Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tego popołudnia, mimo przejmującego zimna, Eliza wyszła na balkon. Był to jak gdyby odruch człowieka, któremu nagle zabrakło powietrza. Jej ruchy były gwałtowne, rozpaczliwe. Miała wrażenie, że balkon zachwiał się pod jej ciężarem, jak tratwa na morzu. Musiało to być tylko złudzenie, bo był mocny i solidny. Nowy. Nowy jak cały ten duży dom, jak łóżko w sypialni, jak oddech mężczyzny, który odtąd co noc już będzie spał obok niej. Nowy jak jej życie. Ostrożnie oparła się o balustradę. Do dużego pokoju przez nie zamknięte drzwi wpadł lodowaty wiatr, unosząc pojedyncze płatki śniegu i studząc kawę w porcelanowym kubku. Eliza wbiła wzrok w przestrzeń. W jej spojrzeniu nie było ani zainteresowania, ani obojętności. Przyglądała się nie tyle światu ile obrazom w swojej głowie. Była niedziela – pierwszy grudnia. Zaledwie jedna doba upłynęła od momentu gdy dobrowolnie zmieniła bieg swojej własnej rzeki. Jej myśli przesiąknięte były bielą – bielą tego śniegu wokoło; bielą sukienki z welonem, która w szafie wciąż jeszcze drżała z emocji; kredową bielą wczorajszego odbicia w lustrze, któremu bała się spojrzeć w oczy. Oddychała szybko, nie czuła zimna, nie widziała jak wiatr w szalonym tańcu plącze delikatne firanki, nie usłyszała kiedy stanął za nią Artur. Odwróciła się gwałtownie, gdy położył jej ręce na ramionach.
„Zupełnie jakby chciał powstrzymać ją przed rozłożeniem skrzydeł, powstrzymać ją przed odlotem” – pomyślała smutno drobna kobieta w oknie sąsiedniego domu.

Kobieta w oknie miała na imię Marta. Pierwszy grudnia nieoczekiwanie zaczął się dla niej przypływem silnych mdłości, które wzmagały się jeszcze, gdy bez słowa nalewała mężowi mocną herbatę i podawała kanapki z serem. Potem Krzysztof wyszedł do pracy. Wyszedł tak szybko, że niemal przypominało to ucieczkę, a ona została w brzydkim, pustym domu sama ze swoimi gorączkowymi myślami. Chodziła po pokoju w jedną i w drugą stronę. Przemierzyła kilometry znajdując się wciąż w tym samym miejscu – w tym ciasnym świecie między drzwiami a oknem, usiłując uporać się jakoś z tym, co zawisło ciemną chmurą nad jej świadomością. Dziecko? Niepewnie położyła dłoń na brzuchu, pytając siebie czy to może być prawda. A jeśli tak - która prawda byłaby lepsza. W jej życiu było dwóch mężczyzn – dwa niecelne strzały – jednego z nich kochała, a drugi był jej mężem. Do męża żywiła zawsze, o ile to możliwe, sympatię i niechęć jednocześnie. Wyszła za niego, przekonana że na nic lepszego od losu nie może liczyć. Gwiazdka z nieba spadła za późno, zbyt piękna i nierealna, by można było zbudować na niej coś trwałego, budowała więc tylko chwile ulotnego szczęścia i spełnienia. Budowała swoją baśń, aż do dnia – gdzieś tak w połowie października – gdy ten wspaniały mężczyzna gładko rozbił o jej twarz cierpkie słowo „koniec”.
Długo stała w oknie wpatrzona w rozległą biel, a po jej twarzy powoli spływał smutek.

***

Eliza też nie kochała męża. Im więcej nocy spędziła bezsennie czując przy sobie jego obce ciepło, tym bardziej stawało się dla niej jasne również to, że nigdy go nie pokocha. Uciekała od niego każdą myślą, z drugiej strony rozpaczliwie przekonując siebie, że wyłożyła swoje życie aksamitnym dywanem, że przecież nikt na loterii nie odrzuca wygranych losów. Dni były ostatnio bardzo pochmurne. Wierzyła, że gdy się przejaśni, wszystko będzie łatwiejsze. Przecież miłość nie jest najważniejsza – myślała.
A potem płakała do rana.

Marta już wiedziała. Lekarz potwierdził jej obawy. Nie powiedziała jeszcze Krzysztofowi. Zresztą już była pewna że on nie miał z tym nic wspólnego. Przez szereg nocy budziła się nad ranem gotowa biec do mężczyzny, którego kochała, gotowa porzucić wszystko, zburzyć swoje i jego dotychczasowe życie i żyć tym nowym, już stworzonym w niej. A potem uciekała myślą tuż spod jego drzwi i umierała z tęsknoty, z samotności, z braku odwagi. Krzysztof spał obok, oddychał obojętnie. Jeżeli nawet kiedyś ją kochał, nie wierzyła by coś zostało w nim z tego uczucia. Z tego śmiesznego uczucia żebraków.


***
Tego wieczoru Artur leżąc na plecach, wpatrzony w nieskazitelnie biały sufit, powiedział Elizie, że chciałby mieć dziecko. Zobaczyła w jego oczach ulotną tęsknotę, wzdrygnęła się mimowolnie. Poczuła jak pętla na szyi znów zaciska się mocniej, wzięła głęboki oddech. Odpowiedziała mu „Jeszcze nie teraz.”


Krzysztof wrócił z pracy o piętnastej. Marta czekała na niego z gotowym obiadem i z podjętą decyzją. Skłamała patrząc mu w oczy „Zostaniesz ojcem.”

