Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

generalnie boję się angażu
w słowa i czas
bo nie chcę kolumny kręgosłupa

tak przypadki chodzą po świecie
zarzuciłam sieci
w ramach teorii wiary w człowieka

gryzę się po nocach w pięty
mechanizmu
samospełniającej się przepowiedni

Opublikowano

A ja mam ochotę wreszcie dorwac się do znaczenie słów, ale nie mam czasu. Np - pzrepowiednia -ileż to rodzajów przepowiedni bywało, ileż teori wiary itd. Takie teksty jak powyższy wydają się odnosic do pewnych typów, szkoda, że jednak tak ogólnikowo - czasem lepiej prościej, a dosłowniej. Jednak nie jest to zły wiersz i myśle, że plus się należy.
Pozdrawiam.

Opublikowano

Yasioo Zimiński: jak to nie ma metafor?;)są. chyba, że słabe Twoim zdaniem a to już co innego:)

fr ashka: re: pozdr:) może innym razem się spodoba

Vera Ikon: Weroniko ciesze się bardzo, że do mnie wpadłaś znowu i w dodatku, że Ci się podoba:)

Ewa Kos: naprawdę? to dopiero komplement:D

dzie wuszka: kręgosłupa moralnego... albo jeśli kojarzysz obraz Fridy "złamana kolumna".zastanawiam się nad końcówką ewentualnie mogłoby być
gryzę po nocach w pięty
mechanizm
samospełniającej się przepowiedni
jak myślisz?
a jakie to piwo? bo mnie zainteresowało:>

M. Krzywak: samospełniająca się przepowiednia to konkrene zjawisko dodatek do jakieś tam teorii naukowej, a wiara w człowieka tu miałam na myśli teorie naiwne. może rzeczywiście zbyt ogólnikowo ujełąm to w tekście. wydawało mi się prosto. opis pojęć jest czasami wyliczanką a chciałam tego uniknąć. pozdrawiam serdecznie i się usmiecham:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...