Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I
Kiedy miałam szesnaście lat, zaręczyłam się z Romualdem. Pewnej jesiennej niedzieli Romuald osunął się na kolano i uroczyście poprosił o moją rękę. Mama niczego mi nigdy nie odmawiala, potraktowała całą sprawę z właściwą sobie pobłażliwością. Krygując się i śmiejąc wyraziła zgodę, a ja dopiero wtedy poczułam całą powagę sytuacji. Romuald mnie peszył i onieśmielał. I wciąż jeszcze wydawał się trochę obcy. Poznałam go w lecie, podczas corocznego wyjazdu z mamą do Starachowic, do dalekich krewnych. Studiował na Politechnice Gdańskiej, więc dziwnym trafem po wakacjach znowu byliśmy blisko.
W Pogórzu, tam skąd widać bylo Chylonię po drugiej stronie doliny, na wzgórzach, na których bawiłam sie bedąc dzieckiem, wciąż czynna była zardzewiała karuzela, pozostałość po działku przeciwlotniczym i wciąż kusiły do turlania osypujące się wyrobiska piasku... Te niewinne zabawy nie były już odpowiednie dla mnie. Pdczas wakacji spędzonych w Starachowicach przekonałam się, że jestem... ładna. Paradowalam w kostiumie kapielowym po łąkach nad rzeką Kamienną i byłam obiektem zainteresowania niektórych starachowickich chłopców. Nad rzeką, oprócz Romualda, wokół mnie stale kręcił się jeszcze Andrzej. Romuald bardziej mi się podobał. Był dobrze zbudowany i dorosły.
Wiadfomość, że mam narzeczonego, bo przecież musiałam pochwalić się tej, czy tamtej, koleżanki z klasy przyjęły z niedowierzaniem, tym bardziej, że Romuald nie przychodził po mnie pod szkołę, widywaliśmy się raczej rzadko i za nic nie mogę sobie przypomnieć, co takiego robiliśmy na tych randkach. Wiem tylko, że jako narzeczony z prawdziwego zdarzenia co niedziele przyjeżdżał do mnie, do domu na obiad. To moglo mamie sprawiać pewien kłopot, bo odżywiałyśmy się skromnie. W pobliżu naszego osiedla, na terenie rzeźni miejskiej, otwarto w latach sześćdziesiątych tanią jatkę, do ktorej trafialo mięso kierowane tam z niewiadomych przyczyn przez weterynarzy pracujacych w rzeźni. Ugotowane w kotłach kawałki mięsa sprzedawano bez ograniczeń i prawie za bezcen każdemu, kto tylko zechciał. Przed tanią jatka zawsze stała długa kolejka wyczekujacych na okazję. Mama tez tam stała, bo mama nie miała przesądów i nie lubiła pietrzyć przed soba trudności. A to bylo wyjście najprostsze. Pamietam tylko jeden niedzielny obiad z udziałem Romualda - ten ostatni.
Chyba to był poczatek listopada po zmianie czasu na zimowy. O czwartej wyszłam spotkac się z Romualdem na przystanku autobusowym. I było już prawie ciemno. Romuald przyjechał z Gdańska z przesiadką w Gdyni. Po podróży przez Trój miasto, wysiadł z autobusu znuzony i trochę, jak gdyby zmięty. Musielismy wejść ścieżką pod górę, dobre pół kilometra od głównej drogi, która co prawda skręca a wlewo od przystanku, ale potem wiła się serpentyną wśród wzgórz i tak też się mówiło o tej drodze - serpentyna. Służyła tylko pojazdom mechanicznym. Wozy konne miały swój skrót prosto pod górę nazywany przez wszystkich końską drogą, a dla pieszych byla ta ścieżka, stroma i śliska pod wierzchołkiem, szczególnie po deszcu. Ludzie, którzy wysiedli z autobusu rozeszli się gdzieś na boki. Bylismy sami i nie spieszyliśmy się zbytnio. Romuald obejmował mnie czule i tak szlismy sobie powoli W pewnej chwili zatrzymał się i wziął moją rękę w swoją.. Chciał, żebym potrzymała to coć, o czym miałam, co prawda niejasne wyobrażenie, ale nie znałam ani wygladu tego czegoś, ani kształtu, ani tego lepkiego ciepła. Dotknełam i zaraz cofnełam ręke. - No zrób to - prosil zmienionym głosem. Nie. Nie mogłam. Wstydziłam sie. A z reszta.. nie wiedziałam co zrobić. Okropna sytuacja. Tym bardziej, że nie byo tak całkiem ciemno. Z dolu, z terenu rzeźni padało rozproszone swiatło. Zatrzmaliśmy sie prawie pod samym szczytem wzgórza. Nalegał. Trzymał moja rękę w swojej i pchał ją tam siłą, a ja wzbraniałam się, ale tak delikatnie, wstydliwie, niezbyt gwałtownie, nie chciałam mu zrobić porzykrości. Uwolniłam sie wreszcie. Jeszcze pare krokow , wejdziemy na główną drogę i będę bezpieczna. To nie strach zrestą, tylko zażenowanie. Jego zachowanie wadawało mi sie nienormalne. A jedna, kiedy weszliśmy na szosę pomiedzy zabudowania, puściłam wszystko w niepamiec. Znowu moglo byc tak, jakby nic sie mniedzy nami nie wydarzylo. Ale nie rozmawialiśmy ze soba. W milczeniu okrążyliśmy ciemny staw i znaleźliśmy się w oświetlonej kuchni.
