Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Od blisko dwóch godzin opowiadał mi swą historię. Zapadł zmrok i, jak zwykle o tej porze roku, zrobiło się zimno. Przyjemnie było czuć promieniujące z jego pleców ciepło i wsłuchiwać się w zharmonizowaną z oddechem, monotonną przypowieść o aniele.

Nie wiem dlaczego właśnie mnie wybrał na swego spowiednika. Przypuszczam, iż nie mógł wiedzieć, że go zrozumiem, że uwierzę. Jestem pewien, że tego nie wiedział. Nie wiedział także, że poczuję dla niego podziw i stanę się odrobinę zawistny, że uznam całkowitą słuszność jego motywów.

Pochlebiało mi słuchanie tego, co mówił. Czułem zadowolenie ze wspólnoty naszej wiary i naszej wiedzy. Smuciło mnie tylko, że nie byłem w stanie przekazać mu tego, co czułem, nie byłem w stanie pocieszyć go, nie mogłem wstać i powiedzieć:
"Słuchaj stary, postąpiłeś dobrze, to nie było i nie jest szaleństwo i ja to wiem." Nie mogłem.

Spotkaliśmy się przypadkiem, a może jakimś zrządzeniem losu, i od razu go polubiłem. Wybiegł z lasu lekko zdyszany, często oglądał się za siebie. Na jego twarzy nie było strachu ale nie było też pewności siebie, tak bardzo ludzkiego zamknięcia się we własnym ja i traktowania otoczenia jak widowni cyrkowego popisu. Dostrzegł mnie, podszedł i bez słowa usiadł obok. Po chwili poczułem ciepło jego ciała i zwalniający oddech.

Być może monotonia krajobrazu, prawie czarna, wieczorna zieleń trawy na tej ogromnej łące, a może po prostu zmęczenie milczeniem spowodowało, że zaczął mówić.

Głos miał zachrypnięty, co jest chyba czymś normalnym po około trzydziestu godzinach marszobiegu. Oczywiście, jeżeli przyjąć, że trzydziestogodzinny marszobieg jest czymś normalnym.

To było zaledwie noc temu. Obudził go krzyk dziecka, nie płacz - co byłoby zwyczajne, lecz niepokojący krzyk. Krzyk kilkugodzinnego dziecka, którego łóżeczko stało w tym samym pokoju, co trumna matki. Chciał, może naiwnie, aby ich syn przebywał z nią jak najdłużej, aby odczuł jej ducha, ujrzał duszę.

Już wtedy poczułem w nim bratni charakter. Wiedziałem, że jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Wieczny absurd: jakże inni a przecież tacy sami! Pomyślałem: "Mów dalej, stary!"

Kiedy wszedł do pokoju, było już cicho. Szeroko otwarte oczy dziecka odbijały słaby blask dwóch gromnic stojących u wezgłowia zmarłej. Dopiero po chwili dostrzegł szarawy, podłużny kształt pomiędzy katafalkiem a łóżeczkiem. Zbliżył się i zrozumiał, że to anioł. Leżał na boku a krew przesiąkała mu przez skrzydła. Dziecko nieruchomo wpatrywało się w lekko poruszającą pierś zjawy. Wyraźnie dostrzegł przestrach i prośbę we wzroku syna, choć ten nie patrzył na ojca. W tym momencie, tak jak ja wiele razy, czuł się zbędnym elementem mistycznego spektaklu, intruzem, zbłąkanym cudzoziemcem, który nagle wszedł do cudzego mieszkania, a nikt nie zwraca na niego uwagi. Wtedy anioł wyszeptał: "Potknięcie, zwykłe potknięcie, dlaczego ...?"

Głos mu drżał, kiedy mówił: "Nie wytrzymałem. Wybiegłem i zatrzasnąłem drzwi ale nawet tam czułem zapach krwi." Zamknął oczy, tak, jakby po raz drugi tego doświadczał. Po raz drugi, milcząc.