***

Decyzja Elizy dojrzewała dłużej. Ale nadszedł dzień, gdy była już nieodwracalna. Zastanawiała się chwilę, czy czuje żal. Nie czuła. Tylko dłonie lekko jej drżały, jak w pierwszej klasie przed sprawdzianem.

Marta usiadła ciężko na kuchennym taborecie. Bardzo szybko się teraz męczyła. Krzysztof wyjął jej z ręki ścierkę i sam zaczął wycierać talerze. Uśmiechnęła się do niego, choć wiedziała, że na nią nie patrzy. Nauczyła się odczuwać pewnego rodzaju szczęście w tym swoim gorzkim świecie. Pamiętała odległy widok z okna – miała przed oczami Artura który kładł Elizie ręce na ramionach. Dla Marty to jej popękane szczęście, było teraz tym co powstrzymywało ją przed odlotem.

***

Eliza spakowała się szybko – szczęśliwa że w pobliżu nie ma nikogo kto złapałby ją za skrzydła. Odeszła dokładnie pierwszego grudnia, rok i jeden dzień po wielkiej pomyłce, gdy uwierzyła, że można żyć bez miłości. Śnieg gęstniał z minuty na minutę i słabo było widać tę kobietę z walizką w ręku, która szła coraz szybciej, czy może wzlatywała coraz wyżej i wyżej.


Marta jak co dzień zrobiła mężowi śniadanie. Znów uciekł do pracy, a ona usiadła w fotelu, obitym spłowiałym pluszem. W jej zachowaniu była ta spokojna rezygnacja, właściwa ludziom pewnym, że nic się już nie zmieni. Czuła że nigdy więcej nie zapragnie poderwać się do lotu, że coraz silniej wrasta w swą błotnistą, ale dobrze już znaną ziemię. Spojrzała przez okno. Widziała tę postać uciekającą, unoszoną wiatrem. Odwróciła wzrok by nie myśleć o niej. I o nim.
Czekała aż syn się obudzi. Patrzyła z miłością na tą uśpioną postać.
...Był tak bardzo podobny do Artura.

Opublikowano

Według mnie, za szybko, za skrótowo, zbyt przeskakujesz. Z tego mogłoby powstać spokojnie więcej części; w obecnej formie kojarzy mi się to raczej ze streszczeniem. Streszczeniem utrzymanym w konwencji jakby harlequinowej. Na mnie nie zrobiło większego wrażenia, choć niektóre fragmenty dot. emocji są całkiem, całkiem. Pozdrawiam:)

Opublikowano

Najpierw tak technicznie:
drugie zdanie - "odruch" - początek trzeciego - "ruch"
nie wiem czy balkon może się chwiać; może zatrząsł się?; tratwa też się chyba nie chwieje
"...jak tratwa na możu. Musiało to być tylko złudzenie, bo był mocny i solidny" - balkon w pierwszej części poprzedniego zdania, potem tratwa i w nowym zdaniu znów do balkonu...
balkon był mocny i silny - mnie nie pasuje; to raczej cechy człowieka, a animizować balkonu nie widzę sensu.
Nie wiem jak nowy jest oddech tego mężczyzny, przecież od roku są małżeństwem, trzeba założyć, że wczęśniej też trochę ze sobą byli, więc nie taki nowy chyba? To samo z życiem. Chociaż tutaj jest problem z tym czasem - ciężko się rozeznać ile mogło czasu minąć od jednej sceny do drugiej; cała historia to najwyżej rok (zima, dziecko), wtedy te uwagi dwie mniej uzasadnione.
Mniej więcej zarzuty takiego rodzaju mam, szczególnie do dwóch pierwszych akapitach.

Co jest świetne? - sukienka drżąca z emocji i sposób przejścia od jednej bohaterki do drugiej - bardzo to misternie przygotowane, świetne!

Zgodzę się z Veggą, że za krótkie; faktycznie można by było pomyśleć o rozbudowaniu tej historii, szczególnie bym był ciekaw portretów psychologicznych tych dwóch kobiet (mężczyzn też!), bo w tak małej fomie ich dramat jest mało przekonujący, a mam przeczucie, że potrafiłabyś to zrobić tak, żeby byli bohaterowie żywymi ludźmi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Hihihi hahaha hii hii hhiii hahahahaha hhaha hahha hahah hahhaha uha ha
Uśmiałem się szczerze z Ewy...
Baron de Czarus to dopiero koment dał - fachowy...
Pozdrawiam miło Lady Aj i Ewę Piast

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
    • @Charismafilos  wiersz nie jest o tym:)) .Zaskakujące skojarzenie ;) Dziękuję  @Marek.zak1

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Dziękuję, nie znałam tego. Sprawdziłam i rozumiem aluzję . Spokojnej nocki;))  @Mel666 Bardzo trafne odczytanie.  Serdecznie dziękuję.  Uściski.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @wiedźma nie wiem czy się nie mylę, ale dla mnie jest to wiersz o przemocy. Psychicznej, fizycznej....ale ukrytej. Tak o nim mysle po pierwszym czytaniu. Jest świetny!
    • ?trwałość pamięci*   upłynnij wymowę cz chupa chups w kwiatek czy chmurkę   od lat podnosi  poziom serotoniny staś dla nel zdobyłby chupsa zamiast chininy    logo zbyt  późno powstało avida słodycz salvadora dolar   galowe logo którego nie czupiają się zegary co zostało  osiemdziesiąt dziewięć    przełom zabrał malarza cukierek poszedł do kosza  papierek pozostał  w dłoni   * Nawiązanie do tytułu jednego z obrazów S.Dalego.
    • @Poet Ka i dziękuję za wszystkie lajki i komentarze. Wiele dla mnie znacza
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...