Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W poprzedni weekend, czyli w oklicach 15.06, wziąłem urlop i pojechaliśmy na wieś do Ulki kuzyna - pewnie nie pamiętasz - tego od ówcześnie 2 córek (ślicznych), obecnie ma już i trzecią (dwa lata). Miałem nadzieje odpocząć, ale jak zwykle skończyło się tym, że wróciłem bardziej zmęczony niż wyjechałem. Nawet próba resetu za pomocą zgrzewki piwa nic nie pomogła, bo zmęczenie skutecznie powaliło uprzedzając wypity alkohol. Następny dzień, to było tylko bieganie za synkiem, który wyjątkowao upodobał sobie wszelkie formy obcowania z wodą, konewkami i wężem do podlewania. Cały dzień na lekkim kacu, na słońcu i tłuczenie kilometrów krok w krok z powtarzaniem : "Nie wolno!, Synku, nie!, Uważaj!, Nie wolno!. Nie tutaj!" Szał w 30 stopniach Celcjusza. Wyjeżdżając zaprosiliśmy ich na rewizytę.
Pojawili się u nas w ten piątek. Na poczatku było wszystko ok. Sumując: dorośli - sztuk 3, dzieci sztuk 4. Wydaje się, że w sumie jest jeden na jeden. W sobotę wieczorem liczba dzieci jakimś cudem zwarła swoje szeregi i w dziwny sposób się rozdwoiła. Opanowanie nerwów, nie mówiąc o dzieciach graniczyło z cudem. Marudy, humory: - Ja tego nie chcę., - Mi to ni smakuje., - Nie będę jadła... itd. Staraliśmy się zapewnić przyjezdnym dużo atrakcji. W piątek był plac zabaw coś w rodzaju "Kid's play'a" - w Sadybie (baseny chińskie z kulkami, zjeżdżalnie itp.). W sobotę już o 10 (hmmm) wylądowaliśmy na placu zabaw w rejonie Placu Wilsona - bardzo fajny plac. Bieganie za dziećmi zniszczyło mnie kompletnie, a dzieci (dziewczynki) były jakieś takie nie zadowolone i co chwila wspominały coś o jakichś naklejkach i kiedy pójdziemy do tego sklepu z naklejkami. Chciałem zrobić wszystkim niespodziankę i po cichutku oddaliłem się aby kupić lody. Pięć sztuk, plus coca-cola dla mnie i Ulki. Jedna nie miała ochoty na lody, druga nie lubi Big Milków więc nie będzie jadła. Trzecia - najmłodsza chciała jeść sama, na co nie pozwoliła jej mama - Ewka. Płacz i niezadowolenie. Ja zjadłem dwa lody, co bardzo szybko odbiło się na moim żołądku, więc do domu się śpieszyłem. Po dwunastej byliśmy w domu. Najmniejsze dzieci z mamami poszły spać, a ja z dwoma dziewczynkami do kina 3d. Ale wcześniej zupa. Ja nie chcę, już nie mogę itp. W kinie w miarę ok, nie wliczając tego że młodszej Agacie spadły okulary o rząd niżej i musiałem się przebijać przez ludzi. Zaczepiliśmy o sklep - SMYK - kupiliśmy naklejki. Kino trójwymiarowe nie przypadło im do gustu tak bardzo jak dnia poprzedniego plac zabaw w ich języku tzw. Kulki. Coż poradzić. Około siedemnastej, po uprzedniej walce przy stole i sakramentalnym : Nie jestem głodna, To za dużo?!, Ja tyle nie zjem... i po jednym powrocie Agaty na górę na siku, walce pomiędzy Synkiem i Gabrysią (najmłodsza) o rowerek jakoś dotarliśmy do Łazienek, ale z tego wszystkiego zapomnieliśmy czegoś dla wiewiórek. Chodzenie po Łazienkach to dla paroletnich dziewczynek nie lada nuda, więc jak najszybciej skierowaliśmy swoje kroki na plac zabaw w Łazienkach. W drodze nie obyło się bez paru napadów płaczu najmłodszej Gabrysi, bo co chwilę któraś "pomagała" jej jechać na rowerku, którego ta z kolei nie chciała opuścić nawet na placu zabaw. Wracaliśmy do domu prawie skacząc sobie do gardeł ale milcząc jak po przegranej bitwie - kolejna "atrakcja" nie zdała egzaminu w starciu z dziećmi. Dzięki Bogu przebyte kilometry dały się im we znaki bardziej niż nam i koło 22.30 mogliśmy w końcu siąść spokojnie i się napić. Trzy butelki wina niestety nie dodały nam następnego dnia więcej energii, a i nerwy splotły się w kłębki na powrót i o godzinie ok 7.00 były dzięki Synkowi, który podniósł nas ze snu, napięte jak postronki. Zaplanowany przez nas wyjazd na basen jako przedostatnia atrakcja, po ok 3 godzinach