Potem usłyszał krótki krzyk syna. Ponownie wszedł do pokoju. Niemowlę miało zaciśnięte piąstki, podkurczone nóżki, zamknięte oczy i wtuloną w ramiona główkę, jakby chciało stać się na powrót embrionem. Przeczuwał, wiedział, że anioł umarł. Pozostał tylko zapach krwi dominujący nad swądem zwłok żony. Syn powoli wyprostował się w swym łóżeczku, przekręcił główkę i błagalnym wzrokiem spojrzał na swego ojca.

Wiem, jak bolesna musiała być walka jego uczuć z wiedzą o tym, czego żądało dziecko, czego pragnęło, o co żebrało. Choć o tym nie mówił, wiem, że próbował nie dopuścić do siebie tej myśli. Czuję jego strach przed zwerbalizowaniem w umyśle niemej prośby: zabij mnie. Milczał, a ja czułem to, co on czuł wtedy, myślałem, co on myślał. I cierpiałem tak samo jak on.

Wtedy usłyszeliśmy psy. On drgnął, spojrzał w stronę lasu, obrócił się i mocno mnie objął. Zobaczyłem jego młode, lecz zniszczone świadomością dłonie, a wyobraźnia podsunęła mi ich obraz:
zaciskające się na drobnej szyjce dziecka, którego oczy wyrażały już jedynie miłość i wdzięczność. Teraz ręce te, spocone przywierały do mnie, tuliły się. Czułem ich drżenie i słyszałem jego głośny, nierówny oddech, który spowijał mnie ciepłym całunem wspólnoty. Słychać już było trzask suchych gałązek pękających pod stopami ludzi i psów. Po chwili ich ciemne postacie pojawiły się na skraju lasu.

- Tam jest, sukinsyn morderca, tam jest - krzyczeli a on jeszcze mocniej przytulał się do mnie. Ci bez psów podbiegli i zaczęli go szarpać, niektórzy kopać.
- On nie mógł żyć! Nie mógł! - mówił szybko a paznokciami wpijał we mnie. - Nie mógł, znał prawdę! Uwierzcie mi, znał ją! Anioł się potknął! Potknął się!
Byłem bezsilny a oni nie słuchali go. Krzyczeli - Odciągnijcie go od tego głazu! Oderwijcie go!

Cały czas prosił, by uwierzyli, by zrozumieli, że życie jego syna byłoby nie do zniesienia, byłoby koszmarem, lecz uważali go za szalonego. Za szalonego dzieciobójcę. Byłem zrozpaczony. Zdawałem sobie sprawę z bezowocności jego wysiłków i czułem, jak jego ręce powoli słabną i ześlizgują ze mnie. Z wysiłku, mówił tak niewyraźnie, że chyba tylko ja go rozumiałem.
- On nie zapomniał! Nie zapomniał prawdy. Anioł potknął się, gdy chciał go uwolnić od brzemienia wiedzy. Potknął się. Potknął i wykrwawił. Oderwali go ode mnie i wykręcili ręce. Szarpiącego się poprowadzili w stronę lasu. Później usłyszałem tylko słaby krzyk, skierowany do mnie, a może ku Bogu?
- Musiałeś mnie zrozumieć! Przecież musiałeś! Mój boże, jestem tylko kochającym ojcem! Nie chcę być świętym!

Słuchałem tego roniąc łzy duszy w niemym cierpieniu. Być może jeszcze bardziej osamotniony niż on. Łatwo przewidzieć karę, jaka go spotkała. Łatwo przewidzieć jego koniec. A jak przewidzieć mój?

Opublikowano

Zrobiło się prawie zupełnie ciemno i, jak zwykle o tej porze roku i dnia, zimno - prawie zykreślić, i dnia niepotrzebne, psuje zdanie
... drobną zawiść - to bym zmienił

Dla mnie to wygląda bardziej jak szkic (ale wszystkie twoje teksty tak wyglądają, uznam wiec że wybrałeś sobie taką formę). Starasz się pisać poetycko, wyniośle, a potem: słuchaj stary. Mnie to nie pasuje.
Chciałbym zobaczyć "normalne" opowiadanie, z akapitami i innymi takimi bzdurami.
Pozdrawiam;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dziękuję. Poprawiłem.