Mama ugotowala tego dnia bigos, ale cos sie stało, coś nie wyszło. Nawet nie to, że się przypaliło. Po prostu było niesmaczne. Może coś było nie w porządku z tym mięsem z taniej jatki? Romuald jadł lekko skrzywiony i wyraźnie nastawiony krytycznie do tego co je. Nie był w dobrym nastroju. Rozmawiał głównie z mamą o swoich studiach na Politechnice, zbliżających sie już do końca. Mama ostrożnie pytała o jego warunki materialne, o perspektywy na przyszłość, ale starała się dojść do tego okrężną drogą. Bezceremonialne wypytywanie o takie sprawy nie było w jej stylu i z trudem przeszło by jej przez gardlo. Nasze narzeczeństwo starała się traktować poważnie, chociaż Romuald nie bardzo jej sie podobał. Jeśli chodzi o urodę, przystojny - owszem. Raził ją sposób bycia Romualda. Ale mama była cierpliwa. Przeczuwała zapewne, że tak czy owak, rozejdzie się to po kościach.
Widziałam ich oboje jak gdyby z pewnej odleglosci. Mame pograżoną w konwersacji w sposób jej właściwy, mamę, która nigdy do nikogo nie miała pretensji i nigdy nikomu nie okazywała nieufności i Romualda, tak jak go zapamiętałam tam, pod górą, teraz najwyraźniej w fałszywej roli. Coś w nim wzbierało, jakieś niezadowolenie. A przecież mama nie przyznała się do tego wczale, że mięso w bigosie pochodzi z tej taniej jatki. To dlaczego on powiedział /żartem/, że pewno chciano go otruć i że jego "matula " nigdy by czegos takiego nie zrobiła? Mamie bylo przykro, nie również, bo wiedziałam, że wylazł z niego prostak, a to jakoś nie pasowało do mojego wyobraże nia o idealnej miłości. Romuald zbierał się do wyjścia. Zwykle odprowadzałam go kawałek, ale tym razem usiłowałam sie wykręcić. To co się wydarzyło, mogło się powtórzyć. Nie chciałam ponownie przeżywać zakłopotania, a jego narażać na ponowną kompromitację. Bo wydawało mi się, że się skompromitował.. Powiedziałam, ze nie moge wyjść z domu z jakiegoś błahego powodu. Romuald żegnał się, troche jakby w popłochu, ale zachowując godność...
A potem znikł, rozpłynął się, jakby go nigdy nie było.

Podczas następnego lata......
c.d.n.

  • 2 tygodnie później...
  • 3 tygodnie później...
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

A to Romuald, niegrzeczny chłopiec!!!

Tekst się czyta, ale nie jest to opowiadanie, tylko wyrywek z pamiętnika nastolatki.. chociaż moment z bigosem ostry i fajne zestawienie z tym co się wcześniej stało...

Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję za szczery komentarz, bo to wszystko prawda. Cóź mogę powiedzieć.. Trzeba nieustannie dbać o to, żeby w merytoryczny i przystępny sposób przekazywać wiedzę kolejnym pokoleniom, żeby wiedziały więcej.. żeby np. rozumiały PRAKTYCZNĄ część zastosowania "nudnej" historii, a mianowicie, iż historia to dziennik zdarzeń, który wykorzystany w odpowiedni sposób pozwoli oszacować przyszłość. Najciekawsze w tym jest to, że pisze to człowiek, który raczej ukochał przedmioty ścisłe: matematykę, fizykę, chemię, biologię, etc. ;) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński   @Poet Ka Jest mi bardzo miło, że mój skromny wierszyk się Tobie spodobał Poet Ko :) Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński   @Berenika97 Mam dokładnie to samo zdanie. Uważam, że jako Polacy posiadamy na tyle intelektu i sprytu, że powinniśmy to wykorzystać. Nie na darmo słowo wywiad i kontrwywiad po angielsku to odpowiednio: inteligence i counterinteligence. ;) Dziekuję za przepiękny, rymowany komentarz, który mógłby być doskonałym uzupełnieniem tegoż wiersza. Bardzo to doceniam Bereniko. Pozdrawiam serdecznie! J. J. Zieleziński      
    • porwane w ry- trzepot lekkich skrzydeł w wietrze nawzajem przycią- wpadają w quasi-śnieżny puch w impecie zaginają sobie skrzydła skra, rzucona w ogień zapalniczka słońce najcieplejszego dnia w tym roku smugi jak opatrzność bo- stęk połyka jej sapiący oddech pot to rosa miłości skraplana z trudnej do wdechu, ach, pa- pary, pary.. w powietrzu... smuga jego cienia ledwo widoczna z zniknęła jacy oni muszą być czer- jej skrzydło muska jego skrzydło tracą na chwilkę swe impety on ucieka, od tego, że goni ona goni, za tym by uciekać gorący wiatr po- porywa ziarnka piasku na rzęskach osiada więcej puchu za słabe skrzydła by je złamać trzeba by je zmiąć, czy podrzeć wir..zakręcił        ...nie nie widzę nie widzę cię a wiszę, wiszę kiedy ćmy wskakują w ognie wskaż mi dro- gi, drogę, drogi, drogi zderzenie samymi paliczkami odrywa z obu część energii aż padną oboje na ziemię   ============ dla najlepszego efektu sugeruje się, aby osoba recytująca wykonywała w międzyczasie deskę.
    • Zamknięty na pustej łące. Uwierzył. Ma przy sobie śniadanie, lecz usłyszał, że odczuwa głód. Uwierzył i opada z sił. Cisną go buty, chociaż idzie na bosaka. Też uwierzył. Pada deszcz, lecz nie może zwilżyć ust. Kolejny raz uwierzył. Ma dziesięć centymetrów wysoka, a trawa cholernie wysoka. Tak rzekł Głos.   –– A on uwierzył? –– Skąd wiedziałeś? Prorokiem jesteś? –– Jestem mówiącą małpą. Wierzysz? –– Wierzę. –– Akurat… zwierciadłem. Wierzysz? –– Wierzę. –– Cholera jasna. Czy jest coś, w co nie wierzysz? –– Tak. –– Co? –– Nie wierzę, że mógłbym w coś nie uwierzyć. –– To jest sprzeczność. –– Wierzę, że nie jest. –– Hmm… a zatem nic dziwnego, że jesteś... kim jestem.   ***   –– A kim jesteś? –– Tym, w co wierzysz. –– A w co wierzę? –– Skąd mi wiedzieć, konkretnie w co? Jestem wszystkim. –– Jak to wszystkim? –– Skoro wierzysz we wszystko, a ja jestem tym w co wierzysz, to jestem wszystkim.   –– Nie chce wierzysz we wszystko. Chce mieć wybór. –– Trudna sprawa. Szczególnie dla ciebie. Kolejna sprzeczność. –– A wiesz, że zawsze kłamię? –– Skoro powiedziałeś prawdę, że zawsze kłamiesz, to nie zawsze, bo przed chwilą nie skłamałeś. A jeżeli skłamałeś, że zawsze kłamiesz, to też nie zawsze kłamiesz. –– Ale wierzę, że kłamię. –– Czyli nie we wszystko wierzysz, bo w niektórych kwestiach mogłeś mnie okłamać? To ja już nie wiem, kim jestem. –– Wierzę, ale to nie zmienia faktu, że przez to zmienię realny świat. Pozostanie takim jakim jest faktycznie. Moje wierzenie lub nie, tego nie zmieni. –– Zatem dla każdego innym, w zależności od kontekstu, związanego z jego pojmowaniem świata. Czyli każdy ma swoje małe światki, z którymi się boryka w jednym dużym, takim samym dla wszystkich, w sensie niezmiennych zasad. –– Niezmiennych? Czy aby na pewno? Wierzę, że nie.   –– Skoro wierzysz, że potrafisz kłamać, to nie wiem, czy mogę ci zaufać? –– Nie możesz. A wiesz dlaczego? –– Wiem. Bo ty sam sobie nie ufasz? –– A ty? –– Nie można do końca ufać teatrowi, w którym gra się główną rolę. Kurtyna może być podniesiona za wcześnie. –– Lub za późno zasłonić nasze przedstawienie, przed publicznością. –– Chyba, że jej nie będzie. –– Ważne, by mieć dystans do samego siebie i wciąż ten dystans pokonywać, czasami na bieżni autoironii, co daje zupełnie inna perspektywę, spojrzenia na bliźniego swego i świat wokół. –– Jest jeszcze sufler. –– A co ma sufler do tego? Wierzysz, że jest i zawsze słusznie podpowie? –– Wierzę, że trzeba nam skończyć przynudzać, bo żaden rozumny tego nie przeczyta, ze zrozumieniem.   –– Rozumny w jakim zrozumieniu? W porównaniu, do jakich umysłów? Racjonalnych, zwariowanych, roztropnych, praktycznych, szalonych, abstrakcyjnych, stąpających twardo po ziemi lub kompilacji tego wszystkiego, co wymieniłem i nieskończonej reszty możliwości –– Wierzę, że umysł nie może stąpać twardo po ziemi. –– Ale jego transporter szarych fałd, już tak. –– Chyba, że się poślizgnę na własnej pewności, bo za gładko. –– Pewności czego? –– Wszystkiego w co wierzę, że uznaję za pewne. –– Na przykład życia po tym, jak zwalisz… –– Kupę? –– Nie. Kopnę nogą w kalendarz, a kołek w ścianie, za bardzo przerdzewiały? –– To akurat nie jest pewne, to całe: po tym, aczkolwiek możliwe. Na to nie mamy żadnego wpływu. Pozostaje jedynie cierpliwie czekać i tu akurat jest pewność, że każdy doczeka swój rozkład jazdy. –– Dokąd?   –– A skąd mam to wiedzieć? Nie byłem, nie wróciłem, a jak będę, to nie wrócę. Można jedynie domniemać, że jeżeli nic tam nie ma i znikniemy zupełnie absolutnie, razem z tym wszystkim, cośmy dokonali jako rasa ludzka, to można takie założenie, bardzo skrótowo przyrównać do sytuacji, kiedy człowiek przeżywa wiele wspaniałych przygód i nagle doznaje totalnej amnezji i nic nie pamięta, z tego co przeżył. To równie dobrze, mógłby tego wszystkiego nie zaznać i wyszło by na to samo. Szczęście nie pamiętane w nas umiera. Przestaje być szczęściem. –– Zło nie pamiętane, też przestaje nas męczyć jak diabli. Bo ta cała rasa, taka święta nie jest. I my razem z nią. Tfu! –– Ale jest czasami potrzebne w sensie porównawczym, by wiedzieć, co nas dobrego spotkało i co nam się udało uniknąć, gdyż czasami o tym zapominamy. Niezapominajki mają lepiej. Rosną i wszystko pamiętają. –– Nie wiem czy lepiej, skoro tak. No dobra. Kończmy, bo zgłodniałem. –– Chcesz mnie zjeść? A może wszystkie rozumy? –– Zgadnij w jakim zrozumieniu, jestem rozumny? –– Tak głupkowato skończymy naszą wspaniałą, jakże nowotarską dysputę? Jak tak można? Czterema razami o rozumach?   –– No przecież jesteśmy aż i tylko ludźmi. Potrafimy równie mocno miłować lub przeciwnie. Taki kogel mogel, cały czas przez los, lub nas samych mieszany. Mamy rozum, ale nie całą wiedzę, by pojąć chociażby własny umysł i nie podcinać gałęzi, na której siedzimy, od strony pnia. Już nie wspomnę o tym, co poza naszym pojmowaniem.   –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz? –– Co? Długo tak będziemy siedzieć i wspólnie milczeć. Nawiążmy wreszcie jakąś sensowną rozmowę. –– A o czym nie wspomnisz?...        
    • @Na liniach czasu   lato z miodem   niebo z konstelacjami gwiazd   łąka złocista od kwiatów    lgną i tak przenikają się   jak miód na tej kromce chleba     dając smak ciepłych miesięcy   i kwiatów w słońcu stopionych
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...