Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

stań gdzie tam kiedyś jako chmura w polu
i zapłacz jakoż w ostrowe gadanie
a nuż poruszysz jakiego tam wołu
co z cienia liże, acz spogląda na nie
jakby na żarcie, toż dla wszystkich starczy
jako wystaniem strach ręczy, imć stańczyk,

a kiedyż ptactwo podziobie, a z dołu
robactwo siądzie i zacznie gaworzyć
weź do gromady jakiej iskry dołóż
bo cóż po tobie wśród ostrzonych noży
stać jakby w słońcu, kto piłę dostarczył
staniem wystraszysz, ręczy, imć strach stańczyk,

i tak to tylko świtanie dokłada
nowym dźwiganiem, dyć na tyczce stanie
na długo takoż jak siąść gdzie nie nada
boć życie podłe, acz, spoglądać na nie
a one wichrem zaraz ci zawarczy,
jako wystaniem strach ręczy, imć stańczyk.

------------------------------------------------------
Ostrowe Stańczyki – wieś w pow. przasnyskim.
Stańczyk - zdrobniale Stanisław

Opublikowano

no gubię się troszkę:
ten Staś za stracha na wróble robił?
czy:
Staś był jak strach bo ten "wystaniem" nigdy nie zawodził i dlatego tak ręczy za wszystkie prawdy o których mówi?
czy cóś....

boć życie podłe, acz, spoglądać na ni ale ^ to tylko literówka
nie ma co się bać i tak jesteś mistrzem w robieniu swojego, a i rytm zawsze jest i rymy piękne, poprostu ja czasem nie ogarniam za pierwszym razem.
Pozdrawiam YMMY

Opublikowano

Dwie pierwsze strofy bardzo mi się podobają. Ostatniej nie rozumiem, zbyt skomplikowana składnia albo co (jak dla mnie). Tyle szczyrości.
A co z moim Ryczywołem? (Ależ oczywiście, że nie musisz się tłumaczyć, nie, no nawet nie powinieneś!).
Pzdr, ukłn, itd., itp. OJ.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...