Ten dysonans miał dwa podstawowe cele: moment pewnej fraternizacji pomiędzy głównymi bohaterami i zatarcie podziału na ważne, podniosłe, trudne i proste, zwyczajne. Mam teraz jednak wątpliwości, czy zabieg ten mi się udał.

Dziękuję.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena  U Ciebie nie ma rutyny . Są emocje, ciarki, gęsto, gejzer emocji. I refleksja ... Pozdrawiam ciepło.
    • @hollow man   Dla mnie jest to niezła lekcja o kosztach, jakie płacimy za próbę całkowitego opanowania świata. Niszcząc naturalne bariery (brzegi rzek) zamiast wolności - zamykamy się w sztucznym, wyreżyserowanym świecie. To metafora świata, w którym wszystko stało się płynne i pozbawione fundamentów. Żyjemy w kłamstwie tak głęboko, że tylko śmierć, jest w stanie nas z niego wytrącić i pozwolić nam dostrzec "błyski prawdy". "Błyski" - to słowo sugeruje, że prawda nie jest już stałym światłem. Bardzo intrygujący wiersz. :)
    • Tajemnicą jest życie bez tajemnic.
    • jej mąż ma ciało które nie uznaje granic nie kończy się w jednym miejscu rozlewa się po domu jak coś co nie zostało dobrze zakręcone jak awaria która nauczyła się chodzić wchodzi w kątyo na szybie zostawia po sobie ślady ciepła zapach potu i coś co przypomina wczoraj śpi ciężko z otwartymi ustami jakby łapał powietrze z innego życia jakby coś z niego wychodziło zamiast powietrza chrapie w rytmie który nie pasuje do niczego jak rozregulowana betoniarkia która mieli resztki ich wspólnych nocy chrapie w kilku językach naraz jak maszyna która próbuje przypomnieć sobie po co została zbudowana materac przyjmuje jego ciężar jak wyrok bez odwołania jakby ktoś próbował z niego wycisnąć ostatnie lata gwarancji rano podnosi się powoli najpierw bebech potem barki potem reszta jakby składał się z części które nie chcą współpracować szoruje bezwstydnie paznokciami po skórze jakby zdzierał tynk z nieopłaconego mieszkania drapie się pod koszulką która przykleiła się do niego jak druga skóra po przejściach jego skóra jest jak stary paragon wyblakły nieczytelny dowód zakupu człowieka, który dawno przestał działać i dlaczego nie podlega zwrotowi drapie się po brzuchu jak po bębnie w który los uderza co rano żeby sprawdzić czy w środku jest jeszcze jakiś dźwięk czy tylko echo pustych kalorii ona udaje że śpi bo zna kolejność zdarzeń wstrzymuje oddech tak długo że krew w skroniach zaczyna tętnić: uciekaj, uciekaj ale jej nogi są z ołowiu jakby on już dawno je sobie pożyczył wie że zaraz padnie to pierwsze westchnięcie ciężkie wilgotne jak ręcznik zostawiony w łazience na kilka dni które wejdzie jej pod żebra i zostanie tam jak niechciany lokator idzie do kuchni stopy stawia całym ciężarem jakby sprawdzał czy podłoga jeszcze go znosi otwiera lodówkę światło robi z niego dowód rzeczowy stoi przed nią długo z ręką w spodniach z głową w świetle jak eksponat w muzeum rzeczy zepsutych z twarzą która nie zdecydowała się jeszcze być człowiekiem jego ciało to magazyn w którym ktoś chaotycznie upchnął zapasowe lata a on próbuje je teraz przełknąć razem z zimną parówką z biedronki je bez apetytu ale dokładnie miażdży materię jakby jego zęby były ostatnią sprawną niszczarką w tym domu ostatnią instytucją która jeszcze działa mieli wszystko: chleb ciszę i resztki nadziei na to że jutro będzie lżejszy on jest jak żywa usterka w instalacji