nie jest zdrowotnym objawem, lecz pokusa jest tak silna, że na sam widok słodyczy oczami zaczynają pożerać wszystko co słodkie. Na ten przykład chleb ze śmietaną posypany sowicie cukrem, kogel mogel i wiele innych. Sumując, wszystkojady posiadają ogromny apetyt i nie wybrzydzają. :-))))) Pozdrawiam serdecznie!
    • Już wiem, że to sen. Ta wiedza niczego nie ratuje. Biegnę - a raczej zapadam się w bieg. Jak człowiek w melasie. Ruch istnieje, ale nie ma prędkości. Miasto znam. Na pewno znam. Byłem tu kiedyś. Albo śniłem, że byłem. Ulice rozpoznają mnie szybciej niż ja je. Bruk pamięta ciężar moich stóp, choć nogi mam z opóźnionej decyzji ciała. Próbuję przyspieszyć. Ciało nie wierzy. Każdy krok ciągnie się jak źle postawione zdanie, którego nie da się cofnąć. Asfalt ma temperaturę krwi. Wpija się w podeszwy. Zlizuje moje imię z dokumentów w kieszeni. Oddycha. Przytrzymuje mnie jak dłoń na karku. Wciąga sznurówki, resztki tętna. Miasto bierze mnie małymi porcjami. Ktoś jest za mną. Od pierwszej sekundy mojego snu. Słyszę go w zmianie powietrza. W tym, jak cisza robi się cięższa. To drapieżnik. Poluje. Jego obecność zagęszcza ulice. Oddech ma wagę betonu w ruchu. Nie słyszę kroków. Słyszę, jak pod jego ciężarem pękają cząsteczki powietrza. Jest tak blisko, że moja własna skóra próbuje się odwrócić, by go nie widzieć. Wie, że nie muszę się spieszyć - to ja muszę. Uciekam w kręte uliczki. Znam je. A jednak nie wiem, gdzie jestem. Miasto przesuwa mapę pod stopami. Znajome miejsca gubią nazwy. Nie ma kierunków. Jest tylko przód i to, co jest za mną. Biegnę w miejscu. Nogi mielą noc jak zużyty mechanizm. Powietrze gęstnieje, opiera się płucom, myślom, strachowi. Oddycham za wolno. Przez chwilę sen patrzy na mnie. Krzyczę. Krzyk nie wylatuje. Zastyga w przełyku jak stygnące szkło. Rozrywa płuca od wewnątrz, bo świat nie chce go przyjąć Gardło pęka - ale krzyk wraca, wbity z powrotem w usta jak knebel z własnego ciała. Kamienice nachylają się tak nisko, że czuję na karku ich stęchły oddech. Zamykają powieki fasad. Miasto mnie pamięta. I to jest najgorsze. To miasto śni mnie dokładniej, niż ja potrafię śnić je. Bruk układa się w kształt moich lęków, zanim zdążę o nich pomyśleć. Drzwi są oczami. Okna - jamami ust. Nikt nie pomaga. Wszyscy wiedzą, jak to się kończy. Cień za mną jest cierpliwy. Cień nade mną rozlewa się jak smoła, która zna każdy mój krok i wie, gdzie zwolnię. Upadam. Podnoszę się. Jeszcze wolniej. Drapieżnik już stoi przede mną. Nie goni. Czeka. Aż do niego dojdę na resztkach ruchu. Serce wali w żebra jak pięść w zamknięte od wewnątrz drzwi. Sen dławi mnie ręką z betonu włożoną w gardło. Krzyczę. W nocy. Krzyk przebija sen, ściany, cudze sny. Budzi domowników - obcych świadków mojego pościgu. Pęknięcie. Światło. Budzę się. Sprawdzam dłonie. Pod paznokciami mam pył z tamtego bruku. Cisza w pokoju nie jest pusta. Ma ten sam ciężar, co tam, za rogiem. Z gardłem spalonym od krzyku. Z sercem, które jeszcze biegnie. Leżę w łóżku. Cisza oddycha obok. I nie wiem - czy to miasto istnieje naprawdę, czy tylko wraca nocą po mnie.      
    • Oooooooobażaaaanki! preeeecle! 3 w cenie 2, tylko dziś! Okaaaazja! Oooooooobażaaaankiiiiiii!!!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...