w trakcie których było śniadanie( Nie mogę, Nie chcę, Ni jestem głodna...) oraz pakowanie, płacz, walka z ubieraniem itp. jakoś doczłapaliśmy się na 10.30 do basenu. Na basenie - czas ucieka szybko, a nie na tym to polega, aby spędzić ten czas w szatni, no ale wszystko trzeba przecież wytłumaczyć. Już myślałem, że kontakt z wodą na basenie skończy się tak szybko jak powoli się zaczął. Po paru jednak minutach oswajania się z wodą dziewczynki nabrały przekonania. Synka nie trzeba było przekonywać - wyrywał się chcąc wskoczyć do wody - tak że 50 minut z nim na rękach to jakby się przebiegło trasę maratonu. Nasz synek tak lubi wodę. Nie bieganie na basenie to standard, ale jak się okazuje nie obowiązuje on wszystkich. W sumie byłem skupiony głównie na Synku i powtarzaniu : "Zamknij buzię", na co on wyciągał język jak najbardziej mógł oraz zanurzał z lubością buzię w wodzie jak tylko spoglądałem kontrolnie na kąpiące się teraz w najlepsze dziewczyny. I dobrze, że spoglądałem. W pewnym momencie Agata jak spławik zanurzyła się pod wodę, aby po chwili się wynurzyć, plując i płacząc ze strachu, Po sekundzie znów poszła pod wodę. Stojąca obok Ewka niczego nie zauważyła, natomiast ja tak i kiedy Agata była drugi raz pod wodą już byłem przy niej, a trzymając Ignasia na ręce drugą wyciągnąłem ją na powierzchnię. Oszołomienie nie schodziło z jej twarzy przez dobrą minutę, po czym wróciła do zabawy. Ewka skwitowała to tylko stwierdzeniem pod jej adresem, że Agata musi bardziej uważać, bo widzi co się stało. Jakoś dotrwaliśmy do końca i po jednej małej próbie buntu ze strony Agaty i zdecydowanym oporze z naszej strony opuściliśmy basen. Ubieranie, suszenie i pakowanie to jakieś dwadzieścia minut, w trakcie których zdążyłem nakarmić i umyc Synka, pobiegać za nim powtarzając swoje: Synku, nie wolno...
W domu byliśmy ok 12.15. Zupa dobra, owocowa, idealna na takie upały. Także, jak sie okazało nie dla wszystkich, bo Agata po pół godzinie mierzenia wzrokiem makaronów i przeganiania truskawek po misce stwierdziła, że zimna i ona nie jest głodna. Ja chciałem jakoś ją zmusić - że nie wstanie od stołu jak nie zje, lecz moje nerwy pokierowały mnie do jedynego pustego pokoju, w którym miałem zamiar zagłębić się w odstresowującą literaturę. Z czytania jednak nici, bo nic nie trafiało do mnie z czytanego tekstu, a w głowie kołatała się myśl : KILL THEM ALL. Umęczony zasnąłem na podłodze obok książki. Płaczem obudził mnie Synek, który właśnie się wstał. Ostatnia atrakcja przeznaczona była dla Ewki - przyjezdnej mamy "trzech wspaniałych dziewczyn", matki Polki. Wizyta w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie miała nas wszystkich uspokoić a spacer pomiędzy różnymi gatunkami roślin miał odstresować przed wyjazdem i pożegnaniem. Rowerek z trudem udało mi się odebrać rozpłakanej Gabrysi, kiedy pakowaliśmy się do samochodów. Później tylko jeszcze szybkie zakupy na drogę, która dziewczyny czekała, stacja gazowa i do Powsina. Sklep - Ulka, Ewka z Gabrysią na rękach. Ja z Synkiem w jednym samochodzie, zalane łzami i drące się dziewczyny w drugim samochodzie. Dobra, wychodzą - już tylko wlać gazu i ruszamy - Oznajmiamy Ewce, że jeszcze zajedziemy po drodze na stację gazową . Ruszam, przejeżdzam ok 500 metrów, a Ewki nie ma. Zgubiła się - pomyślałem... Zatrzymałem się i wysiadłem. Czekam, czekam...nie ma. Zawróciłem, jadę z powrotem. Nie ma, nie widzę. Ulka dzwoni, okazuje się, że Ewka nie wiedziała, czy ma jechać za nami czy zaczekać. Przez to tracimy kolejne 15 minut. Jest 17.45 i odpuszczam stację gazową, bo może się okazać, że ogród botaniczny jest czynny do 18.00. Najwyżej będziemy wracać piechotą! rzucam , bo wiem, że już lecimy na oparach. Na miejscu jesteśmy o 18.25. O 19.00 teoretycznie zamykają. Parę hektarów w pół godziny z czwórką dzieci i jeszcze z oglądaniem - to wyzwanie. Jakoś udaje się nam dotrwać. Ewka - zauroczona. Dzieci rozkapryszone: rowerek, , picie, przystanek, droga na skróty - trzeba zejść z rowerka - płacz, przystanek, jedzenie, wzajemne wyrywanie z rąk ciasteczek, picie... I tak w kółko. Wychodzimy ok 19.35. Szybko się pakujemy do samochdów i rostajemy. My jedziemy do siebie, one do domu. Po drodze dajemy sobie jeszcze z Ulka słownie po razie, ale nawet nie mamy sił, aby się pokłócić. To był na prawdę nietypowy weekend.