świata przez którą wycieka Bóg w dresach z wypchanymi kolanami jedyny namacalny dowód na to że nicość ma jednak kogoś na etacie liże palce powoli bez skrępowania a ona patrzy na to i czuje coś między litością a zażenowaniem jej ciało próbuje się zmniejszyć zrobić miejsce dla jego istnienia kiedy mówi że coś naprawi powietrze w domu robi się twardsze on nie naprawia on wchodzi w rzeczy całym sobą siłuje się z kluczem francuskim jak z obcą cywilizacją poci się natychmiast pot wychodzi z niego jak decyzja podjęta bez konsultacji jak wyciek danych którego nie da się zatrzymać wygląda jak rzeźba pod tytułem błąd w sztuce mokry pomnik ku czci wszystkich mężczyzn którzy zginęli przy próbie wymiany uszczelki w kranie sapie zaklnie urwie zaleje stoi potem w tej wodzie mokry do pasa zadowolony przez chwilę jak dziecko które rozwaliło zabawkę żeby zobaczyć co jest w środku ona odwraca wzrok ale słyszy każde jego chrząknięcie każdy dźwięk który mówi że to jeszcze trwa siada na kanapie z ikei i nie siedzi - on się wydarza ona wtedy zaciska dłonie na szklance żeby sprawdzić czy jeszcze ma granice czy  też już pachnie tą zimną parówką jak on jest jak czarna dziura domowego użytku która wciąga światło z okien i resztki jej cierpliwości mieli je w sobie na gęstą ciemną materię telefon trzyma przy twarzy ale nie patrzy tylko przewija jakby szukał wyjścia z własnej skóry ona siedzi obok i czuje jego ciepło które nie pyta o zgodę które przechodzi przez ubrania przez skórę dochodzi do niej i zostaje w nocy wstaje idzie do lodówki światło oblepia go od przodu jakby go przesłuchiwało stoi drapie się je prosto z opakowania jakby był tylko przejściem ona patrzy na niego z łóżka i nie wie czy to jeszcze człowiek czy już tylko potrzeba która przyjęła jego kształt jej mąż pachnie snem potem i czymś niedokończonym kiedy ją dotyka robi to ostrożnie jakby bał się że zostawi ślad kocha ją cicho bez słów jest jak Bóg który przespał własną rewolucję i teraz jedyne co może zrobić to zajmować miejsce trzymać ściany żeby nie uciekły przed jego chrapaniem które skleja noc jak klej do rzeczy dawno rozbitych ona czasem myśli że gdyby go nagle wyciąć z tego powietrza dom zapadłby się do środka jak pusta puszka bo on wrósł w progi jak krew w żyły stał się jedynym zbrojeniem które jeszcze trzyma ten syf w pionie jest jak cały świat na fundamencie spocony i głośny potwór o pustym spojrzeniu bez którego ściany dostałyby mdłości trzyma ten bajzel przy ziemi samym swoim byciem to jest jego jedyna ewangelia: pot, parówka i nic wybrakowany mesjasz od cieknących kranów który nie zbawi świata ale przynajmniej nie pozwala mu odlecieć w próżnię          
    • @hania kluseczka   Bardzo dziękuję za podzielenie się swoimi doświadczeniami. Wiem, o czym piszesz i dobrze Cię rozumiem.  Też spotykałam, co prawda bardzo rzadko, wyjątkowe dzieci, ale system ich nie zauważa. I rzeczywiście, mają szczęście, gdy trafią na mądrych ludzi. Ale najważniejsi są rodzice/rodzic - to ich mądra miłość może zdziałać najwięcej. Gratuluję, że tak mądrze przeprowadziłaś swoje dziecko przez ten czas dzieciństwa i młodości. Gratuluję również tak uzdolnionego syna.  W moim opowiadaniu występuje ktoś z mojej rodziny, ale Nika nie jest moim dzieckiem.  Pozdrawiam serdecznie. :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...