Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nie bój się głowy podnieść wysoko
w tłumie
schylonym po srebrniki
Nie bój się krzyczeć wśród milczących,
jeśli więźniami są tej ciszy
Pokaż swą twarz
na scenie życia
choć wokół tylko maski grają
i nie upadaj gdy upadniesz
miłości twej wciąż będzie mało...

Nie bój się wejść do Grobu pustego
nie bój w ciemności swej
iść dalej

Komuś zabłyśnie twoje światło -
dopiero wtedy zmartwychwstaniesz

Opublikowano

Hm, jest myśl, jest sens - rzeczywiście, można w taki sposób, czemu nie ? Mnie jedynie razi owa dosłownośc przekazy, należy brac pod uwagę, że niektorzy rozumieją takie podstawy. Jednak dzięki takim ujęciom, jak ów tłum pochylony nad srebrnikami - wiersz zyskuje.
Teatr i maski - znany motyw, chocby z Wyspiańskiego.
Zatem nie jest tak źle, nawet jest całkiem nieźle.
(szczególnie porównując z pewnymi wypocinami - to jest wiersz)Tak.
Pozdrawiam.

Opublikowano

tak porównując z innymi dziełami to nawet by mogło być
ale mi przeszkadzają te wszystkie anafory, po dwóch razach już wiadomo o co biega i tylko te słowa zapychają miejsce
jeśli to w kierunku piosenki to owszem, ale czytywałem Cię w lepszym wydaniu

dla mnie średnio


pozdrawiam

Opublikowano

"Komuś zabłyśnie twoje światło -
dopiero wtedy zmartwychwstaniesz"

- chwytając jak najdalej od pozornych tożsamości religii, skupia ileś imperatywów i praw aż do krwi ludzkich. Reszta i w ogóle kontekst - trafiły do mnie już mniej, ale do mnie w ogóle trafia wciąż coraz mniej.

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...