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Poet Ka   Twój wiersz wygląda niepozornie, ale pod powierzchnią dzieje się sporo.   podmiot niby "jest w środku” a jednak patrzy przez szybę  i to jest klucz!   jestesmy w świecie, ale zawsze trochę oddzieleni, jakby przez filtr własnej świadomosci.   dlatego ludzie stają się " przezroczyści”, a kontakt z drugim człowiekiem okazuje się czymś trudnym, niemal niemożliwym.   cukierenka z francuskimi wstawkami.   ale nie do końca prawdziwa.   pod spodem kryje się zwyczajność i funkcjonalność  co tworzy subtelny dysonans .    jest tutaj cichy paradoks.   brak głębszego kontaktu, rozproszenie, a jednocześnie drobna zgoda na rzeczywistość .   bez patosu, raczej w duchu spokojnego przyjęcia tego, co jest.   jest tu sporo finezji.   nie nazywasz napięć wprost   tylko pozwalasz im wybrzmieć między obrazami.   operujesz znakami filozoficznymi.   jest tutaj Jean Baudrillard, jest Edmund Husserl, i jest Alberta Camus.   przez te filozoficzne znaczenia nadałaś wierszowi głębi.     żeby Twój wiersz porządnie opisać potrzebny jest esej:)    
    • @Poet Ka   droga Poetko:)   mam wrażenie jakbyśmy się oboje odnajdywali w innych rejestrach rzeczywistości.   Ty widzisz rytm.   a mnie właśnie chodzi o rozpad rytmu.   chciałem osiągnąć efekt ciągłego naporu, jak fala, która nie ma wyraźnego taktu, tylko się rozbija.   chodziło mi o ukazanie endorfin w tańcu staccato w rezedrganych ciałach.   i kiedy cokolwiek podniesione przyciąganiem księżyca morze dotyka ich stóp.......     a Twoje  "zakłopotanie odbiorcy”    tak bo ten wiersz jest fizyczny do granicy dyskomfortu.   bo to nie jest erotyka  "literacka” -  to jest zderzenie prawie przemoc, prawie walka o przetrwanie.     bardzo sobie cenię Twoje komentarze:)   za ten - bardzo dziękuję:)     ps.   piszesz: "wiersz udany"!!!   no i tego potężnego wsparcia duchowego dzisiejszej nocy potrzebowałem!!!!!!!!!   caluję rączki:)            
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Tak, historia kołem się toczy, a wrażenie upokojowienia i ucywilizowania relacji międzyludzkich okazuje się tylko złudzeniem. Obawiam się, że ciekawe czasy przed nami. Dziękuję bardzo za komentarz i pozdrawiam :)       Dziękuję serdecznie. Pozdrawiam :)
    • Jestem tym o czym myślę     tęsknoty mają to do siebie gdy je omijam wchodzą w głowę niby dla żartu się panoszą                                                  szukam ratunku w gramofonie                       zlewam muzykę w każdą dziurkę to znaczy sama się przelewa z ucha do ucha za poduszkę dla Marków nocnych są okruszki    ma się rozumieć strzępy nutek albo pół_nuty - księżyc nadgryzł -  chciałam pozlepiać lecz zbyt trudne no i klej zeschły - nie na żarty                 a gdy już spijam senne muzy z mocą narkozy pełni nocy  zwykłym pociągiem znów podążam do blasków świtu - unaocznień      kwiecień, 2026         @Jacek_Suchowicz... Jacku... Twój rymowany komentarz pod poprzednim moim wierszem, stał się przyczynkiem do napisania tego powyżej. Dzięki Ci.. po raz któryś... :)  Dobrej nocy.   po cóż zalewać zmierzch muzyką ubarwi blaskiem nieba błękit i się zapadnie w ciemną nicość aby pokazać świtu piękno (...)        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...